Myślenicki Bieg Uliczny 27.09.2020 – 4 sekundy do…

Myślenice po raz trzeci goszczą mnie na Myślenickim Biegu Ulicznym i jest to zarazem pierwszy w tym roku bieg z cyklu Tour de Małopolska. 
Pandemia wszystkim organizatorom imprez biegowych popsuła plany. Najważniejsze jednak, że te zawody udało się bez przeszkód przeprowadzić, a zaowocowały dużą dawką emocji.

Myślenicki Bieg Uliczny miał odbyć się jeszcze na wiosnę, bodajże w marcu. Niestety, pandemia COVID-19 te plany pokrzyżowała, a same zawody zostały przełożone w ostatniej chwili. Organizatorzy niemalże „stanęli na głowach”, żeby tylko ten tradycyjny już bieg w Myślenicach mógł się odbyć w 2020 roku. Termin tegorocznej edycji biegu, czyli 27.09.2020 został ustalony na niespełna miesiąc przed datą startu, głównie ze względu na obostrzenia sanitarno – epidemiologiczne.

Zmianie uległo niemal wszystko. Pojawił się nowy ślad trasy, która została przeniesiona na ścieżkę pieszo – rowerową wzdłuż rzeki Raby. Zmieniła się całkowicie formuła startu i w tym roku polegała ona na podzieleniu wszystkich uczestników na 200 osobowe zespoły głównie wg. przynależności klubowej. Zespoły te startowały cyklicznie co 1,5 godziny od 9:00 rano. Na szczęście zawodnicy i zawodniczki z #AdamaCzerwińskiTeam zostali przydzieleni do pierwszej tury na godzinę 9:00. Oznaczało to, że po zawodach cała niedziela była wciąż do zagospodarowania na inne aktywności.

 

Na zawody w Myślenicach zapisany byłem już na pierwszy termin i miałem wystąpić w roli pacemakera na 50 minut. Niestety, w związku ze zmienioną formułą biegu moje „zającowanie” przepadło, ale nie przepadło uczestnictwo, ponieważ Kacper Piech umieścił mnie na listach startowych w oparciu o wcześniejsze ustalenia.

Tydzień przed startem w Myślenicach brałem udział w 4Rest Run w Niepołomicach i ten bieg dał mi sporo do myślenia. Po dość szczegółowej analizie niepołomickiego biegu doszedłem do wniosku, że to nie jest najlepszy czas na bicie rekordów. To raczej czas na wdrażanie stabilniejszych rozwiązań treningowych, kontrola tempa, tętna, długości i estetyki kroku i innych farmazonów. Mój plan na Myślenice był mało skomplikowany – pobiec w czasie poniżej 44 minut, a bieg rozpocząć od tempa 4:25 – 4:30 na pierwszym kilometrze i stopniowo przyspieszać – w miarę możliwości oczywiście.

Do Myślenic miałem jechać z kolegą z #AdamaCzerwińskiTeam – Michałem, ale niestety, w przeddzień wyjazdu Michał złapał kontuzję. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie Daniel, który wraz z żoną również udawali się do Myślenic.

W dzień startu pogoda była iście biegowa, było chłodno, ale nie zimno, słońce za chmurami, lekki wiaterek i temperatura poniżej 10 stopni. Dom opuściłem zanim pozostali członkowie mojej rodziny wstali z łóżek. Daniel podjechał kilkanaście minut po 7 rano w niedzielę i pojechaliśmy do Myślenic.

Na miejscu zameldowaliśmy się około 7:45 i od razu poszliśmy do biura zawodów po odbiór pakietów startowych. Wszystko przebiegało sprawnie, szybko i zgodnie z wytycznymi epidemicznymi.

Pakiet startowy był dość skromny, a na kubku niestety nie mogłem doszukać się swojego imienia czy numeru startowego. Ale jak się później zagłębiłem w temat, to się okazało, że w mojej torebce na pakiet są szczerbiny potłuczonego kubka 🙁 Musiał być jakiś mały wypadek z moim kubeczkiem. Trudno, nic się nie stało. Ten który otrzymałem też jest piękny i pasuje do kolekcji 🙂

Po odebraniu pakietów startowych poszedłem na rekonesans i spotkałem kolejnych członków #AdamaCzerwińskiTeam. Przywitałem się, zamieniłem kilka słów i poszedłem się przebierać, a następnie na rozgrzewkę po nowej trasie.

Trasa sama w sobie była dość wąska, ale bez przesady. Dla takiej liczby biegaczy w sam raz. Nawierzchnia betonowa, twarda, a także pofałdowana. Na plus było osłonięcie trasy od wiatru przez drzewa i krzewy.

Rozgrzewka trwała z 15 minut, a czas jakoś szybko upływał, bo zanim się zorientowałem, już pozostało 5 minut do startu! Szybko zlokalizowałem potencjalne osoby z team’u, które miałem nadzieję pobiegną z podobną do mojej taktyką i w zbliżonym tempie.

3,2,1…. START!!!

Ruszyliśmy na trasę Myślenickiego Biegu Ulicznego A.D. 2020!

Pierwsze metry biegu były po trawie i w dość dużym tłumie, mimo, że startowało nas niespełna 160 – 170 osób. Ten odcinek jednak to tylko 200-300 metrów i już po kilkudziesięciu sekundach wskoczyliśmy na właściwą, utwardzoną trasę.

Powstrzymywałem się jak mogłem, aby nie dać się „sprowokować” do biegu w zbyt szybkim tempie i pilnowałem tempa 4:25 – 4:30. Za mną biegł Daniel, z którym przyjechałem, a z nim z kolei Ala z naszego zespołu. Moje tempo, choć wyhamowywane, osiągnęło wartość 4:23 na 1 km. Wtedy też dołączyła do mnie Ala z pytaniem czy nadal biegnę w okolicach 4:30 czy może szybciej? Odpowiedziałem, że na pierwszym kilometrze się hamowałem, a teraz już podkręcę nieznacznie tempo. Ali spodobał się ten plan na tyle, że od tego momentu biegliśmy razem.

Kilometry mijały, a ja z jednej strony koncentrowałem się na utrzymaniu tempa w okolicach 4:15 – 4:20 oraz na pilnowaniu Alicji, żeby nie wystrzeliła do przodu w porywie młodzieńczej, ułańskiej fantazji i się nie zakwasiła na początku zawodów.

Na trasie dużo się nie działo. Już na 3-4 kilometrze zaczęliśmy wyprzedzać tych, którym się wydawało, że moc jest z nimi. Do 3 kilometra biegliśmy razem z Alą, ale jak tylko wyprzedziła nas dwójka biegaczy to w mojej głowie zaświtał plan: „zobaczmy w jakim tempie będą biegli i jak będzie ok, to się podpinamy”. Chłopaki lecieli 4:10 – 4:15 i to było bardzo fajne do utrzymania dla mnie tempo. Dla mnie, bo Ala już ich chciała wyprzedzać z powrotem 🙂 Powiedziałem wtedy Ali, żeby się powstrzymała, lekko wyhamowała, bo mamy optymalne tempo na dłuższy dystans. I tak od 3, aż do 8 kilometra „wieźliśmy się” z Alą na plecach dwójki biegaczy, nieświadomych, że robią za „zajączki”.

Na 5 kilometrze był punkt z wodą. Zanim tam jednak dobiegliśmy, Ala zapytała mnie czy piję? Ponieważ byłem skoncentrowany na biegu nie zrozumiałem kontekstu pytania i odpowiedziałem, że od dłuższego czasu nie 🙂 🙂 🙂 na co Ala zareagowała grymasem zdziwienia na twarzy i zapytała ponownie: „czy ja piję na 5 kilometrze?”. Ależ się uśmiałem 🙂 🙂 🙂 Odpowiedziałem, że tak, oraz żeby na mnie nie czekała jeśli nie zatrzymuje się na picie tylko biegła nadal za „zajączkami” a ja postaram się ich dogonić.

Mój postój na nawodnienie na 5 km trwał kilkanaście sekund. Piłem w marszu, dając sobie chwilę wytchnienia po czym ruszyłem w pogoń za Alicją. Dogonienie Ali zajęło mi niespełna 1 km i ten właśnie kilometr był mim najszybszym na trasie w tym dniu – 4:03 :). Jak tylko dogoniłem uciekinierkę, to wyrównałem oddech i zwolniłem tempo do 4:15 – 20, a raczej dostosowałem się do tempa biegnących przed nami chłopaków.

Zanim dobiegliśmy do 8 kilometra zacząłem dostrzegać, że tempo naszych prowadzących jakoś słabnie. Pomyślałem sobie, że szkoda, żeby nie wykorzystać ich chwilowego kryzysu na atak i na oderwanie się od nich. Na lekkim zbiegu przyspieszyłem kroku, spojrzałem na Alę, która jednak nie zareagowała i poleciałem trochę dynamiczniejszym tempem. Szybko zyskałem przewagę kilkunastu metrów. Nie oglądałem się tylko biegłem w tempie około 4:10 przed siebie. Niestety, za chwilę euforii szybko zapłaciłem lekką zadyszką, którą wykorzystali wyprzedzeni przeze mnie chwil kilka wcześniej biegacze. Pozytyw z tego był taki, że tempo biegu zostało utrzymane na poziomie 4:15, a chłopaki znowu byli przede mną i „wieźli” mnie do mety 🙂

Na 9 kilometrze już powoli, ale niestety systematycznie opadałem z sił i to nie tych fizycznych tylko bardziej mentalnych… Kryzys „nie uda Ci się!” dopadł mnie chyba w najgorszym momencie. Tak szczerze, nie pamiętam nic między 9 a 9,5 kilometrem. Ocknąłem się przed nawrotką, uniosłem do góry głowę i spojrzałem na zegarek. Do mety pozostało 600 metrów. Szybko sobie zwizualizowałem ten dystans przekładając go na okrążenia na bieżni i co tu dużo mówić, zacząłem biec, ile sił w nogach!

Tempo nie było jakieś szalone, ale na pewno adekwatne do stanu psychofizycznego w tamtej chwili. Dwaj biegacze, którzy do tej pory wyznaczali tempo, lekko się oddalili, co mnie dodatkowo zmotywowało.

Jeszcze zanim wbiegłem na trawiasty odcinek trasy prowadzący w linii prostej do mety, udało mi się wyprzedzić innego biegacza oraz… zdublować biegaczkę 🙂 🙂 :).

Te ostatnie 250 metrów po trawie to może nie sprint, ale bardzo szybki bieg resztkami sił do mety!

 

źródło: Tour de Malopolska / Facebook

Linię mety przekroczyłem totalnie wyeksploatowany. Wykrzesałem z siebie jeszcze trochę energii by na stojąco odebrać medal po czym po kilku krokach padłem jak kłoda na ziemię. Tutaj nie było teatru, udawania tylko autentyczne zmęczenie. W okól mnie pojawiły się osoby z #AdamaCzerwińskiTeam, które mi gratulowały ukończenia biegu.

Po kilkudziesięciu sekundach podniosłem się z trawy i poczłapałem po odbiór pakietu regeneracyjnego w postaci wody, banana i batonika po czym wróciłem do miejsca, gdzie zbierali się pozostali członkowie #AdamaCzerwińskiTeam. Swój występ oraz obecność na Myślenickim Biegu Ulicznym uświetniliśmy obowiązkowymi fotografiami. Atmosfera, jak panowała wśród członków #AdamaCzerwińskiTeam była świetna!

 

źródło: Tour de Malopolska / Facebook

Zawody się skończyły, a ja tak naprawdę nie zainteresowałem się do końca swoim rezultatem. Wiedziałem, że brutto pobiegłem poniżej 43 minut, co i tak było ogromnym sukcesem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mój dzisiejszy wynik będzie jednocześnie moją porażką….

Zawody ostatecznie ukończyłem na 153 miejscu wśród mężczyzn z czasem 42:47:3

4 sekundy do…

Zabrakło mi dokładnie 4 sekund do poprawienie swojego rekordu życiowego na 10 km, ustanowionego podczas Tarnowskiej Dychy w 2018 roku! Dużo? Mało? Zacząłem się zastanawiać i analizować, gdzie na trasie mógłbym te 4 sekundy pogubić? W którym miejscu pobiegłem zbyt zachowawczo, a w którym po prostu nie mogłem więcej zrobić.

Nie byłem na siebie zły, nie miałem sobie absolutnie nic do zarzucenia. Jedyna myśl, która się pojawiła, to taka, że nie sprawdziłem swojej życiówki przed biegiem. Może gdybym to zrobił i gdybym kontrolował bardziej zegarek to pobiegłbym szybciej, te kilkanaście sekund rozkładając na całą 10-cio kilometrową trasę? Teraz to tylko gdybanie…

Złość pojawiła się później. Złość na czynniki zewnętrzne. Kilka godzin po biegu dotarło do mnie, że pewne rzeczy, gdyby zostały inaczej zaplanowane i przeprowadzone, mogłyby przyczynić się do zmiany mojego podejścia do zawodów i osiągnięcia korzystnego rezultatu. Negatywne informacje bombardowały mnie i drażniły przez pozostałą część dnia. Wprowadziły mnie w bardzo zły nastój i doprowadziły do nieprzespanej nocy oraz głębszych przemyśleń. Przeglądając zdjęcia z zawodów jest mi niestety przykro, że uśmiech, który gościł na mojej twarzy tak szybko zgasł….

Dziś po biegu pozostają wspomnienia. Z samego startu w zawodach jestem zadowolony, bo zrealizowałem swoje małe cele. Może w innych okolicznościach i te duże udałoby mi się zrealizować?

Dla potomnych: dziękuję Alicji za wspaniały bieg i towarzystwo na trasie, Kacper Piech za możliwość uczestnictwa w biegu w Myślenicach oraz #AdamaCzerwińskiTeam.

Może zajrzysz też tutaj