Lisiecki Bieg Mikołajów 8.12.2019

Lisiecki Bieg Mikołajów odbył się w niedzielę 8.12.2019 w Piekarach koło Krakowa. W tym wydarzeniu i ja wziąłem udział choć nie był to dla mnie zwykły bieg. Po raz pierwszy w życiu pobiegłem w roli pacemakera i od razu na dystansie półmaratonu! Ten bieg to również czas zmian w moim biegowym życiorysie. Ale o tym przeczytajcie sami. Zapraszam!

Lisiecki Bieg Mikołajów był ostatnim akcentem biegowym (nie wliczając treningów oczywiście) w moim kalendarzu startów na ten rok. Data półmaratonu dość nietypowa. zważywszy na fakt, że rok wcześniej półmaraton Lisiecki rozgrywany był w kwietniu. Jednak w całym cyklu Tour de Małopolska zaszło w 2019 roku wiele zmian. Przede wszystkim z kalendarza wypadł malowniczy bieg nad jeziorem Rożnowskim – Summer Run. Data półmaratonu w Liszkach też uległa zmianie. Ciekawe co przyniesie kolejny rok?

Z chwilą uruchomienia zapisów na Lisiecki Bieg Mikołajów skontaktowałem się z Kacprem Piechem – moim dotychczasowym trenerem i współorganizatorem biegu – z pytaniem, czy mógłbym pobiec jako „zając„, „balonik” na 1:50:00. Kacper podał mi namiary na właściwą osobę po w niedługim czasie oficjalne potwierdzenie, że będę pełnił rolę pacemakera w tych zawodach.  

Skąd w ogóle pomysł na „pacemakera„? Głównie dlatego, że chciałem pobiec w tym biegu, ale nie chciałem podchodzić do tych zawodów ambicjonalnie i zawijać asfalt pod butami zarzynając się o wynik. Chciałem na koniec sezonu pobiec luźniej i pomóc innym biegaczom osiągnąć sukces, tak jak mi wielokrotnie pomagali inni. Czas na 1:50:00 wydawał mi się być idealnym, ponieważ średnie tempo biegu to 5:12 na kilometr. Dla mnie to bieg w tempie z pierwszego zakresu, czyli dość spokojny.

Grudniowy termin zawodów zbliżał się wielkimi krokami tak samo jak inne wydarzenie, którego czas miał nastąpić 8 grudnia. W listopadzie zrobiłem porządny „rachunek sumienia biegacza” i zdecydowałem, że formuła współpracy z Kacprem się wyczerpała. W moim wieku czas leci już dużo szybciej i margines błędu jest coraz mniejszy, a chciałbym jeszcze spróbować o coś w bieganiu powalczyć i czerpać z tego satysfakcję. Potrzebowałem nowego trenera i znalazłem go w osobie Adama Czerwińskiego i jego teamu biegowego: #AdamCzerwińskiTeam. Kacper to profesjonalista w każdym calu a do tego przesympatyczny człowiek i na prawdę z bólem serca przekazywałem mu informację o rezygnacji ze współpracy, ale uznałem, że muszę poszukać innych bodźców.  

Na Lisiecki Bieg Mikołajów nie przygotowywałem się specjalnie. Po prostu czułem, że moja ogólna kondycja psychofizyczna jest na takim poziomie, że swobodnie poradzę sobie z tym dystansem w wyznaczonym tempie. 

Pakiet startowy i baloniki odbierałem w dniu zawodów. Nie towarzyszył mi tego dnia ani pośpiech, ani zdenerwowanie. Chciałem po prostu dobrze wykonać swoje zadanie i cieszyć się bieganiem. Kiedy wszedłem na salę, gdzie mieściło się biuro zawodów, było tam pełno ludzi przebranych w czapki i stroje mikołajkowe. Wspaniały widok!

Fot.: Facebook Lisiecki Bieg Mikołajów

Oczekując na odbiór pakietu podszedł do mnie Kacper Piech i zamieniliśmy kilka słów głównie o biegu, warunkach pogodowych etc. Obaj wiedzieliśmy, że życie toczy się dalej a słońce i tak jutro wstanie i nie mamy na to wpływu 🙂

Do startu miałem jeszcze coś ponad 40 minut – idealna ilość czasu aby się przygotować, porządnie rozgrzać i spokojnie ustawić w strefie startu.  Gdy już moje mięśnie były przygotowane do biegania, poszedłem na start biegu. Tam spotkałem się z Romanem Kowalczykiem również pacemakerem na 1:50:00. Oczywiście wspólnie omówiliśmy taktykę na bieg. Z naszej rozmowy również wynikło, że Roman jest o wiele lepszym biegaczem ode mnie, wiec byłem spokojny o to, że jak ja padnę na trasie to będzie ktoś odpowiedzialny za dociągnięcie grupy do mety w wyznaczonym czasie.

Jeszcze przed startem wielu zawodników i zawodniczek podchodziło do nas i dopytywało o taktykę na bieg, o tempo i inne rzeczy związane z naszym „zającowaniem„. Spotkałem również bardzo dużo osób z #AdamCzerwińskiTeam, z którymi wspólnie uczęszczałem od niedawna na treningi. 

Taktyka na półmaraton była mało skomplikowana: początek, szybszy, w tempie 4:50 – 5:00 ponieważ trasa była nachylona w dół i tutaj można było sporo nadrobić czasu na dalszą część zawodów gdzie zaczynały się dłuższe podbiegi.   

Bieg się rozpoczął punktualnie jak zaplanowano. 

Po raz pierwszy chyba w swoim biegowym życiu nie spieszyłem się, nie przepychałem na starcie, nie walczyłem o pozycję tylko spokojnie kontrolowałem tempo i pogodnie uśmiechałem się sam do siebie i do innych. Dzisiaj na swoje barki wziąłem odpowiedzialność za innych i bardzo dobrze się z tym czułem. Wiedziałem, że nie mogę zawieść oczekiwań innych, ale również byłem pewien, że jestem na to odpowiednio przygotowany! Roman biegnący obok również był bardzo pozytywnym gościem! Do tego słoneczna, lekko mroźna aura na około… cóż chcieć więcej! Po prostu idealne warunki na sportową niedzielę!

Pierwsze kilka kilometrów było z górki, więc pozwoliliśmy sobie z Romanem na tempo sięgające nawet 4:10 / km! Oczywiście na odcinkach dość stromych i na krótkie odległości. Po 5 kilometrach mieliśmy już około 40 sekund zapasu bez większego uszczerbku na samopoczuciu własnym, a przede wszystkim tych, dla których biegliśmy. Co prawda, niektórzy zwracali nam uwagę, że narzuciliśmy za szybkie tempo, ale zgodzili się z nami szybko, że pozwolił na to profil trasy.

Do 10 kilometra w sumie niewiele się działo. Płasko i trochę  monotonnie. Na punkcie z wodą mieliśmy już prawie 70 sekund zapasu. Tutaj też popełniłem drobny błąd. Zamiast wody napiłem się herbaty i zjadłem kilka żelków. Nigdy tego nie robię i dzisiaj tak sobie spróbowałem. Nie był to dobry pomysł, bo nie czułem się potem najlepiej krótko rzecz ujmując.

Tuż za strefą z napojami rozpoczynał się pierwszy podbieg. Niestety, część biegaczy dzielnie trzymających z nami tempo zaczęła systematycznie „odpadać” na wzniesieniu, mimo, że tempo obniżyliśmy do 5:40 – 5:50. Kolejne kilometry na płaskim terenie w tempie w okolicach 5:10 – 5:15 także stabilizacja i oszczędzanie zapasu około 50 sekundowego na ostatni podbieg w okolicach 18 kilometra. 

Na „zawrotkę” i początek ostatniego, ponad kilometrowego podbiegu dobiegliśmy z ponad minutowym zapasem. Oczywiście nie chwialiśmy się tym naokoło. Tempo na podbiegu oscylowało w granicach 5:30 – 6:00. Mieliśmy ponad kilometr pod górkę i 60 sekund do wykorzystania. Na tym odcinku trochę nie pomagał wiatr. Wiało mocniej prosto w twarz, a przez to że zaszło słońce, zrobiło się chłodniej i jakoś mało przyjemnie. 

Na około 1500 metrów do mety mieliśmy… 30 sekund zapasu! To dużo, dlatego, mimo iż trasa leciała w dół my biegliśmy w tempie 5:20 – 5:30. Zawodnicy do tej pory nam towarzyszący zostali przez nas zmotywowani do śrubowania swoich rezultatów. My zwalnialiśmy i ponaglaliśmy innych, żeby lecieli do mety ile sił w nogach.

Na 400 metrów do mety okazało się, że nasz zapas prawie się wyczerpał więc przyspieszyliśmy dość mocno, aby na metę wpaść kilka sekund po planowanym czasie biegu czyli 1:50:00. Ostatnie 200 metrów w naszym wykonaniu to sprint, ale o tym cicho sza 🙂

Na mecie pogratulowaliśmy sobie biegu z Romanem. Roman to świetny kompan na takie zawody. Mieliśmy o czym pogadać na trasie przy zachowaniu profesjonalizmu i dyscypliny. Wkrótce podeszło do nas kilku biegaczy dziękując za „zającczkowanie” co było bardzo miłe i budujące!

Nie staliśmy długo w strefie mety. Poszliśmy z Romanem na stołówkę zasmakować w pierogach serwowanych przez sponsora biegu „U Jędrusia” a po konsumpcji każdy z nas ruszył w swoją stronę. Trochę żałowałem, że nie udało mi się chwilę porozmawiać z Kacprem Piechem po biegu, ale nie chciałem mu też zabierać czasu, a tego w dniu dzisiejszym, jako organizator miał dość mało.

Z dziennikarskiego obowiązku zamieszczę jeszcze rezultat końcowy z mojego biegu, choć ten był łatwy do przewidzenia 🙂

To był fantastyczny bieg. Dostarczył mi wiele radości i uśmiechu. Cieszyłem się na starcie, że będę mógł pomóc innym osiągnąć swoje cele. Cieszyłem się na mecie, że liczne grono biegaczy dziękowało nam za pomoc i pozytywnie się o naszej „pracy” wypowiadali. Uśmiech miałem namalowany na twarzy przez cały czas i jeszcze długo po zawodach ten uśmiech mi towarzyszył

Kacper Piech – dziękuję za ten bieg i za wszystkie wspaniałe dni naszej współpracy!


Może zajrzysz też tutaj