PZU Cracovia Maraton A.D. 2020- to-ge(t)-ther(e)

Cracovia Maraton to wydarzenie sportowe wpisane od prawie dwóch dekad w kalendarz ogólnopolskich imprez biegowych. Co roku, zgodnie z tradycją biegacze spotykają się w Krakowie by przemierzać ulicami królewskiego miasta dystans 42 kilometrów i 195 metrów. Ten rok jest inny niż poprzednie, zdominowany przez pandemię, niepewność, ograniczenia. Organizatorzy jednaki nieomal „stanęli na głowie” aby dochować wierności tradycji, za co należy im się szacunek. Co więcej, wpływy z wpisowego na PZU Cracovia Maraton pod hasłem to-ge(t)-ther(e) zgodnie z deklaracją organizatorów w pełni zostanie przeznaczona na rzecz Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.

Kiedy 28 kwietnia 2019 roku kończyłem swój 3 z rzędu Cracovia Maraton, a czwarty w ogóle maraton, w myślach już zacząłem planować swój udział w kolejnej edycji tego biegowego wydarzenia. Szczególną motywacją dla mnie był fakt, że chciałem ukończyć ten bieg w asyście swoich dwojga wspaniałych dzieci. Moja śliczna córka Izabelka spłatała mi jednak figla i…. zasnęła na kilkanaście minut przed moim przybyciem na metę 18 edycji Cracovia Maraton.

Informacje o dacie rozpoczęcia zapisów śledziłem na bieżąco. Chciałem zapisać się na samym początku, aby móc skorzystać z pojawiających się wtedy promocyjnych opłat. w międzyczasie wziąłem udział w pozostałych imprezach cyklu Królewskiej Triady Biegowej czyli w Biegu Trzech Kopców oraz w Półmaratonie Królewskim.

Druga połowa roku pod względem biegowym zapowiadała się bardzo ciekawie. Oprócz Królewskiej Triady Biegowej miałem zaplanowane biegi z cyklu Tour de Małopolska oraz Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich. Życie jednak pisze czasem inne scenariusze, niż byśmy sobie tego życzyli. Od września moje bieganie mogę określić krótko: „bieg przez łzy„. Nikt nie lubi narzekań innych, bo każdy ma wystarczająco swoich własnych. Dlatego też podsumuję wydarzenia z mojego życia osobistego i zawodowego w okresie od września 2019 tymi słowy: „jak się pie…li, to wszystko” I tak było w moim przypadku – kryzys gonił kryzys i każdy kolejny pogłębiał ten poprzedni. Bieganie nie sprawiało mi już prawie żadnej przyjemności… Starty w zawodach były bardziej na zasadzie odrobienia „pańszczyzny”, na siłę niż dla konkretnego celu biegowego. Wszystko było w rozsypce.

Paradoksalnie to bieganie mnie zaczęło powoli wyciągać z psychicznego dołka. Pewnego dnia wyszedłem z domu i poszedłem na Arenę Lekkoatletyczną w Wieliczce i zacząłem spacerować wokoło bieżni szczerze sam ze sobą rozmawiając! Wygląda dziwnie? Tak, to było dziwne, ale postanowiłem naprawę „świata” rozpocząć od samego siebie. Postanowiłem zdiagnozować źródła problemów i poszukać możliwych rozwiązań w bliższej i dalszej perspektywie czasu. Ponieważ sporo spraw się nawarstwiło, sporo problemów od lat „zamiatałem pod dywan” to mój spacer trochę potrwał i chyba tak ze 3 lub 4 kilometry zrobiłem. Warto było! I chociaż od diagnozy do realizacji była długa droga, to byłem z siebie dumny, że świadomie podjąłem wyzwanie walki ze swoimi demonami.

Skupmy się jednak na bieganiu. Tutaj brak motywacji spowodowany był brakiem dyscypliny treningowej. Nie żeby mi się nie chciało trenować, tylko od kiedy pamiętam, trenowałem według planu, który ktoś mądrzejszy ode mnie mi przygotował i śledził postępy, dodawał uwagi, sugestie. Po zakończeniu współpracy z Kacprem Piechem (świetny fachowiec!!!) w moim bieganiu powstała luka, której samodzielnie nie potrafiłem wypełnić. Co prawda przez jakiś czas samodzielnie tworzyłem sobie plany na bazie tych od Kacpra z przeszłości, ale nie mając możliwości zweryfikowania tych planów, czy mają one jakiś sens, poddałem się…

Brak wytycznych treningowych powodował, że daleki byłem od wyników sprzed roku na tych samych zawodach. Zacząłem poszukiwania. Skontaktowałem się z Wojtkiem Kopciem, który miał bardzo fajną ofertę, ale nie jest z Krakowa, a ja poszukiwałem trenera, z którym mógłbym się spotkać i co jakiś czas porozmawiać o postępach i kierunkach mojego biegania. Szukałem dalej i znalazłem! Odświeżyłem kontakt do Adama Czerwińskiego, z którym się już wcześniej kontaktowałem, ale wtedy jakoś mnie nie przekonał. Tym razem po zapoznaniu się z materiałem, który mi przesłał, postanowiłem sprawdzić jak wyglądają jego treningi „na żywo„, szczególnie, że prowadził zajęcia grupowe w Wieliczce.

Zajęcia grupowe” – mój wrodzony introwertyzm strasznie gryzł się z pomysłem uczestniczenia w treningach z innymi osobami. Musiałem się naprawdę nagimnastykować, żeby złamać swój wewnętrzny opór przed integracją z innymi biegaczami podczas zajęć. Nikt oczywiście mnie do tego nie zmuszał, ale przecież nie można inaczej!

Zanim jednak wybrałem się na pierwsze zajęcia do Adama, pobiegłem w Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich. W debiucie pobiegłem nieco poniżej 1 godziny i 5 minut ale umierałem na mecie z bólu i wycieńczenia. Wiedziałem, że brakuje mi regularnego treningu. Na zawodach trudno było nie dostrzec czerwonych koszulek #AdamCzerwińskiTeam oraz innych zorganizowanych teamów biegowych. „To ma chyba sens!” – pomyślałem i z pozytywnym nastawieniem powędrowałem na pierwsze zajęcia do Adama Czerwińskiego.

Na dalsze decyzje dotyczące biegania miała wpływ w sporej części moja niestabilna sytuacja życiowa. Postanowiłem zmienić sposób uczestnictwa w zawodach. Chciałem spróbować swoich sił jako „pacemaker„. Prowadzenie zawodników pod konkretny czas wiązało się głównie ze zwolnieniem z opłaty startowej oraz, co było nie mniej istotne, chęć pomocy innym zawodnikom w osiągnięciu sukcesu sportowego. Pomyślałem, że skoro ja nie jestem w optymalnej formie, a raczej na początku transformacji, ale mam jeszcze dość sił i motywacji, żeby pomagać innym, to niech to będzie dobry początek nowej drogi.

Tak oto, dzięki uprzejmości Kacpra Piecha poprowadziłem zawodników na 1:50:00 w Lisieckim Biegu Mikołajów na dystansie półmaratonu. Przyznam całkiem obiektywnie, że byłem na prawdę z siebie zadowolony, szczególnie, że zawodnicy, którym pomogłem wraz z innym pacemakerem pobiec po życiówkę czy też osiągnąć zamierzony cel, pozytywnie wypowiadali się o naszej „pracy„.

Poszedłem więc za ciosem i napisałem do organizatorów Cracovia Maraton, czy nie mają jeszcze wolnych miejsc dla pacemakerów na zbliżającą się 19-tą edycję tej wspaniałej imprezy. Po kilku dniach otrzymałem taką oto odpowiedź:

Po przeczytaniu tej wiadomości… poprosiłem o kilka godzin do namysłu… Dlaczego? 3:45:00 – takie czasy osiągałem we Wrocławiu, czy podczas 2 poprzednich edycji maratonu w Krakowie! Padł na mnie blady strach, a przed oczami malowała się wizja 4 miesięcy ciężkich treningów, wyrzeczeń, „łez, potu i krwi„. Największą moją obawę budził fakt wzięcia odpowiedzialności za wynik innych. Prawie cały dzień upłynął mi na rozmyślaniu, aż w końcu wieczorem odpisałem, żeby mnie zapisali na pacemakera na 3:45:00.

Wtedy na pewno serce zabiło mi mocniej, gdyż wiedziałem, że to już nie jest tylko sprawa udziału w zawodach, to jest przede wszystkim sprawa honoru! Największym dyshonorem mógł być jedynie fakt, że nie poświęciłbym odpowiednio dużo czasu na przygotowanie się do wzięcia na swoje barki odpowiedzialności za wynik innych osób na trasie.

I tak oto 20 grudnia 2019 roku zostałem zapisany na listę pacemakerów 19 edycji Cracovia Maraton! Tak, byłem dumny, byłem szczęśliwy, wyróżniony i w ogóle czułem się zajebiście!!!

Będąc oficjalnym pacemakerem miałem już motywację, cel do realizacji i świeży napływ zarówno endorfin jak i adrenaliny. Cztery miesiące to sporo czasu, żeby się odpowiednio przygotować. Zacząłem od poinformowania trenera, Adama Czerwińskiego, o moim udziale w Cracovia Maraton i poprosiłem go, żeby przygotował dla mnie plan treningów pod maraton. Szło mi całkiem dobrze, do czasu… Najpierw podczas jednej z edycji GPK wylądowałem w karetce ze względu na problemy z sercem. Kilka tygodni później na treningu ogólnorozwojowym doznałem urazu kręgosłupa. Doprecyzuję tutaj, wypadł mi dysk L4 i trening nie był tego przyczyną tylko tryb siedzący w pracy i inne, nadmierne obciążenia kręgosłupa.

To co mnie miało wzmocnić, zabiło mnie (Quod me nutrit me destruit). Ze łzami w oczach z bólu opuszczałem salę gimnastyczną i z trudem wsiadłem do auta kolegi, który od razu zaoferował mi podwózkę do domu. Nadmienię, że nie on jeden z teamu #ACT!!! Po badaniach dostałem serię 14 bolesnych zastrzyków i jakoś powoli wracałem do siebie.

Na horyzoncie pojawiły się też dobre wiadomości. Po kilku miesiącach na bezrobociu udało mi się znaleźć pracę! Powoli wracałem do świata żywych! I już myślałem, że nic nie zakłóci mojego dobrego nastroju a tu BACH !!! COVID-19 !!! Kolejne zawody biegowe zaczęły być odwoływane. Cierpliwie czekałem na oficjalny komunikat w sprawie Cracovia Maraton. No i niestety…. 12 marca wobec szalejącej pandemii COVID-19 oraz odgórnych restrykcji z lockdownem włącznie zawody zostały kwietniowe zostały odwołane.

a dnia 17 marca organizatorzy  19 edycji Cracovia Maraton przekazali informację o nowej dacie zawodów – 8 listopada.

Było mi bardzo przykro, że nie mogłem pobiec jako pacemaker w kwietniu. Decyzja jaka zapadła była jedyną, jaka mogła być w ogóle podjęta. W owym czasie żadne zawody biegowe nie były rozgrywane, a nasze wypady w niedzielne poranki do lasu w Bronaczowej zakrawały o działania partyzanckie 🙂

Trochę mi przeszła ochota na bieganie, znowu spadła motywacja, pojawiło się zwątpienie i nie ukrywam, moja psyche zaczęła siadać… problemy, które jakiś czas temu myślałem, że udało mi się rozpoznać, nazwać po imieniu i stopniowo przezwyciężać, wróciły i można powiedzieć, że uderzyły ze zdwojoną siłą.

Sprawdziany na 5 km i na 3 km w grupie #AdamCzerwińskiTeam wypadły dużo poniżej moich oczekiwań. Ale też chyba na wyrost oczekiwałem wyniku, nie angażując w to odpowiedniej pracy i efekty były jakie były – słabe. Wtedy chciałem się poddać, czułem się przytłoczony, złamany psychicznie, poturbowany i przygnieciony ciężarem, którego już nie miałem siły i ochoty dźwigać. I wtedy właśnie pomyślałem, że zamiast się mazgaić i użalać nad sobą muszę zacząć po prostu żyć! Bardzo motywowały mnie słowa piosenki AVICI! – THE NIGHTS:

„One day you’ll leave this world behind
So live a life you will remember.”

Zacząłem od ponownego przygotowania organizmu do poprawnego czerpania benefitów z biegania i z aktywności fizycznej. Wróciła lepsza dieta, nawodnienie, nastąpiła redukcja używek. Zacząłem pracować mocniej nad poprawą jakości życia osobistego i zawodowego. Szło jak po grudzie, ale praca przynosiła już małe efekty. Uznałem, że obrałem słuszną drogę i muszę tylko wytrwać jak najdłużej, a gdy życie znowu mi rzuci kamień na plecy, dźwignąć go i z uśmiechem iść dalej! Uff wystarczy tej prywaty – kto by to chciał czytać ?!

Wrzesień nie obfitował może w wysyp zawodów, ale odbył się Bieg Myślenicki, w którym zabrakło mi do życiówki na 10 km tylko 5 sekund, Pobiegłem w wirtualnych zawodach na 5 km też w całkiem niezłym czasie. Zacząłem odczuwać na treningach, że to wszystko co robię przynosi pozytywne efekty! Czułem coraz większą satysfakcję z biegania bo i wyniki też były coraz lepsze! Ten humor poprawił mi dodatkowo komunikat o otwarciu zapisów na listopadową edycję Cracovia Maraton. Pomimo, że nie przygotowywałem się specjalnie ostatnio pod maraton, to nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności uczestnictwa w tym wspaniałym wydarzeniu!

Zapisałem się prawie bez namysłu i otrzymałem numer 85. Jednak od zapisania się do uczestnictwa była daleka droga ponieważ zgodnie z ogłoszeniem, organizator wprowadził następujące zasady:

Szanse na to, że mnie wylosują były… 50% – albo mnie wylosują albo nie 🙂 No i mnie wylosowali!!! 10 razy sprawdzałem, czy na pewno jestem na liście startowej i za każdym razem uśmiechałem się w duchu do siebie, że los mi sprzyja i jest to najwspanialsza nagroda za ciężką pracę, nie tylko na bieżni!

Do startu został niecały miesiąc. O kierunkowych przygotowaniach już nie było mowy. Z pomocą oczywiście przyszedł Adam Czerwiński, który odpowiednio zmodyfikował mój plan treningowy oraz udzielił kilku wskazówek. Co więcej, na jednym z treningów zapytał jakich żeli będę używał na sprawdzianie 30 kilometrowym na 2 tygodnie przed zawodami. Odpowiedziałem wprost, że niestety moja sytuacja jest taka, że nie mogę sobie pozwolić na taki „luksus„. Adam bezinteresownie zaoferował pomoc i tej pomocy mi udzielił, za co mu będę dozgonnie wdzięczny. Szacunek do Adama mam od kiedy go poznałem, więc tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że nie tylko jest świetnym sportowcem, trenerem, ale wspaniałym człowiekiem! Dzięki Adam!!!

Każdy kolejny trening przynosił mi satysfakcję i po prostu czułem, że przyszła ciężko wypracowana forma biegowa, że jest moc, że jest dobra wytrzymałość, że z sercem i oddechem nie mam już większych problemów. Co najważniejsze, biegała też „głowa” – była motywacja, skupienie i ukierunkowanie na realizację celu!

Na dłuższych wybieganiach wyobrażałem sobie trasę nadchodzącego maratonu, a szczególnie ostatnie jego metry przed metą, kiedy wybiegają do mnie moje dzieci, córka wskakuje mi na ręce, a syn z drugiej strony biegnie ze mną w kierunki linii oznaczającej koniec maratońskich zmagań. Za każdym razem aż mi się łzy cisnęły do oczu jak z synem na rękach kończyłem swój pierwszy i najwspanialszy w życiu maraton na rynku w Krakowie. Tych emocji, wzruszenia, szczęścia nie da się wręcz opisać słowami! Za każdym razem jak sobie przypominam te chwile to ożywają te nieudawane, najwspanialsze emocje jakie mogą towarzyszyć człowiekowi w życiu! I teraz również – chciałem aby częścią nowej historii moich zmagań z maratonem była również moja córeczka.

K….A MAĆ !!!

 

to i tak tylko mega mały wycinek słów, które kłębiły się w mojej głowie, kiedy w obliczu rosnącej fali zakażeń na COVID-19 w Polsce, rząd zakazał organizacji zawodów biegowych, w tym oczywiście Cracovia Maraton. Organizator na 4 dni przed startem wydał taki oto komunikat:

Pierwszych myśli jakie przyszły mi do głowy nie będę zamieszczał w tym miejscu. Bardzo mocno przeżyłem ten komunikat. W głowie kotłowały się teorie spiskowe! Patrzyłem na koszulkę, którą otrzymałem w pakiecie startowym i miałem ochotę ją podrzeć i cisnąć do śmieci! Żeby tego było mało, to tego dnia byłem u stomatologa i znieczulenie właśnie puszczało i zaczął pojawiać się potworny ból szczęki i głowy. Mało tego! na 21:00 miałem rozmowę z klientem i nie mogłem z nim normalnie porozmawiać bo się łącze netowe rwało!

Tak mogę podsumować cały fantastyczny dzień!

Kolejny nie był lepszy! O 16:04 Organizator Cracovia Maraton dodał kolejną informację o przeniesienie zmagań do świata wirtualnego!

Kliknij w obrazek poniżej po więcej szczegółów

Wirtualny? Dżizas K… no nie! Nie dość, że wczoraj mnie psychicznie sponiewierali komunikatem o odwołaniu zawodów, to dzisiaj kopią mnie jak leżącego na ziemi „alternatywą w słusznej sprawie„! Czułem się dosłownie jak bokser, który dostał potężnym prawym prostym między oczy i zanim się zdążył ocknąć, to oberwał poprawkę lewym sierpowym pod oko. Nogi mi się ugięły ze złości na cały świat!

Komunikat o przeprowadzeniu zawodów w formie zmagań wirtualnych pojawił się w czwartek, jeszcze przed treningiem wieczornym z grupą #AdamCzerwińskiTeam na wielickiej Arenie Lekkoatletycznej. 
Lawa złości, która wylewała się ze mnie do tej pory jak z wulkanu zaczęła powoli stygnąć. Po tych wszystkich rozgoryczeniach, falach złości i niesprawiedliwości przyszła pora na refleksję. 
Pierwsza myśl, jaka zaświtała mi w głowie – jak sprawdzić teraz moją formę i czy rzeczywiście moje przygotowania gwarantują mi możliwość osiągnięcia zamierzonego na zawody celu – złamania granicy 3:30:00 po raz drugi w życiu? Po niej przyszły kolejne:

  • czy zamiast obwiniać wszystkich i wszystko naokoło nie warto skorzystać z opcji, jaką dał organizator?
  • czy wynik, który osiągnąłbym w „normalnych” zawodach zrobiłby jakąkolwiek różnicę w maratońskich, światowych tabelach wszechczasów?
  • pieniądze za wpisowe? zapłaciłem i może moja sytuacja finansowa nie jest na tyle dobra, żeby ot tak przekazać kwotę wpisowego na szczytny cel, ale do jasnej cholery! Ta „cegiełka” to kropla w morzu, potrzeb dzieci, na których leczenie miało pójść wpisowe. 
  • to nie wina organizatora, a decydentów (tu nie będę pisał o polityce bo szkoda czasu na tych patałachów). Organizator dał nadzieję, dał alternatywę, żył, tak jak wszyscy inni planujący uczestnictwo w tym krakowskim święcie biegania, że zawody się odbędą i będzie mógł cieszyć się z kończącymi bieg.
  • co ja zaoferowałem od siebie żeby pomóc dzieciom, osobom potrzebującym pomocy? Niewiele, prawda?
  • co ja mogę zrobić? Wiele! Mogę swoją postawą pokazać, że nie wolno się poddawać mimo przeciwności losu, nie wolno wycofywać się w ostatniej chwili pokazując słabość, kiedy trzeba wystąpić z szeregu i pokazać szlachetne oblicze!
  • Zrobię to dla moich dzieci, żeby mnie zapamiętały za kilka tych dobrych rzeczy
  • Pobiegnę za tych, którzy nie mogą pobiec, za dzieci leżące w łóżkach szpitalnych, a które na pewno by chciały spędzać czas na świeżym powietrzu ale nie mogą. JA MOGĘ i w ten sposób CHCĘ pomóc.

I tym sposobem fala pozytywnych myśli zalała mi głowę i przywróciła bojowy i optymistyczny nastrój. Nieocenione jest też mentalne wsparcie żony i Adama Czerwińskiego – dziękuję!

Biegnąc na trening w czwartkowy wieczór wiedziałem, że biegnę nie tylko odklepać na bieżni kilka kilometrów. Wiedziałem, że nie jestem tam bo przed czymś uciekam. Zdawałem sobie sprawę, że może i w jakiejś mikro skali, ale zawsze, ma to, co robię większy sens (przynajmniej dla mnie)!

Na treningu osoby, które wiedziały, że mi odwołano maraton szczerze mi współczuły, ale nie wiedziały jeszcze, że ja się nie poddałem, że pobiegnę na przekór wszelkim zakazom, rozkazom, logice i przeciwnościom. Pobiegnę bo chcę, bo czuję że powinienem doprowadzić ten temat do końca i że tylko wtedy będę mógł obwieścić swój sukces, gdy z uśmiechem na ustach przebiegnę 12 okrążeń wokół krakowskich Błoń pokonując po raz 5 w życiu królewski dystans 42 kilometrów i 195 metrów!

W piątek podjąłem decyzję, że wystartuję około 6:00 rano. Oznaczało to, że będę musiał wstać przed 5:00 i dotrzeć na Błonia przed 6:00. Poranne wstawanie to nic nowego dla mnie, nawet lepiej, bo później cały dzień jest do zagospodarowania. 

W piątkowe popołudnie jeszcze zrobiłem krótkie rozbieganie na odcinku 7 km, głównie po to, żeby rozruszać nogi. Tempo wolne, rekreacyjne na niskim tętnie. W sobotę miałem nie biegać tylko pospacerować. Dlatego całą rodziną wybraliśmy się na wycieczkę do Nowego Wiśnicza. Niestety, podwoje wspaniałego zamku w Nowym Wiśniczu były zamknięte dla zwiedzających a i tak spędziliśmy wspaniały dzień.

Wieczorem zaś tradycyjna gorączka przygotowań. Oczywiście przesadzam 🙂 bo na wakacje nie jechałem tylko na zawody. Sprzęt sprawdzony już wcześniej, zresztą, jak zwykle wyboru praktycznie nie miałem… cóż, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma! 

W żele zaopatrzyłem się u Adama Czerwińskiego, bo świetnie sprawdziły się 2 tygodnie wcześniej.

i jeszcze na pamiątkę, bo w tej pamiątkowej koszulce nie miałem zamiaru startować.

Kiedy już przygotowania zmierzały do końca, ubrania leżały na kanapie, reszta w odpowiednich miejscach usłyszałem „ding” w telefonie. To Mariusz Grabowski z #AdamCzerwińskiTeam napisał do mnie na Facebooku:

Nie spodziewałem się, że ktoś będzie chciał uczestniczyć w moich zmaganiach w maratonie. Owszem, zamieściłem informację na grupie, że będę brał udział w biegu i że zapraszam do wspólnego biegania dowolnego odcinka trasy i tak po cichu, cichuteńku liczyłem na wsparcie. Bieganie maratonu w samotności ma swoje plusy, ale doskonale wiem, że właśnie na tym dystansie na pewnym etapie zmagań nie biegną już nogi tylko biegnie głowa. Wiadomość od Mariusza ucieszyła mnie niezmiernie! Nie wiedziałem, kto, oprócz niego, będzie biegał, ale miało to dla mnie marginalne znaczenie. Liczył się fakt, że będę miał wsparcie!

O 4:50 zadzwonił budzik. „To już…” – pomyślałem i wstałem po cichu z łóżka, żeby nikogo nie zbudzić. Po kilkunastu minutach już byłem ubrany rzeczy, w których miałem biegać i około 5:30 siedziałem już w samochodzie. Dojazd na krakowskie Błonia z Wieliczki zajął mi niespełna 20 minut. Zaparkowałem auto i ruszyłem na mały rekonesans. Ciemno, zimno i ani żywej duszy, a do tego gęsta mgła spowijająca alejki. Klimat jak z horroru 🙂

Na zegarku nie wiem skąd pojawiła się godzina 6:00 więc najwyższa pora na rozgrzewkę. Po wykonaniu standardowych wymachów ramion i kilku skipów nie miałem kompletnie koncepcji co robić dalej. Jakoś wszystkie ćwiczenia z czwartkowych zajęć czmychnęły ukradkiem z mojej pamięci. Nie było więc co przedłużać i odwlekać w czasie nieuniknionego. Podszedłem do auta, sprawdziłem sprzęt, odpaliłem aplikację na komórce i byłem gotowy (przynajmniej tak mi się zdawało 🙂 ).

Jak tylko zamknąłem auto wiedziałem, że nie ma już odwrotu, nie ma co sprawdzać wiązania butów, czy apaszka jest odpowiednio głęboko za pazuchą, czy skarpetki są na odpowiedniej wysokości i tak dalej i tak dalej. Ruszyłem w kierunku alejki, stanąłem na środku, popatrzyłem na czarny od zmroku horyzont, „w imię Ojca…” i niech się dzieje co ma się dziać! Niech się zrealizują marzenia, niech ten dzień będzie świętem! Ruszyłem na trasę wirtualnego Cracovia Maraton A.D. 2020 !!!

Plan na bieg był następujący:

  • 1 kółko – 5:15
  • 2,3 kółko – 4:50
  • 4 kółko – 5:05 – 5:10
  • 5,6,7 kółko – 4:50
  • 8 kółko – 5:05
  • 9 kółko – 5:00
  • 10 kółko – 4:55
  • 11 kółko – 4:55 – 5:05
  • 12 kółko – ile zostanie sił

Ambitnie, ale uznałem, że na miarę moich możliwości. Co więcej, do tej pory w czterech ukończonych maratonach leciałem równym tempem od początku, no oprócz pierwszego, gdzie nie wiedziałem jakie mam tempo 🙂 bo mi elektronika pomiarowa zawiodła. To równe tempo nigdy mi na dobre nie wyszło, bo często „prąd” się kończył w okolicach 30 kilometra. Bieganie interwałowe, które przetestowałem dwa tygodnie wcześniej, miało być remedium na sukces.

Pierwszy kilometr pękł szybciutko. Byłem jeszcze w „szoku startowym” i tylko spojrzałem na zegarek jakie mam tempo – 5:12 – w punkt! Ale aplikacja Cracovia Maraton wcale nie wskazała na tą samą odległość i czas i już na starcie „dołożyła” prawie 100 metrów! Nie przejmowałem się tym zbytnio, głównie dlatego, że już ją testowałem w dużo lepszych warunkach niż panowały obecnie i zawodziła, gubiła sygnał GPS, podawała niedokładną odległość. Nawet na bieżni wyniki z aplikacji różniły się znacznie od rzeczywistości. Krótko mówiąc, odpuściłem sobie aplikację i zająłem się biegiem. Na moje nieszczęście, już na drugim kilometrze zacząłem odczuwać dyskomfort w okolicach żołądka, a kłujący ból przeszywał moje ciało.

„Zachciało mi się płatków z rana, to teraz mam za swoje!” – szybko zdiagnozowałem problem i na spokojnie wytłumaczyłem organizmowi, że to zapas na „potem”, na czas, kiedy energia z płatków będzie na wagę złota 🙂 Ból na szczęście przeszedł pod koniec 3 kilometra.

Po równo 18 minutach kończyłem pierwsze, 3,5-kilometrowe okrążenie. Tak sobie pomyślałem: „Jeszcze TYLKO 11 kółek dzieli mnie od glorii i chwały!” Zadrwiłem z siebie samego troszkę bo te 11 kółek to trochę ponad 3 godziny uklepywania asfaltu. Fakt faktem, już jakiś dystans pokonałem a według moich obliczeń, praktycznie co do sekundy zgodnie z planem!

Na drugie kółko wybiegałem w dobrym nastroju, jednak już po kilometrze pęcherz dał o sobie znać. Zastanawiałem się skąd się wzięło siku? Przecież nie wlewałem w siebie za dużo przed startem?! Zamiast dywagować, postanowiłem działać i już w okolicach 5 kilometra pierwszy „Pit stop„. Drugiego raczej nie zakładałem, że będzie.

Drugie kółko skończyłem w czasie 17:30 – też w punkt z założeniami. Tak samo trzecie! Już na tym etapie czułem, że taktyka interwałowa to był doskonały pomysł na dzisiejsze zawody! 

Żeby jednak nie było tak słodko, musiało coś się wydarzyć na trasie. W okolicach 10 kilometra sięgałem po żel, zgodnie z zaleceniem trenera. Dostęp do kieszonki miałem niezbyt dobry i tak niezdarnie ten żel wyciągałem, że mi upadł na ziemię. W głowie od razu panika: MÓJ ŻEEEEEEL!!!! W oczach strach, że przez brak zastrzyku energii mój plan się nie zrealizuje. To oczywiście wyolbrzymiona reakcja, ale rzeczywiście, na początku trochę spanikowałem. Postanowiłem szybko wrócić po żel najszybciej jak to możliwe, więc nie zwalniając chciałem się odwrócić i zmienić kierunek biegu o 180 stopni. Nie doceniłem jednak faktu, że mgła, która cały czas wisiała nad Błoniami może sprawić, że nawierzchnia będzie śliska. W momencie wykonywania zwrotu „przez rufę” poślizgnąłem się i z całym impetem runąłem na ziemię! Leżałem na plecach jak kłoda!

Żeby przygód było mało, to akurat dokładnie w tym czasie aplikacja „dała głos„, że przebiegłem 10-ty kilometr więc pierwsza myśl to: „czy mi się aplikacja nie wyłączyła? Czy ten upadek nie spowodował zakończenia monitorowania mojego biegu?!” No tu już żartów nie było! Szybko sięgnąłem do kieszonki i sprawdziłem telefon – na szczęście aplikacja działała poprawnie.  Mało istotnym był dla mnie wtedy fakt, że rozbiłem ekran telefonu. Co tam… (@$@#$%). Schowałem telefon z powrotem, podniosłem żel z ziemi i kontynuowałem zawody. 

Ten wypadek i atak paniki kosztował mnie sporo nerwów. Dopiero po kilkuset metrach doszedłem do siebie, ustabilizowałem oddech i wyrównałem tempo biegu do założonego.

Kolejne kilometry mijały i nawet się nie spostrzegłem jak ukończyłem 4 okrążenie. To już 14 km w nogach, a ja na dobrą sprawę mam się świetnie, nogi w porządku, oddech stabilny, tempo się zgadza a co najważniejsze, czuję spore zapasy siły i energii.

5 okrążenie oznaczało, że od zaliczenia półmaratonu dzieliło mnie jeszcze jedno kółko. Tutaj pojawiła się lekka kolka, ale na tyle niegroźna, że wystarczyło uregulować oddech, pogłębić go i po kilku minutach już było wszystko w porządku. Zerknąłem też na zegarek, zbliżała się 8:10 czyli za około 20 minut powinien pojawić się Mariusz i jeszcze dwie osoby, żeby ze mną pobiegać. Byłem ciekawy kto oprócz niego przyjedzie i ile kilometrów będą mi towarzyszyć? Gdy tylko kończyłem 24 kilometr, na parkingu dostrzegłem Mariusza w towarzystwie Krzyśka Cygana i dziewczyny, której nie znałem. Mariusz zapytał na którym kilometrze jestem, odpowiedziałem, że 21, na co on odpowiedział, że na kolejnej pętli dołączą do mnie. 

Zanim na moim stoperze minął 24 kilometr biegłem już w asyście wspomnianej trójki. Trochę mnie zdziwiła obecność dziewczyny. Nie znałem jej i tak szczerze, nie wiedziałem jak biega i czy pomoże mi wspólnie z chłopakami dociągnąć do mety? W dalszej części trasy, z rozmowy Mariusza wynikało, że ja tej dziewczynie w bieganiu to mogę co najwyżej buty wiązać. Bardzo mnie to uspokoiło i zmotywowało. Tą dziewczyną była Magdalena Nabielec – czołowa zawodniczka na długich dystansach, także obstawę miałem zapewnioną najlepszą z możliwych!!!

Mariusz włączył transmisję live na Facebooku 🙂 co mnie na początku trochę rozproszyło, ale pomyślałem, że będzie fajna pamiątka. I tak przez chyba kilometr relacjonował wydarzenia z trasy:

Na 28 kilometrze powoli zaczęło docierać do mnie, że zbliżam się do magicznego 30-go kilometra, czyli tzw. „ściany„. Nie omieszkał mi o tym przypomnieć Mariusz, który z radością w głosie oznajmił, że: „maraton zaczyna się po 30-tce i pojawia się zmęczenie i rozpoczyna się prawdziwa walka!”. 

Nie pomagasz kolego” – pomyślałem, ale z drugiej strony słowa Mariusza dodały mi tylko motywacji. Już raz, dwa tygodnie wcześniej, biegnąc zgodnie z założeniami taktycznymi, dobiegłem do 32 kilometra i czułem trochę zapasu. Oczywiście, trening to nie zawody, jednak już miałem pozytywne doświadczenia. 

Kilka słów na temat moich „towarzyszy„. Mariusz dużo rozmawiał na trasie i na początku brutalnie zburzył mój mentalny porządek. Byłem trochę rozkojarzony, ale nie chciałem wchodzić w dyskusję, bo nie była to odpowiednia pora dla mnie na pogaduchy. Z czasem jednak zauważyłem, że właśnie ta aktywność Mariusza pozwala mi na pokonywanie kolejnych kilometrów bez większego obciążenia psychicznego. Po prostu nie trzymałem się swoich myśli kurczowo, tylko miałem dozę rozrywki, oddechu dla głowy i dawkę ciekawych informacji.

Krzysiek natomiast za bardzo się nie udzielał towarzysko, ale to właśnie on realizował moje założenia tempowe, które mu przekazałem. Jak tempo miało być na kółko 4:50, to było 4:50, jak w końcówce miało być 4:55 – 5:00 to było właśnie takie, a ja nawet słabnąc wiedziałem w jakim tempie powinienem biec, co mnie motywowało do zwiększonego wysiłku.

Magdalena Nabielec natomiast biegnąc równo ze mną doskonale motywowała, a że biega ode mnie zdecydowanie lepiej, to i konwersacja między nią a chłopakami wyglądała czasem tak, jakby siedzieli sobie w knajpie przy kawie 🙂

30 kilometr niczego nie zweryfikował, kolejny też nie. Owszem zmęczenie narastało, ale w nogach miałem jeszcze dość zapasu sił. Żele od Adama robiły świetną robotę i aplikowane w odpowiednim momencie po prostu doładowywały skutecznie moje bateryjki. 

Pierwszy poważny kryzys przyszedł w okolicach 34, 35 kilometra. Poczułem ból w klatce piersiowej w okolicach serca… „No nie, tylko nie to i tylko nie teraz, proszę…” – błagałem w myślach, ale ten ból był ewidentnie oznaką zmęczenia aniżeli symptomem, jaki wsadził mnie do karetki podczas styczniowego GPK. Ból jednak pozostał już niemal do końca, był odczuwalny, ale nie przeszkadzał mi za bardzo. 

Na tym etapie nieocenioną rolę odegrali biegnące ze mną osoby, Mariusz nieustannie motywował mnie wizualizując finisz, czy dystans jaki pozostał do końca. Cały czas dzięki temu odganiał moje czarne myśli o osłabieniu, o rezygnacji, o poddaniu się. Krzysiek i Magda za to bardzo dokładnie pilnowali mojego tempa podpytując co jakiś czas jaki ja mam plan. Pełny szacunek dla nich, bo teraz mogę ze 100% pewnością przyznać, że to oni nie pozwolili mi na kryzys, to oni zadbali o mój komfort psychiczny i dzięki nim korzystałem ze swojego potencjału fizycznego w sposób najbardziej efektywny i ekonomiczny zarazem.

Ze mną natomiast kontakt od 35 kilometra był delikatnie rzecz ujmując… ograniczony. Tempo mi spadało w okolice 5:00 minut na kilometr i tylko dzięki ciężkiej pracy moich pacemakerów nie uciekło poza 5:10 ani razu. Czułem się niemal jak Eliud Kipchoge otoczony przez zespół, którego zadaniem jest zagwarantować sukces tego, którego wspierają w biegu. Zabrakło tylko lasera przede mną oznaczającego tempo biegu :-). A tak szczerze powiedziawszy, to od 36 kilometra niewiele pamiętam. Tak przez mgłę pamiętam o czym mówił Mariusz – że udało mi się ustabilizować oddech i biec równym tempem no i że już nogi nie biegły – biegła już wyłącznie głowa! Byłem maksymalnie skupiony na realizacji celu, nie odzywałem się, nie rozpraszałem.

Ostatnie kółko. Kiedy przebiegałem obok wirtualnej mety, sporo biegaczy pojawiło się w tym miejscu. Oni zamierzali wystartować tak jak to miało mieć to miejsce oryginalnie, czyli o 10:00, a ja właśnie dreptałem na swoje ostatnie, 12 okrążenie!. Poczułem ulgę, ale wiedziałem, że to jeszcze nie koniec i że właśnie teraz muszę wykrzesać z siebie maksimum sił witalnych, alby dowieźć to na co pracowałem przez 39 kilometrów, do mety.

Mariusz w międzyczasie wyliczał w jakim czasie ukończę maraton, jaki mam zapas, ile mogę maksymalnie odpuścić a ja w głowie miałem tylko jeden cel – pobiec poniżej 3:28:00. Wiedziałem doskonale, jakie mam średnie tempo i co to oznacza – muszę tylko dobiec w tempie nie gorszym niż 5:05. 

Krzysiek już na 40 kilometrze odpalił muzyczkę w telefonie „We are the champions” zespołu Queen. Nie lubię biegać z muzyką, ale w tym przypadku była ona dla mnie ukojeniem i wyzwalała ostatnie pokłady energii, jakie mi zostały. Chwilę później Mariusz odpalił relację na żywo na Facebooku okraszając ją swoim komentarzem 🙂

Tempo miałem zadowalające. Na 40 km – 5:03, na 41km – 5:05. Już nic nie mogło się wydarzyć, żebym nie dowiózł tego czasu do mety, do której pozostało ponad 1200 metrów. METRÓW – powtórzyłem w myślach! METRÓW!!! To już jest koniec, tutaj już nie ma kalkulacji, tutaj trzeba zakończyć zawody w dobrym stylu. 

Jednak te metry jakoś strasznie się dłużyły, przez co postanowiłem na samą końcówkę podkręcić tempo ile się da. „Najwyżej mi prąd odetnie” – przeszło mi przez myśl, a na twarz przez grymas zmęczenie przedarł się skrywany dotąd uśmiech. 

Ostatni kilometr przebiegłem w tempie 4:42! Nogi miałem jak z waty, ból czułem wszędzie, a stopy parzyły mnie jakbym w butach miał żywy ogień! To wszystko zniknęło na chwilę, stało się nieistotne z chwilą, gdy na moim zegarku pojawiła się liczba 42 kilometry 200 metrów! Z rozpędu podciągnąłem jeszcze 50 – 60 metrów i w geście triumfu wzniosłem do góry ręce po czym wydarłem się na całe gardło:

JEEEEEEEEESSSSTTTT !!!! JEEEEEEESSSTTTT !!!

3:27:55

Nawet teraz brakuje mi odpowiednich słów, aby opisać emocje, które mi towarzyszyły tuż po ukończeniu biegu! Uczucie spełnienia to chyba najbardziej adekwatne określenie mojego stanu emocjonalnego! Kiedy tylko moje nogi przestały biec, głowa myśleć o taktyce, a ciało cierpieć, uśmiechnąłem się szczerze do siebie i wykrzyczałem w duchu:

ZROBIŁEŚ TO !!!!

USAŁO SIĘ, UDAŁO !!!!

po czym wzniosłem ponownie ręce do góry w geście triumfu, a następnie padłem na ziemię dając najszczerszy upust swoim skumulowanym przez 3,5 godziny emocjom. Tak, tak…. polały się łzy 🙂 Łzy szczęścia oczywiście 🙂 Tak trwałem przez chwilę z twarzą schowaną w ramionach, zwróconą do ziemi i cieszyłem się jak dziecko z mojego osiągnięcia!

 

Nie chodziło tylko i wyłącznie o wynik, który był FANTASTYCZNY, KOSMICZNY, NIE Z TEGO ŚWIATA !!! Tu chodziło również o spięcie klamrą mojej ciężkiej pracy, o zmianę, która się we mnie dokonywała. To też radość z faktu, że będę mógł z podniesionym czołem przytulić moje dzieci i żonę, kiedy je zobaczę w domu i radośnie ogłosić, że ZROBIŁEM TO !!! Że nie poddałem się, walczyłem i osiągnąłem CEL !!!

 

Adam Czerwiński – to też Twoja zasługa! Wielka radość mnie ogarniała na myśl o tym, co dla mnie zrobiłeś właśnie wtedy, kiedy potrzebowałem wsparcia!!! Adam, jesteś fantastycznym trenerem, ale przede wszystkim wspaniałym człowiekiem !!! I to dlatego przyciągasz do #AdamCzerwińskiTeam tylu wspaniałych ludzi, którzy ze mną pobiegli i którzy mi dzisiaj również kibicowali, a po biegu składali gratulacje !!!

Cieszyłem się również z wartości dla mnie bezcennej, unikalnej i ponadczasowej – ze wsparcia osób, które widuję na czwartkowych treningach, które bezinteresownie zaoferowały swoją pomoc w przetrwaniu najcięższych chwil podczas próby maratońskiej i dzięki którym mogłem się teraz cieszyć !!! Mariusz, Krzysiek i Magda – jestem Wam niezmiernie wdzięczny za wsparcie, za motywację, za bezinteresowną pomoc! To co zrobiliście bardzo wiele dla mnie znaczy, nie tylko w wymiarze sportowym, ale też w ludzkim !!! 

 

DZIĘKUJĘ !!!

Tak, byłem wzruszony… 🙂 nie chciałem nawet kryć tego wzruszenia, co mogłoby się wydawać dziwne osobom postronnym. No bo czy to normalne, że dorosły facet po 40-tce tak emocjonalnie podchodzi do biegania? W sumie to nie jest codzienny obrazek. Dla mnie maraton to nie tylko dystans do pokonania, to przechodzenie przez kolejne etapy, coraz trudniejsze po to, aby wyzwolić w sobie najpiękniejsze, skrywane wewnątrz emocje. Krew, pot i łzy? Oczywiście! Ale to co czuje człowiek realizując swój osobisty cel, a do tego otrzymuje bezinteresowne wsparcie w ekstremalnych wręcz warunkach jest czymś niesamowicie wspaniałym, niepowtarzalnym i cudownym.

Emocje powoli opadały. Pożegnałem się z ekipą, która mi towarzyszyła i zacząłem się pakować do powrotu do domu. Zbliżała się godzina 10:00 czyli godzina startu biegu tradycyjnego – gdyby się oczywiście odbył. Pomyślałem jakie to szczęście, że ja mam już ten maraton za sobą patrząc na gromadzących się biegaczy, którzy tak jak ja postanowili przebiec królewski dystans. Jeszcze jedno spojrzenie na arenę moich dzisiejszych zmagań i odjechałem w stronę domu.

Po kilkunastu minutach zawitałem na osiedle, a tam moje dzieciaki bawiły się przed domem. Syn podbiegł do mnie i powiedział, żebym szybko szedł do domu, bo ma dla mnie niespodziankę. Ucieszyłem się i przytuliłem maluszka. Gdy zbliżyłem się do drzwi wejściowych, oczy znowu mi się zaszkliły ze wzruszenia 🙂 Moje dzieci, z małą pomocą mamy przygotowały mi takie cuuuuuuuuuudowne powitanie:

 

Rodzina wylądowała we wspólnym uścisku. Coś wspaniałego! Ale to nie był koniec atrakcji 🙂 Moje dzieci wstały wcześnie rano, żeby przygotować dla taty… teatrzyk!

Zrobiłem sobie kawę, usiadłem na kanapie i oglądałem fantastyczne przedstawienie.

Tak jak wspomniałem wcześniej, aplikacja organizatora nie działała najlepiej, ale dla mnie istotny był sam fakt jej uruchomienia na czas biegu, żeby nikt mi nie mógł zarzucić braku uczestnictwa. Oficjalny wynik, jaki zgłosiłem do organizatora pochodził z mojej aplikacji Garmin. Od dzisiaj, mój nowy rekord życiowy w maratonie wynosi 3 godziny, 27 minut i 56 sekund!!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy mi pomagali (Adam, Mariusz, Krzysiek, Magdalena), którzy mi kibicowali – #AdamCzerwińskiTeam oraz rodzinie, żonie Dorotce, kochanym dzieciom Izabeli i Hubusiowi za wsparcie, cierpliwość i wyrozumiałość!

Może zajrzysz też tutaj