Półmaraton Lisiecki – 8.04.2018

Półmaraton Lisiecki logo

Lisiecki Półmaraton Siemaszki to zdecydowanie najsmaczniejsza impreza roku!

Region w którym odbywa się bieg to kolebka słynnej kiełbasy i kukiełki Lisieckiej. Za metą czeka prawdziwe uzupełnianie energii! MENU Lisieckiego Półmaratonu z roku na rok jest coraz bogatsze.

Lisiecki Półmaraton to drugi bieg cyklu Tour de Małopolska o którym więcej można przeczytać tutaj: Cykl Tour de Małopolska

Na urokliwych terenach podkrakowskiej Gminy Liszki oraz Gminy Czernichów pokonywanie dystansu 21 kilometrów to czysta przyjemność! Trasa biegu wiedzie wśród malowniczych pól porośniętych rzepakiem. Spora część trasy przebiega wzdłuż wału wiślanego. Po drodze uczestnicy mijają niewielkie podkrakowskie wioski. Doping mieszkańców daje bardzo dużo energii! Istotny jest również aspekt charytatywny biegu. Część opłaty wpisowej przeznaczona jest na działania Fundacji im. ks. Siemaszki.

Półmaraton Lisiecki

W Półmaratonie Lisieckim miałem wystartować po raz pierwszy. Rok wcześniej miałem dylemat, ponieważ zapisałem się już na półmaraton w Rzeszowie, a na bieg w Liszkach namawiali mnie moi sąsiedzi. Wtedy wybrałem Rzeszów i z perspektywy czasu był to całkiem dobry wybór, bo tam właśnie ustanowiłem swój rekord życiowy w półmaratonie. W tym roku dylematu już nie miałem. Raz, że miejsce rozgrywania zawodów oddalone jest tylko nieco ponad 20 km od domu (a nie 170 km jak w przypadku Rzeszowa), dwa, mam dwójkę dzieci i weekendowy wypad na zawody na pewno odebrałby im czas na zabawę z tatą, a trzy, mój trener jest współorganizatorem cyklu Tour de Małopolska, do którego Półmaraton Lisiecki się zalicza i na pewno chciał, żebym uczestniczył w tym wydarzeniu. Co do samego cyklu, to składa się on z czterech imprez biegowych i we wszystkich mam zamiar wziąć udział.

TRASA

Półmaraton Lisiecki jest dość specyficznym biegiem. Niby jest dużo dość płaskich odcinków, ale jest kilka podbiegów, które wysysają z nóg resztki energii, że o szybkich, karkołomnych zbiegach nie wspomnę. Trasa, tak samo jak i pogoda – dla wszystkich będą jednakowe 🙂

Jakie były założenia biegowe co do trasy? Trener nie pozostawił złudzeń – wolny start nie wchodził w rachubę ponieważ do 10 kilometra trasa biegnie w dół lub jest płaska. Prawdziwe zawody zaczynają się na 11 kilometrze i tutaj najważniejsze będzie aby nie stracić tempa i dystansu. Końcówka też dość mordercza – najpierw seria zbiegów, nawrotka i wspinaczka pod górkę drugą stroną jezdni. Końcówka dość płaska.

SPRZĘT

Długo się nie zastanawiałem. Buty = dynamika = New Balance Wazee Rush! Dlaczego wybrałem buty do szybszego biegania kosztem amortyzacji, jaką dostarczają buty Adidas Supernova? Postawiłem na dynamikę ponieważ miałem zamiar i szczerą chęć na przebiegnięcie trasy na rekord życiowy. Tak też poniekąd wynikało z realizowanego planu treningowego.

Półmaraton Lisiecki sprzęt

PAKIET STARTOWY

Dość skromny, ale bardzo fajny – nie będę się rozpisywał:

Półmaraton Lisiecki pakiet

Skłamałbym, że nie było emocji w przeddzień startu, owszem były, ale nie aż tak znaczące, żeby o nich się rozpisywać. Moja uwaga była skupiona w owym czasie na czymś zupełnie innym niż bieganie o czym może świadczyć fakt, że nawet nie miałem czasu podjechać i kupić sobie żel energetyczny na zawody…

Pojechałem sam, choć moja sąsiadka też miała brać udział w półmaratonie. Jak się później okazało, też przyjechała sama, ponieważ koleżanka, z którą miała jechać z niewiadomych mi przyczyn nie pojawiła się. Trochę szkoda, bo mogliśmy pojechać razem.

Start biegu zaplanowany był na 9:45, a ja tradycyjnie już w dzień zawodów wstałem bardzo wcześnie, żeby o niczym przypadkiem nie zapomnieć. Przed godziną 8:00 rano byłem już w samochodzie w drodze do Liszek.

Na miejsce dojechałem po nieco ponad 20 minutach i… „pocałowałem klamkę” a konkretnie zatrzymałem się przed zamkniętą bramą 🙂 No cóż, okazało się, że byłem jednym z pierwszych, którzy pojawili się w miejscu, gdzie miały się rozgrywać zawody. Po kilkunastu minutach poszedłem do biura zawodów, które mieściło się hali sportowej Centrum Edukacyjnego „Radosna Nowina 2000″. Tam też spotkałem trenera i zamieniłem z nim kilka słów po czym poszedłem z powrotem do auta przebrać się na rozgrzewkę. Po kilkunastu minutach byłem już gotowy – przynajmniej się starałem – i ustawiłem się w strefie startowej za „balonikami” na 1:35:00.

Plan na bieg był jeden – zejść poniżej 1:38:00.

START !!!

Ruszyliśmy!

Obawiałem się na początku ścisku w dwóch ciasnych zakrętach, ale szybko okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Peleton dość szybko rozciągnął się i od samego początku było sporo miejsca.

Zacząłem dość szybko, bo pierwszy kilometr w tempie 4:23:00. Czy za szybko? Myślę, że nie, przecież do pobicia życiówki potrzebowałem średniego tempa w okolicach 4:35:00, a akurat pierwsza połowa trasy biegła w dół i nogi same się wyrywały. Musiałem oczywiście trochę hamować, co dość dziwnie brzmi w moim przypadku, kiedy piszę o hamowaniu w tempie 4:23 🙂 W każdym bądź razie profil trasy wymuszał trochę żwawszy początek.

Kolejne kilometry były tylko szybsze i przebiegłem ich ponad 8 w średnim tempie 4:24. Biegło mi się nadspodziewanie dobrze. Było jeszcze niezbyt ciepło, choć słońce swoimi promieniami już nagrzewało powietrze. Na tym etapie półmaratonu trzymałem „baloniki” za sobą w odległości około 100 – 150 metrów. Nie chciałem biec w grupie podążającej za pacemakerami.

Ten dość płaski odcinek kończył się punktem odżywczym na około 10 km, który to punkt dość dobrze pamiętam. Powód? Nie miałem ze sobą żelu energetycznego więc postanowiłem sięgnąć po czekoladkę 🙂 Natura łasucha słodyczowego wygrała ze zdrowym rozsądkiem, bo nigdy wcześniej nie jadłem czekoladek podczas biegu. Tym razem zapragnąłem doładować się czekoladową energią i… nie był to najlepszy pomysł. Czekolada zakleiła mi całą buzię co utrudniło mi oddychanie. Nie wziąłem ze sobą wody, żeby tą rozpuszczoną czekoladę popić… Na deser jednak coś mało smacznego – podczas wydłużonej konsumpcji łakoci czekoladowych „delektowałem” się również czymś zgoła odmiennym – zapachem obornika świeżo wyłożonego na pola… Tak przez kilometr chyba towarzyszył mi słodko – gorzki smak biegowej imprezy… 🙂

Zaczęły się podbiegi i zaczęły się pierwsze problemy. Jak już udało mi się przełknąć czekoladę to zauważyłem, że „baloniki” na 1:35:00 są już przede mną i w magiczny sposób się oddalają. Na pościg siłę bym może znalazł, ale wtedy raczej już kalkulowałem w kategoriach mniejszego zła. Pościg to strata energii, a tej za dużo już nie miałem. Postanowiłem więc spokojnie biec trzymając w zasięgu wzroku „baloniki” i tam gdzie to możliwe – czyli z górki – lekko przyspieszyć.

Pierwszy odcinek w dół rozpoczynał się w okolicach 15 km. Na tym etapie półmaratonu jednak bardziej myślałem o rzucaniu biegania, zejściu z trasy, wskoczenia do rowu etc. niż o zarzynaniu już i tak wymęczonego organizmu. Odpuściłem więc jakiś szaleńczy sprint na rzecz wyrównania tempa i gromadzenia energii na podbieg, który rozpoczynał się od 18,5 km trasy półmaratonu.

Początek podbiegu nawet poszedł mi całkiem nieźle, no ale pierwsze problemy zaczęły się w okolicach 19,5 km, gdzie ze zmęczenia musiałem na chwilę przejść do marszu a potem do marszobiegu. Końca góry nie było widać, a zmęczenie narastało bardzo szybko. Do tego słońce grzało aż miło czym w tym konkretnym przypadku, czyli zawodów, czyniło więcej szkody niż pożytku. 

Wbiegłem na szczyt wzniesienia, ale to nie był jeszcze Mount Everest, o nie! Do końca półmaratonu zostało jeszcze ponad kilometr! Dużo i mało. W tamtej chwili przed oczami przeleciały mi wszystkie długie wybiegania treningowe, kiedy ostatni kilometr biegłem w tempie 4:20 – 4:30 z uśmiechem na ustach. Teraz nie uśmiech mi towarzyszył, ale grymas zmęczenia i wycieńczenia na twarzy. Z ostrym finiszem wstrzymałem się do 500 metra przed metą, kiedy to ruszyłem resztkami sił ku mecie.

Po przekroczeniu upragnionej linii zerknąłem na stoper – 1:38:… coś tam. Dzisiaj nie pamiętam dokładnie ale myślałem, że jest życiówka. Niestety po biegu sprawdziłem dokładnie i do życiówki zabrakło mi… 4 sekund!

META !!!

Półmaraton Lisiecki meta1

To był wyczerpujący półmaraton. Zapamiętany zostanie jako „czekoladowo – obornikowy 🙂 I tak na gorąco to nie było całkiem źle skoro podczas ponad półtoragodzinnego biegu tylko 3 razy rzucałem bieganie 🙂

Półmaraton Lisiecki meta21

Po biegu, w strefie mety pokręciłem się przez krótką chwilę, nawodniłem i poszedłem do hali sportowej, gdzie czekał na uczestników półmaratonu poczęstunek.

Wszystko było pyszne, świeże, smaczne – palce lizać. Pierogów z owocami już wcisnąć w siebie nie mogłem, więc zapakowałem „na wynos” z myślą o moim synku i żonie 🙂

Wnioski?

Kolejny bieg, kiedy do pobicia rekordu życiowego brakuje bardzo niewiele. O czym to świadczy? Z jednej strony o tym, że ustanowione rekordy są dość wyśrubowane względem moich możliwości. Z drugiej jednak strony oprócz treningów wychodzi brak dyscypliny w zakresie diety i pokus dnia codziennego.

Najcenniejsze jednak są wspomnienia, medal i dobre samopoczucie 🙂

Półmaraton Lisiecki medal

Może zajrzysz też tutaj