Krakowski Bieg Niepodległości 2019

Krakowski Bieg Niepodległości 2019 pod hasłem „Biegam, Pomagam, Pamiętam” odbył się w poniedziałek 11 listopada 2019 roku o godzinie 14:00. Na starcie stanęło około 2500 biegaczy i biegaczek, którzy pokonywali 11-kilometrową, malowniczą trasę ze startem i metą przy Alei Focha. Trasa – w odróżnieniu do roku poprzedniego – wiodła w odwrotnym do dotychczasowego kierunku. Pogoda dopisała i po deszczowej niedzieli w poniedziałek zaświeciło słońce, a rześkie powietrze sprzyjało bieganiu. Zdecydowana większość uczestników miało stroje w biało-czerwonych barwach, z narodowymi symbolami, wielu biegaczy niosło ze sobą flagi. Wszyscy biegli po pamiątkowy medal ze złotym orłem.

Oddzielne zawody przewidziano dla dzieci i młodzieży, w czterech kategoriach wiekowych. Najmłodsi do lat 6 pobiegli 100-metrowy dystans, a wśród najmłodszych biegaczy znalazły się moje dzieci, o czym za chwilę.

W Krakowskim Biegu Niepodległości startowałem po raz czwarty. W poprzednich edycjach, poczynając od 2016 roku osiągałem następujące czasy:

2016 – 50:12

2017 – 54:44

2018 – 53:32

Jak się nie trudno domyślać, moim celem było złamanie magicznej dla tego biegu granicy 50 minut. Wydaje się, że to żaden wyczyn w kontekście moich dotychczasowych rezultatów na dystansie o kilometr krótszym, ale ten bieg pod wieloma względami jest jedyny w swoim rodzaju.

Przede wszystkim Krakowski Bieg Niepodległości rozgrywany jest o dość nietypowej porze czyli o godzinie 14:00, a we wcześniejszych edycjach, o godzinie 15:00. Malownicza bądź co bądź trasa biegnąca po bulwarach wiślanych z pozoru jest płaska i niewymagająca. Z pozoru, ponieważ jak dotychczas bieg na 1,5 km przed metą miał swój „smaczek” w postaci kilkusetmetrowego podbiegu ulicą Malczewskiego oraz karkołomnego zbiegu w kierunku ul. Królowej Jadwigi. Ponadto, bieg ten zawsze był ostatnim w moim kalendarzu i zawsze spinałem się żeby pobiec jak najszybciej. Historia pokazała, że moje maksymalne zaangażowanie nie przełożyło się na wynik.

W tym roku miało być inaczej – przynajmniej taki był plan. W 2018 roku po raz pierwszy w Krakowskim Biegu Niepodległości brał udział mój wtedy 4,5 letni synek. Niestety, jego startowi towarzyszyła masa negatywnych emocji wywołanych przez opieszałość mojej małżonki. W tym roku wziąłem sprawy w swoje ręce i na długo przed startem zapowiedziałem, o której wyjeżdżamy na zawody i jaki jest plan. Co więcej, w 2019 roku, dzięki wygranemu konkursowi organizowanemu przez serwis odpowiedzialny za Krakowski Bieg Niepodległości moje dzieci otrzymały darmowe pakiety startowe!

Żeby tego było mało, pod koniec października wygrałem jeszcze jeden konkurs. Tym razem były to buty biegowe:

Wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały fajne zawody! Moje nastawienie było również pozytywne. Nie oczekiwałem niczego wielkiego po tym biegu, również z uwagi na fakt, że nie byłem w formie, fatalnie pobiegłem w Tarnowie 10 km i jakoś nie czułem potrzeby spinania się na bicie rekordów. 

Dużą ciekawość we mnie wzbudził nowy przebieg trasy. Tym razem organizatorzy odwrócili jej przebieg i mordercza wspinaczka była na początku ścigania, a nie jak to bywało do tej pory, na końcu. Miało to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo człowiek nie myślał przez 9 km czy wystarczy mu sił na wspinaczkę a potem czy się nie wywróci zbiegając ze stromego zbocza. Złe, ponieważ łatwo można było się „podpalić” i teoretycznie zakończyć ściganie na 2 kilometrze. Jednak w mojej głowie zawitał optymizm, gównie w kontekście ostatniego startu w Grand Prix Krakowa w biegach górskich

Dzień startu był inny niż dotychczasowe. Głównie dlatego, że nie celebrowałem przygotowań w żaden sposób. Po drugie, pilnowałem, żeby dzieci dotarły na czas i nie tylko przebiegły te 100 metrów, ale skorzystały z atrakcji, które będą towarzyszyły zawodom. Pech chciał, że dzień wcześniej zepsuł nam się mniejszy samochód i musiałem być kierowcą i zawieźć dzieci po ukończeniu zawodów do domu oraz wrócić na swoje ściganie.

Na krakowskie Błonia dotarliśmy ponad godzinę przed startem. Dzieciaki odwiedziły wielką przyczepę sponsora – firmy Wawel i wyszły stamtąd obładowane słodyczami. Już wiedziałem, że będzie im się podobało :). Następnie odebrałem pakiety startowe, zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową i powoli zbieraliśmy się do wyjścia na zawody.

Pierwsza w zawodach startowała Izabela. Dla niej to był absolutny debiut 🙂 Troszkę się stresowała, bo tak na prawdę nie wiedziała co się dzieje. Do ostatnich chwil nie chciała zejść z moich rąk i dopiero jak zaczęło się odliczanie stanęła na własnych nóżkach i pobiegliśmy razem. Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa trzymałem moją córeczkę za rączkę. Pomimo małego potknięcia w połowie trasy, do mety dobiegliśmy gdzieś w połowie stawki. Moja córeczka była uśmiechnięta ale zdezorientowana i dopiero medal na szyi i biało-czerwona flaga sprawiły, że poczuła się pewniej.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na celebrację uczestnictwa Izabeli w zawodach, bo tuż po niej startował Hubert. W jego przypadku, nadzieje taty na spektakularny sukces były większe 🙂 Oczywiście chciałbym, żeby mój syn był chociaż w pierwszej trójce, ale pod żadnym pozorem nie rozbudzałem w nim niepotrzebnie nadziei i nie stresowałem dodatkowo. On i tak mocno przezywał swój udział i jeszcze zanim ruszył, już był dla mnie zwycięzcą! 

Po sygnale rozpoczynającym bieg, Hubuś biegł tak szybko, że mamie udało się zrobić mu ledwo jedno zdjęcie na trasie 🙂 Biegu nie wygrał, ale był w pierwszej szóstce na pewno i za rok na 100% powalczy o zwycięstwo w kategorii rocznika 2014 – 2020.

Zawody dzieci dobiegły końca. Radość moich serduszek była wielka! Rodzice również mieli szczere uśmiech na twarzach. W drodze do samochodu, którym miałem ich zawieźć z powrotem do domu jeszcze kilka zdjęć na pamiątkę uczestnictwa moich dzieciaczków w Krakowskim Biegu Niepodległości.

 

Moich dzielnych biegaczy musiałem odwieźć do domu, ponieważ było za zimno, żeby czekali na mnie jeszcze 3 godziny, aż ukończę zawody. Przed 13:00 byłem już z powrotem i zacząłem przygotowania do zawodów.

W odróżnieniu od moich dzieci, dla mnie pogoda była idealna: chłodno, lekki wiaterek i słoneczko. Rozgrzewkę zacząłem wcześnie, bo już 45 minut przed planowanym na godzinę 14:00 startem. I już na samym jej początku poczułem, że nie jest dobrze. Nogi jakieś miękkie, jak z waty, oddech szarpany, czoło spocone po kilkudziesięciu metrach. Oj, to chyba nie będzie mój dzień… 

Po 20 minutach udałem się do auta, zostawiłem zbędne rzeczy, przebrałem się w strój startowy i około 20 minut przed 14:00 zmierzałem do strefy startowej. Ustawiłem się w sumie byle gdzie – byle nie za daleko od przodu, ale też byle nie za daleko z tyłu. Plan był taki, żeby pobiec dla przyjemności więc nie karmiłem się jakąś górnolotną taktyką. Cały czas jednak intrygował mnie zmieniony układ trasy i jego wpływ na cały bieg. W głębi duszy wiedziałem, że jestem mocny na podbiegach, szczególnie, że ten najtrudniejszy jest niejako na rozgrzewkę. Później już można spokojnie biec.

Tradycyjnie przed rozpoczęciem zawodów uczestnicy odśpiewali hymn państwowy. Nie będę chyba oryginalny, że ciary przechodziły mi po plecach a w kącikach oczu zagościły łezki wzruszenia. Hymn zabrzmiał fantastycznie, a zaraz po nim rozpoczęło się odliczanie i rozpoczęły się zawody!

Początek zmagań to tradycyjne przepychanki. Z jednej strony żałowałem, że nie ustawiłem się z przodu stawki, a z drugiej wiedziałem, że zrobiłem dobrze, bo w przeciwnym przypadku bym miał nie lada pokusę aby gnać jak szalony a potem by mnie „odcięło” i przez resztę dystansu bym człapał przeklinając wszystko na czym świat stoi. 

Pierwszy kilometr zachowawczo w średnim tempie 4:58 i rezultat ten był o tyle optymistyczny, że ten odcinek zawierał w sobie podbieg pod największe wzniesienie na trasie! Jak popatrzyłem na stoper to się mocno zdziwiłem ponieważ czułem się bardzo dobrze na podbiegu i wyprzedzałem jak szalony! Na szczycie wzniesienia, tam gdzie część już maszerowała ja biegłem i rozkręcałem się wiedząc, że zaraz będzie fajny zbieg, gdzie trochę odpocznę. Na zbiegu „puściłem nogi” i „odpoczywałem” w tempie 3:55 – 4:05!!! 

Biegło mi się bardzo dobrze i gdzie tylko mogłem, szukałem stabilizacji tempa. Kolejne kilometry to 4:12, 4:28 i 4:20 na 4 kilometrze. Biegłem szybko i powoli zacząłem czuć jak serce mi chce spłatać tego samego figla co przed rokiem. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że szczęście w nieszczęściu złapała mnie kolka i musiałem się zatrzymać na kilkanaście sekund żeby rozciągnąć mięśnie brzucha. Co prawda nie od razu, ale ból powoli przechodził. Tempo tego odcinka to 5:06. Po około 200 metrach dotarłem do punktu z wodą i w marszu wlałem w siebie dwa duże kubki wody. Nie spieszyło mi się i pomyślałem sobie, że skoro już mnie kolka złapała i musiałem zwolnić, to szanse na wynik poniżej 50 minut są iluzoryczne.

Po nawodnieniu ruszyłem dalej ostrożnie sprawdzając swoją dyspozycję. Nie było źle. Powoli się rozpędzałem i nie odczuwałem już żadnego dyskomfortu a tempo kolejnego, szóstego kilometra wyszło 4:34! Ten chwilowy odpoczynek zdziałał cuda!!! Woda dodatkowo „znalazła zajęcie” skurczonym kolką mięśniom brzucha więc pomyślałem sobie, że skoro jest na tyle dobrze, to czemu nie powalczyć? Przecież do mety zostało tylko 5 kilometrów i to głównie po płaskim! Do tego końcówka będzie lekko z wiatrem, co mi na pewno pomoże.

fot: Festiwal Biegów

Jak pomyślałem, tak zrobiłem i zacząłem systematycznie podkręcać tempo, aby na kolejnych 3 kilometrach pobiec 4:19, 4:25, 4:24. Dodatkowo zmotywowałem się tym, że jak 9 km uda mi się zbliżyć do 41:00 minut to powalczę na maksimum możliwości o rekordowy wynik.

fot. Krakowski Bieg Niepodległości – Facebook

Nie powiem, że utrzymanie tego tempa – jak dla mnie bardzo szybkiego – przyszło mi łatwo. W chwilach zwątpienia jednak zacząłem się sam motywować, że przecież to są zawody a nie jakaś przebieżka treningowa, że skoro jest szansa to trzeba walczyć o każdą sekundę i nie wolno się poddać. Nawet jak mam paść martwy za linią mety to przynajmniej z nowym, rekordowym rezultatem 🙂

Bieganie po bulwarach wiślanych dobiegło końca. Zaczął się lekki podbieg, ale cisnąłem bardzo mocno i fajnie się czułem kiedy mijani zawodnicy dopingowali mnie pokrzykując, żebym nie odpuszczał i cisnął do końca! Nogi same się nakręcały a tempo cały czas rosło. Wiedziałem, że mój „zdrowotny” przystanek, o ile był zbawienny w kontekście samopoczucia, o tyle niekoniecznie mógł procentować odnośnie rezultatu. Wiedziałem, że muszę gonić i każda sekunda jest na wagę złota.

Mimo lekkich wzniesień 10 kilometr przebiegłem w 4:26 i spoglądając na stoper wiedziałem, że muszę pobiec szaloną końcówkę, bez kalkulacji, taktyki etc. Po prostu muszę wycisnąć z mięśni co się tylko da! Wizja złamania bariery 50 minut tak mnie zmotywowała, że gnałem jak pies po lesie z pianą na ustach 🙂 Ze swojego słownika wykreśliłem takie słowa jak: ból, zmęczenie i wyczerpanie. Akcentowałem tylko te pozytywne: zwycięstwo, sukces i rekord! I to mnie niosło jak na skrzydłach ku mecie. 

Kiedy wbiegałem na ostatnią, niespełna 500 metrową prostą przed metą już nie kalkulowałem, nie patrzyłem się na boki, do tyłu tylko przed siebie! Poczułem „krew„! Poczułem, że dzisiaj mogę osiągnąć wielki sukces!

Do mety pozostało około 200 metrów. Spojrzałem na stoper: 49:12 albo 49:22 – nie pamiętam dokładnie, ale w tamtej chwili po prostu zapomniałem o całym świecie tylko puściłem nogi w szaleńczym biegu do mety! Tempo: 3:55 (sprawdziłem po biegu) i zanim przekroczyłem linię mety zerknąłem na stoper: 49:55 !!! 

SEN SIĘ SPEŁNIŁ !!!

Byłem w siódmym niebie !!! Wiedziałem, że złamałem barierę 50 minut bo stoper zawsze włączam zanim przekroczę linię startu i przez to mam kilka sekund komfortu psychicznego. Opanowała mnie euforia. Uśmiech zagościł na mojej zmęczonej twarzy i nawet nie czułem, czy byłem zmęczony, wyczerpany czy obolały – byłem po prostu SZCZĘŚLIWY !!!

Radość towarzyszyła mi tego dnia do samego końca. Jeszcze przed odjazdem z zawodów zrobiłem kila zdjęć mojej szczęśliwej twarzy 🙂 z medalem oczywiście 🙂

Szczęśliwy i zadowolony pojechałem do domu, gdzie nie omieszkałem podzielić się swoją radością z moimi dziećmi 🙂 Sen się spełnił, kolejna bariera złamana! Do zobaczenia za rok na kolejnej edycji Krakowskiego Biegu Niepodległości!

Może zajrzysz też tutaj