V. Summer Run – 9.07.2017

„Summer RUN to coś więcej niż po prostu kolejny bieg. To bieg historia. To tutaj stawialiśmy pierwsze kroki jako organizatorzy imprez sportowych, dlatego ta lokalizacja jest dla nas szczególna.” – tak reklamuje się letnia impreza organizowana po raz piąty nad Jeziorem Rożnowskim. 

Planując swój kalendarz startowy brakowało mi jakiegoś ciekawego biegu podczas wakacji. Szukałem czegoś w okolicy Wieliczki i natknąłem się na cykl biegów Tour de Małopolska, a tam od razu moją uwagę przykuł bieg Summer Run.

Bieg na dystansie 10 km rozgrywany będzie po raz piąty w okolicach Jeziora Rożnowskiego. Start i meta zlokalizowane są w urokliwej miejscowości Gródek nad Dunajcem. Trasa może nie jest długa, ale za to jest bardzo zróżnicowana pod względem wysokości i wymagająca. 

źródło: http://tourdemalopolska.pl/summer-run/trasa-summer-run/

Na bieg zapisałem się 10 kwietnia 2017 roku korzystając z dobrodziejstwa najniższej opłaty startowej. Jak pamiętam, w chwili zapisów na liście startowej było już ponad 150 opłaconych osób, a zgłoszeń łącznie ponad 200. Limit liczby uczestników biegu został ustalony przez organizatora na 600 osób.

Od samego początku bieg ten traktowałem wyłącznie jako dodatek do wypadu weekendowego z rodziną. Oczywiście, że na rywalizację i emocje z nią związane zawsze znajdzie się miejsce jednak ani nie biegnę po rekord, ani nie jest to mój bieg docelowy. Samo uczestnictwo to również zasługa rekomendacji moich znajomych, którzy brali udział w poprzedniej edycji tej imprezy i bardzo sobie chwalili organizację, scenerię i trasę. Pomyślałem więc, dlaczego by nie wziąć udziału w tym ciekawym wydarzeniu?

Przygotowania...

Skłamałbym pisząc, że do Summer Run w ogóle się nie przygotowywałem. Bieg ten, jak pisałem wcześniej, nie jest moim biegiem docelowym ale nie mogę powiedzieć, że podszedłem do startu „wstając z kanapy„. Co więcej, niespełna 3 tygodnie przed Summer Run bardzo ambitnie zacząłem przygotowania i ukierunkowany trening przed IX Biegiem w pogoni za żubrem co niewątpliwie odbije się pozytywnie na mojej formie.

Summer Run jest dla mnie ostatnim startem biegowym cyklu pierwszego półrocza. Jest taką „wisienką na torcie” wieńczącą moją półroczną przygodę startową. Lato, sceneria, trasa, atmosfera – to wszystko ma być najmilszym akcentem na zakończenie mojego cyklu.

Po ukończeniu IX Biegu w pogoni za żubrem, który odbył się 18 czerwca 2017 roku miałem około 3 tygodni na odpoczynek, regenerację i wznowienie przygotowań przedstartowych. Na odpoczynek dałem sobie 3 dni po czym powoli wchodziłem w rytm treningowy. Wszystko szło bardzo dobrze. Organizm czerpał z podwyższonej aktywności fizycznej ostatnich miesięcy. Samopoczucie i nastrój do biegania były bardzo dobre.

Tydzień przed datą startu w mojej krótkiej historii biegowej ma coś w sobie… pechowego. Co tu dużo pisać, tym razem też pech mnie dopadł. Podczas 20 kilometrowego, wolnego wybiegania poczułem ból w dolnej części mięśnia piszczelowego przedniego. Ponieważ byłem cały czas w ruchu to ten ból nie był zbyt dokuczliwy. Dopiero kilka godzin po treningu zaczęło się małe piekiełko. Ból nasilał się z godziny na godzinę i żadne żele przeciwbólowe nie zmniejszały mojego cierpienia. Dzień po doznaniu urazu nie mogłem praktycznie stawać na nodze dotkniętej kontuzją, a droga z domu na przystanek a następnie z przystanku do pracy trwała co najmniej dwa razy dłużej niż zwykle. W ruch poszły żele, maści i inne farmaceutyki i dopiero 3 dni po doznaniu urazu ból przeszedł, a mięsień odzyskał swoją sprawność myślę, że w 80%. 

Uraz jakiego doznałem zachwiał jeszcze bardziej moją ostatnimi czasy dość wiotką kondycją psychiczną. W pierwszej chwili trochę się załamałem i przestraszyłem, że to może być coś poważniejszego. Gdy z dnia na dzień ból ustępował, wracały też siły witalne i polepszało się samopoczucie. Sam uraz był na pewno konsekwencją treningów, ich intensywności i ilości. W pierwszej chwili, gdy pomyślałem, że nie będę mógł pobiegać ze względu na ból myślałem, że mi świat się zawali, że jak nie przebiegnę tych kilkanaście kilometrów dziennie to nie mam po co jechać na zawody.

Świat się nie zawalił. Pierwszy dzień bez zaplanowanego treningu szybko mnie uświadomił, że odpoczynek może być bardziej zbawienną formą przygotowań przed startem niż najlepsze wybieganie. Po drugim dniu pojawił się oczywiście niedosyt z faktu, że moje buty stoją zaparkowane w hallu zamiast biegać, jednak jednocześnie czułem jak mój organizm gromadzi energię, którą niedługo będzie mógł spożytkować.

Jedziemy do Gródka nad Dunajcem !!!

W sobotni poranek ruszyłem na ostatni przedstartowy trening. Od razu założyłem, że obciążenia treningowe tego dnia zmniejszę o minimum 20% żeby nie obciążyć za bardzo organizmu. Po treningu przyszedł czas na pakowanie. Dodatkowym stopniem trudności w przygotowaniach do wyjazdu był fakt, że była to wyprawa rodzinna. Mój rozbrykany synek nie był zbyt chętny do współpracy. W końcu walizki wylądowały w bagażniku auta i ruszyliśmy w ponad stukilometrową trasę. 

Do miejsca, gdzie mieliśmy nocować dotarliśmy około 14:00. Miejsce to znaleźliśmy dosłownie w ostatniej chwili i była to Bacówka Góralska w miejscowości Jamna, oddalonej od Gródka nad Dunajcem o niespełna 15 km. Bacówka Góralska położona była w środku lasu, na totalnym pustkowiu, na zboczu góry – miejsce idealne na wyciszenie się przed startem.

Po pobraniu kluczy udaliśmy się do wynajętego pokoju. Jak dla mnie i dla żony całkiem w porządku. Na początku marudził nasz synek, ale jak zobaczył dużą rozkładaną kanapę to już był zadowolony. Po chwili byliśmy już rozpakowani i gotowi zwiedzać najbliższą okolicę. Tak w wielkim skrócie – Bacówka Góralska w miejscowości Jamna ma fajne zaplecze dla dzieci – trampolina, piaskownica, domki na drzewie, zjeżdżalnie – jak i dla dorosłych – boisko do siatkówki, chatki na grilla, paleniska pod dachem, restauracja z domową kuchnią. Miejsce jest na odludziu ale na trasie szlaków turystycznych.

Po szybkim rozpoznaniu terenu wsiedliśmy z powrotem do auta i pojechaliśmy do Gródka nad Dunajcem.

Zaparkowałem niedaleko biura zawodów niedzielnego biegu Summer Run, a że do otwarcia biura było jeszcze trochę czasu, poszliśmy pozwiedzać okolicę i dotarliśmy na plażę. Nasz synek wypatrzył swoim sokolim wzrokiem wesołe miasteczko i pomaszerował żwawo w kierunku hali z samochodami elektrycznymi. Po chwili rozrywki skierowaliśmy się ku brzegowi jeziora. Nie byliśmy przygotowani na kąpiel, co nie przeszkodziło naszemu dziecku w przetestowaniu wód jeziora :).

Po około godzinnej zabawie w wodzie dość szybko pozbieraliśmy się ponieważ nadciągały deszczowe chmury. Przed ulewą żona z dzieckiem schowali się w sklepie spożywczym, a ja zrobiłem sobie sprinterskie rozbieganie na dystansie 300 metrów spod sklepu na parking w strugach rzęsistego deszczu. Wróciłem po resztę rodziny i podjechałem pod biuro zawodów, gdzie odebrałem swój pakiet startowy.

W pakiecie oprócz reklam znalazły się okularki przeciwsłoneczne, które przechwycił mój maluch, numer startowy, chip, bon na jedzenie i smycz na klucze. Szkoda, że organizatorzy nie przygotowali pamiątkowych koszulek, trudno.

Ponieważ opady deszczu były nadal intensywne, wróciliśmy do naszej miejscówki w Jamnie. Dotarliśmy na miejsce i razem z synem poszliśmy dokładnie przetestować plac zabaw dla dzieci. Po ponad godzinnej zabawie z miejsca rozrywki przegoniły nas kolejne opady. Dosłownie w ostatniej chwili uciekliśmy przed wielką ulewą z piorunami, które biły w odległości kilkudziesięciu metrów od naszego pokoju.

Dopiero po 20:00 przestało padać, powietrze się oczyściło i było super przyjemnie. Po krótkim spacerze synek bez protestów poszedł spać, a ja przez kolejną godzinę studiowałem materiały związane z jutrzejszym biegiem w tym świetnie rozpisaną trasę:

źródło: https://www.facebook.com/tourdemalopolska/

a na koniec rozsiadłem się wygodnie w fotelu na tarasie przed pokojem i delektowałem się wieczorną ciszą i cudownym, odświeżającym klimatem gór….

Dzień startu !!!

Obudziłem się po 7:00 rano i nie było większego sensu wstawać wcześniej. Śniadanie rozpoczynało się od 9:00 i ten fakt trochę mnie zdenerwował. Mój podły nastrój udzielał się na zewnątrz bo wiedziałem, że mamy mało czasu na spokojny posiłek, pakowanie się i dojazd na miejsce startu zawodów. Suma summarum już o 9:40 siedzieliśmy wszyscy w aucie i bez pośpiechu ruszaliśmy w trasę.

Gródek nad Dunajcem powoli się zapełniał turystami i uczestnikami biegu Summer Run. Było to doskonale widać po korkującej się głównej arterii miasteczka. I tu miłe zaskoczenie mnie spotkało. Bardzo uprzejmy przedstawiciel organizatora biegu kierował ruchem pojazdów w centrum miasta wskazując kierowcom dogodne miejsca do zaparkowania auta! Szacunek! Niby drobnostka ale o jeden stres mniej.

Zaparkowałem auto na polu namiotowym, tuż przy plaży, przebrałem się, pożegnałem się z rodziną i poszedłem w kierunku startu biegu

Strefa startowa zlokalizowana była na obszernym parkingu obok urzędu miasta i hali sportowej. Już z daleka widać było balony reklamowe, proporce i inne gadżety jednoznacznie wskazujące miejsce, z którego za ponad pół godziny ponad 500 uczestników piątej edycji Summer Run ruszy na trasę.

Robiło się gorąco, a uczucie to potęgowało dodatkowo ciężkie, duszne powietrze – efekt burz i obfitych opadów deszczu z dnia poprzedniego. Na szczęście organizatorzy zadali o „bramkę wodną”, gdzie można się było schłodzić przed biegiem.

Do startu pozostało około pół godziny, kiedy rozpocząłem rozgrzewkę i ruszyłem na krótkie rozbieganie. Mimo operującego już dość mocno słońca pogoda była całkiem przyjemna a wysoka, bo sięgająca 27 stopni temperatura wcale nie dawała się jeszcze we znaki.

Po rozgrzewce trochę rozciągania i szukanie cienia, co nie było łatwe, gdyż w strefie startowej robiło się już bardzo tłoczno a uczestników biegu oraz osób im towarzyszących przybywało.

Po tradycyjnych przemówieniach organizatorów i innych ważnych osób zawodnicy i zawodniczki ustawiali się szybko w strefie startowej. Do startu pozostały już dosłownie sekundy.

3...2......1...... START !!!

I rozpoczęły się zawody !!!

Start był bardzo dynamiczny i prowadził z szerokiego parkingu na główną ulicę przecinającą Gródek nad Dunajcem. Pierwsze metry to dość długa prosta kończąca się skrętem w lewo. Od tego momentu zaczął się pierwszy podbieg. Z ciekawostek, trasa przebiegała obok kościoła, gdzie aktualnie odbywała się msza. Ciekawie to musiało wyglądać z perspektywy osób stojących na zewnątrz kościoła, gdy ni stąd ni zowąd pojawia się „armia” tupiących i dyszących biegaczy!

źródło: https://www.facebook.com/tourdemalopolska/
źródło: https://www.facebook.com/tourdemalopolska/

Między 2 a 4 kilometrem biegliśmy cały czas w dół i choć nie było to zbyt strome zbocze to biegnąc po mokrym i brudnym od żwiru, kamieni i błota asfalcie trzeba było bardzo uważać. Na około 2 kilometrze i przez kolejne 2 biegłem tym samym tempem co inny zawodnik. Dlaczego o tym wspominam? Bo ubrani byliśmy w podobne, żółte koszulki i wyglądaliśmy jak dwie pszczółki co mnie bardzo rozbawiło i wprowadziło w znakomity nastrój.

Na tym etapie nie forsowałem tempa, biegłem spokojnie na pewno trochę poniżej swoich możliwości. Wiedziałem jednak, że trasa biegu to nie płaska autostrada tylko istny górski rollercoaster!!!

Kilkadziesiąt metrów od skrętu z drogi głównej na drogę lokalną rozpoczął się pierwszy podbieg. Była to krótka ale bardzo stroma „ściana„, gdzie nogi wcale nie chciały biec tylko „błagały” o przejście do marszu. Nie tylko ja zacząłem maszerować ale wszyscy wokoło mnie. Kilka osób próbowało się szarpać z bieganiem ale to nie miało sensu na tym odcinku. W głowie aktywowały się wszystkie porady organizatorów biegu dotyczące charakterystyki trasy i sposobu jej pokonywania. Szybko została zweryfikowana informacja, że przejście z biegu do marszu na podbiegach to nie żaden wstyd. Również pomagała informacja o wzmożonej pracy rękoma, bo rzeczywiście, po przejściu do marszobiegu ręce odgrywały chyba kluczową rolę w utrzymywaniu właściwego tempa.

Pierwszy morderczy podbieg był już za mną i niespodziewanie dla siebie czułem się bardzo dobrze! Poziom zmęczenia był w sam raz a siły nie zostały wyczerpane. Po tym pierwszym podbiegu znalazło się kilkadziesiąt metrów po płaskim terenie i znalazł się czas na uchwycenie właściwego rytmu przed kolejnym wzniesieniem. Tym razem przede mną było do pokonania prawie 2 km pod górę z różnicą wzniesień niespełna 100 metrów! Smaczku całej wspinaczce dodawał fakt, że podbieg ten usytuowany był na otwartym terenie w prażących promieniach słońca.

Wspinaczka rozpoczęła się przejściem z biegu do truchtu i marszobiegu i czynili tak po kolei wszyscy naokoło. Biec się może i dało ale to było chyba jedynie domeną bardziej wytrenowanych zawodników znajdujących się na czele stawki. Pomimo ciężkiego odcinka trasy znalazł się również czas na podziwianie krajobrazów, a widoki były po prostu zapierające dech w piersiach!

Dobiegając do 7 kilometra nie wiedziałem czy się cieszyć czy nie faktem, że wspinaczka się już zakończyła. Chwytając  kubek z wodą, usłyszałem informację, że teraz tylko będzie z górki więc „gaz do dechy!” No cóż, jak trzeba to trzeba! Tak pomyślałem i w żwawym tempie zacząłem przemieszczać się coraz szybciej w dół trasy.

Ostatnie 3 km to „jazda bez trzymanki„! Trasa najpierw opadała łagodnie w dół, było szeroko, miło i przyjemnie po czym robiło się coraz bardziej stromo. Na dystansie 8,5 kilometra miałem przed sobą przepaść… i oczami wyobraźni widziałem siebie lecącego prosto w czeluście leśnych odchłani po wypadnięciu z trasy z powodu zbyt dużej prędkości. Żeby to jakoś wiarygodnie zobrazować na tym karkołomnym odcinku pobiłem swoje aż trzy dotychczasowe oficjalne rekordy na 1 kilometr uzyskując 03:39, na 3 km – 12:00 oraz w teście Coopera 3 km w 12 minut! Odcinkami biegłem jednak bardzo asekuracyjnie bojąc się upadku, kontuzji czy poślizgnięcia się na momentami śliskiej trasie. Jakoś nie mam zaufania do przyczepności moich bądź co bądź trochę już używanych butów NIKE Pegasus 33.

Końcowe 800 metrów przed metą trasa się „uspokoiła” i już łagodnie opadała. Pierwsze 400 metrów tego odcinka to właśnie łagodny spadek. Tutaj postanowiłem rozpocząć finisz i po prostu „puściłem” nogi. Tempo miałem iście sprinterskie! Dobiegłem do płaskiego odcinka i zaczęły się męczarnie. „Odcinało mi prąd„, serducho zaczęło walić jak szalone a w oczach pojawiły się mroczki. Czułem jak oblewa mnie zimny pot a mięśnie sztywnieją. Najbardziej frustrujący odcinek całego biegu – chciałem bardzo ale nie mogłem, organizm się zbuntował i już! W oddali widziałem metę ale miałem wrażenie, że pomimo, że jakoś tam biegnę, wcale się do niej nie przybliżam – wręcz przeciwnie – moje zamazane potem oczy zdawały się widzieć oddalającą się strefę zakończenia zawodów 🙂

źródło: https://www.facebook.com/rozbieganedobczyce/

Biegłem już trochę siłą woli a w najważniejszym momencie przekonałem się dobitnie od czego są jednak KIBICE !!! To właśnie doping ludzi zgromadzonych wzdłuż ostatnich 200 metrów trasy poniósł mnie ku mecie w jednym kawałku i z uśmiechem na twarzy. Doping kibiców zdziałał cuda! Jestem im za to BARDZO, BARDZO WDZIĘCZNY!!!

źródło: https://www.facebook.com/rozbieganedobczyce/

Victoria !!!

Moje kolejne małe zwycięstwo !!!

Ukończyłem piątą edycję Summer Run z czasem netto 00:48:02

Końcówka biegu dała mi mocno w kość i po przekroczeniu linii mety przez dłuższą chwilę dochodziłem do siebie. Z pomocą przyszli niezawodni tego dnia organizatorzy wręczając mi na mecie puszeczkę zimnego, orzeźwiającego radlerka 🙂 Po jego szybkim skonsumowaniu poprosiłem o kolejną puszeczkę, która definitywnie przywróciła we mnie siły witalne. W tzw. „międzyczasie” odebrałem jeszcze medal za uczestnictwo w biegu.

Po kilkunastu minutach krążenia w strefie mety udałem się na posiłek do pobliskiej restauracji. Kluseczki z truskawkami i kompocik były tym, czego w danej chwili moje ciało potrzebowało najbardziej. Po posiłku jeszcze raz udałem się w okolice mety, ale stwierdziłem, że nic tu po mnie i pomaszerowałem w kierunku plaży, aby dołączyć do relaksującej się tam rodziny.

Podsumowanie

Po każdych zawodach głowa dokonuje analizy tego, co nawyprawiał organizm. Jednym z pierwszych pytań, które w sposób naturalny rodzi się w człowieku to: czy można było pobiec lepiej? Odpowiedź nie jest już taka prosta jakby się mogło wydawać.  Przede wszystkim trasa była mi całkiem obca. Kolejna rzecz to duża różnica wzniesień, strome podbiegi i szaleńcze zbiegi, do których ani fizycznie ani psychicznie nie byłem przygotowany. Np. przy stromych zbiegach zwalniałem bojąc się, że buty stracą przyczepność z podłożem i upadnę, porozbijam się i skończę nieciekawie. Dalej, od samego początku nie narzucałem na ten start żadnej presji związanej z wynikiem, wręcz przeciwnie, moim założeniem było biec w takim tempie, aby nie doprowadzić do zakwaszenia organizmu, do kontuzji i żeby nie złapać kolki, co mi się bardzo często ostatnio zdarzało.

Z drugiej strony 111 miejsce pozostawia pewien niedosyt, ponieważ chciałem się zmieścić w pierwszej setce. Zabrakło niestety około półtorej minuty, żeby zamknąć swój udział z dwiema cyframi z przodu. Jest niedosyt i wcale tego ni ukrywam. Sam czas uważam za bardzo dobry, szczególnie, że biegłem trochę asekuracyjnie.

Na zakończenie słowa pochwały dla organizatorów – nie byli widoczni, natrętni, a wszystko było dopięte na ostatni guzik. Bardzo fajnie oznakowali kilometraż na trasie, strefa startu i mety była również super zorganizowana. BRAWO!!!

Summer Run 2017 przechodzi więc do historii i to do tej, do której chętnie będę wracał myślami. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to nie wykluczone, że w przyszłym roku również stanę na starcie powalczyć tym razem o bardziej ambitne cele.

Może zajrzysz też tutaj