Krakowski Bieg Niepodległości 2016-11-11

Krakowski Bieg Niepodległości

Po ukończeniu Półmaratonu Wielickiego hurra optymizm sprawił, że zapisałem się na kolejny półmaraton, a mianowicie na 3. PZU Cracovia Półmaraton Królewski. Jednak zwlekałem z opłaceniem wpisowego do ostatniego dnia. Siedziałem wtedy wieczorem przed komputerem i analizowałem wszystkie „za” i „przeciw„. Podjąłem trudną, ale z mojej perspektywy jedyną słuszną decyzję w tamtej chwili – odpuszczam, nie startuję, jeszcze nie teraz… Dlaczego? – ktoś mógłby zadać pytanie. Odpowiedzi jednoznacznej nie jestem w stanie udzielić, jednak na pewno brałem pod uwagę względy zdrowotne.

Półmaraton Wielicki to był mój pierwszy start biegowy w życiu i doskonale pamiętałem, jaką cenę zapłaciłem na trasie za brak przygotowanie fizycznego czy brak taktyki biegowej.

Odpuściłem start w półmaratonie ale na skrzynkę mailową wpadła mi wiadomość o Krakowskim Biegu Niepodległości. Dystans 11 km w centrum Krakowa, dość atrakcyjna trasa, dużo mniejszy wysiłek niż podczas półmaratonu – wszystko przemówiło za tym, żeby wystartować.

Szczególnych przygotowań do startu w zawodach nie prowadziłem. Nie maiłem jakiegoś planu treningowego. Start w Krakowskim Biegu Niepodległości nie był dla mnie celem biegowym samym w sobie. Ponadto, mając w pamięci mój pierwszy półmaraton i rozkład wysiłku oraz zmęczenia byłem poniekąd przekonany, że moje obecne przygotowanie fizyczne jest na odpowiednim poziomie, aby wziąć udział w biegu i ukończyć go z satysfakcjonującym rezultatem.

Tego dnia w okolice startu imprezy czyli na Błonia Krakowskie wybraliśmy się całą rodziną kilka godzin przed moim startem. Przez ponad godzinę bawiliśmy się w Parku Jordana z naszym synkiem na placach zabaw. On uwielbia tam przebywać. Na około godzinę przed startem rozstałem się z synkiem i z żoną i powędrowałem do biura zawodów zlokalizowanego w pomieszczeniach stadionu miejskiego w Krakowie.

Stres pojawił się dopiero przy wejściu do biura zawodów gdzie odebrałem swój pakiet startowy. W pakiecie były żelki Frugo, które mój syn później wcinał namiętnie. Z reklamówką „gadżetów” startowych schowałem się w aucie, przebrałem się „za biegacza” i ruszyłem na rozgrzewkę. Po kilkunastu minutach już stałem w sektorze startowym i po wyśpiewaniu hymnu…

3,2,1… START!

Początek ułożył się fatalnie. Musiałem slalomem mijać wolniejszych biegaczy na dość wąskiej przestrzeni. Zapłaciłem za mój slalom na 3,5 kilometrze, gdzie mnie porządnie przytkało i praktycznie kilometr biegłem na pół oddechu… Szlag mnie trafił ale wiedziałem, że na 5 kilometrze jest punkt z wodą i tam się trochę zregeneruję.

W międzyczasie w okolicach Bramy Floriańskiej bieg na kilkadziesiąt sekund został zatrzymany ze względu na wyjazd karetki. Cała akcja przebiegłaby szybciej, ale jakiś kierowca „zbaraniał” zatrzymując auto w poprzek drogi z jednej strony widząc tłum biegaczy, a z tyłu światła karetki i słysząc dźwięk syren ambulansu i zatarasował drogę. Porządkowi szybko opanowali sytuację i pobiegliśmy dalej.

Na 5 kilometrze, obok Smoczej Jamy umiejscowiony był punkt odżywczy, który był dla mnie zbawieniem. Zatrzymałem się na moment, porządnie nawodniłem i pobiegłem żwawo chodnikiem w dół na Bulwary Wiślane.

Udało się przezwyciężyć chwilową słabość organizmu i znowu przemierzałem kolejne kilometry już w spokojnym tempie aż do podbiegu rozpoczynającego się od pętli tramwajowej na Salwatorze. Takiej ściany nie przewidziałem (bo niedokładnie sprawdziłem przebieg trasy…) i znowu mnie przytkało bo wpadłem na górę rozpędzony. Zatrzymałem się a następnie w marszu pokonałem kilkanaście metrów. Potem już było coraz lepiej.

Podbieg nie był długi ale bardzo stromy i tak niedoświadczony biegacz jak ja miał spore problemy. Po minięciu cmentarza na Salwatorze Aleja Waszyngtona łagodniała i przy przejściu w ul. Zaścianek już zaczęło się zbieganie z górki. To też nie był łatwy odcinek z uwagi na fakt iż droga była mokra, śliska oraz pokryta liśćmi. Spadek drogi też był bardzo duży a na dodatek ten odcinek miał kilka ostrych i wąskich zakrętów. Po wybiegnięciu z tych okolic został do mety już tylko odcinek wokół Błoni Krakowskich.

Wbiegając na ostatnią prostą przed metą byłem bardzo zadowolony z siebie. Linię mety minąłem w czasie 00:50:55 zajmując 193 pozycję na 2477 uczestników. Wydaje mi się, że całkiem niezły wynik.

Po biegu miałem kolejne „zawody” – szukałem żony i dziecka, którzy przyjechali ze mną 🙂 aby po niedługim czasie poszukiwań w końcu znaleźć ich oboje obok samochodu.

Rok 2016 zakończyłem dwoma startami w biegach masowych i jestem z tego faktu bardzo zadowolony. Na rok 2017 już planuję „atak” na kilka imprez biegowych – może tych większych? Któż to wie….?

Może zajrzysz też tutaj