Wielki Finał GPK 1.03.2020 – z piekła do nieba!

Wielki Finał GPK czyli zakończenie cyklu biegów górskich w Lasku Wolskim w Krakowie miał miejsce 1 marca 2020 roku. Dla mnie to była wielka zagadka w kontekście zdrowotnym, ale również mobilizacja do wzięcia udziału i ukończenia biegu w kontekście zmagań drużynowych i wsparcia swoim wynikiem #AdamCzerwińskiTeam.

Warunkiem otrzymania medalu oraz bycia sklasyfikowanym w całym cyklu było ukończenie 4 z 5 biegów cyklu GPK. Ze względów rodzinnych musiałem odpuścić start w lutowej edycji. Zresztą nie czułem się wtedy na siłach, aby ryzykować zdrowie i zaliczyć powtórkę z biegu styczniowego.

Marcowy bieg był ostatnim z cyklu – na szczęście mogę śmiało powiedzieć 🙂 Nie dlatego, że coś z tym biegiem było nie tak. Wręcz przeciwnie Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich to wspaniała i niepowtarzalna przygoda! Każdemu polecam gorąco! Cieszyłem się z zakończenia cyklu ponieważ mój stan zdrowi był zły i na tyle zagadkowy, że mogło dojść do tego, że w kolejnych zawodach nie dałbym rady wziąć udziału. 

I jak to ostatnio bywało, bez większej celebry pojawiłem się w okolicach strefy startowej, na parkingu nieopodal ZOO w Krakowie na godzinę przed biegiem. Spokojnie pomaszerowałem do biura zawodów na kubek kawy i po owoce po czym wróciłem do auta, żeby się przebrać za biegacza 🙂

Na rozgrzewkę ruszyłem na około 30 minut przed startem. Pogoda była wyśmienita do biegania: świeciło słoneczko, ale było na tyle chłodno, że ziemia nie rozlewała się w błotnistą maź. Byłem spięty psychicznie, bo bałem się jakie atrakcje tym razem mi serce zafunduje. I chyba ten stres dołożył cegiełkę do mojego ogólnego, kiepskiego samopoczucia…

W drugiej części rozgrzewki nie czułem mocy, czułem za to osłabienie, zamulenie, a do tego serce dziwnie mocno zaczęło się rozkręcać co powodowało dodatkowe osłabienie ogólnoustrojowe. Nie szarżowałem z rozgrzewką i postanowiłem odpocząć, uspokoić się i porozciągać. W głowie jednak zapaliła się czerwona lampka: jest źle.

W strefie startu byłem już na 10 minut przed rozpoczęciem zawodów i jedyna co mogłem zrobić to próbować się nastawić mentalnie na kolejną batalię. Czułem, że jest źle i tylko nie wiedziałem jak jest źle.

Bieg się rozpoczął tradycyjnie o 12:00. Plan był prosty – bez spiny na wynik! 1:06:00 – 1:10:00 to był przedział, jaki mnie interesował. Pierwszy kilometr spokojnie, 5:43, drugi też bez szaleństwa: 4:55 i kolejny 4:52. Na 3 kilometrze już zacząłem odczuwać dyskomfort w klatce piersiowej. Na szczęście odcinek trasy przebiegał w dól więc udało mi się trzymać dobre tempo. 

Pod koniec 4 kilometra koszmary sprzed 2 miesięcy wróciły… a jakże! W sumie w dniu dzisiejszym to było kwestią czasu. W kilka sekund przypomniałem sobie jakie błędy popełniłem w owym czasie i podjąłem próbę wyciągnięcia wniosków i innego postępowania. 

Serce waliło mi jak szalone po czym zwalniało raptownie „wypluwając” ogromne porcje krwi. Aż mi szumiało w uszach. Czułem wtedy jak mięśnie mi słabną i opadam z sił. Oddech również był przyspieszony i jedyne co mogłem zrobić to przejść do marszu. Szczęście w nieszczęściu kryzys przypadł na podbiegi więc i tak miałem pod górkę. Jednak chyba nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić jakie cierpienie towarzyszy człowiekowi gdy musi wspinać się pod strome zbocze, a nogi są sparaliżowane z bólu. Wyłem, a moją twarz wykrzywił grymas wręcz patologicznego cierpienia.

Wyprzedzało mnie sporo osób, a ja tylko obserwowałem spode łba i zapamiętywałem sylwetki i cechy charakterystyczne biegaczy i biegaczek zostawiających mnie w tyle z myślą: jak się pozbieram (hahahaha!) to jeszcze Was dogonię i wyprzedzę. Ot tak sobie dodawałem otuchy maszerując i truchtając przez prawie 2 kilometry.

Kiedy minęła mnie koleżanka z #AdamCzerwińskiTeam i zapytała czy wszystko ok, odpowiedziałem, że dziś nie jest mój dzień i że moim celem jest po prostu dobiec do mety. Nie minęło kilka chwil, gdy ni stąd ni zowąd poczułem, że moje nogi coraz lepiej sobie radzą, serce bije już spokojnie i miarowo i że nie mam problemu z wchodzeniem na wyższe tempo. Postanowiłem zaryzykować, ale w granicach rozsądku.

Od 5 kilometra zaczęły się zawody od początku!

W mojej głowie zacząłem odtwarzać sobie sylwetki osób, które jeszcze niedawno mnie wyprzedzały. Teraz to ja bez skrupułów wyprzedzałem jedną osobę za drugą. Co jeszcze kilka chwil temu było dla mnie abstrakcją, stawało się z każdym metrem rzeczywistością. 

Nie chciałem przeginać i tonowałem tempo, choć mocy miałem sporo. Na podbiegach, gdzie jeszcze przed chwilą umierałem w męczarniach, skakałem jak kozica. Na zbiegach hamowałem, żeby nie powywracać drzew bo tempo momentami było w granicach 3:50 🙂

 

Kilometry mijały jak szalone, a ja czułem się (podejrzanie) dobrze z czego skrzętnie korzystałem do samego końca! To niesamowite uczucie, kiedy wyprzedzam ludzi, których jedynym pragnieniem jest zatrzymać się, usiąść i odpocząć, a ja zasuwam jak mała lokomotywka i tylko dokładam do pieca! W ujęciu całościowym jednak muszę posypać głowę popiołem i przyznać, że pierwsza część biegu wyglądała z goła inaczej….

Na mecie zameldowałem się z czasem poniżej 1:10 minut co było nie lada sukcesem w kontekście przygód, które mi dzisiaj towarzyszyły na trasie.

Tak, dzisiaj się znowu najadłem strachu i nie ukrywam, że miałem różne rzeczy przed oczami… Na szczęście skończyło się sukcesem! Dobiegłem do mety w uważam dobrym czasie, szczęśliwy i zadowolony. Na mojej szyi dumnie zawisł pierwszy, ale jakże cenny medal Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich!

To jednak jeszcze nie koniec emocji 🙂

Poniżej wyniki klasyfikacji generalnej. Co prawda nie przywiązywałem do niej żadnej wagi, ale zawsze jest to ciekawe i budujące osiągnięcie 🙂

Tak, teraz to już by było na tyle 🙂

Dziękuję wszystkim wspaniałym osobom z #AdamCzerwińskiTeam za wsparcie, za pomoc, za rywalizację i za miłe słowa 🙂 Jeżeli zdrowie pozwoli to na jesienie znowu podejmę wyzwanie. 

Dziękuję,

Izydor

Może zajrzysz też tutaj