ITAKA Tarnowska Dyszka 27.10.2019

Ciekawa trasa i wspaniała atmosfera dodają +10 do szybkości, a otoczenie i baza zawodów w nowoczesnym CH Gemini Park Tarnów sprawiają, że bieg jest nie tylko interesujący, ale i komfortowy dla uczestników oraz osób towarzyszących.

 

27 października, o 7:00 rano wyruszyłem w podróż do Tarnowa, aby wziąć udział w kolejnej edycji biegu Tarnowska Dyszka. Tego dnia wstałem przed 6:00 rano choć tak na prawdę miałem trochę nieprzespaną noc ze względu na chorobę córeczki. 5 godzin to też coś, nie dajmy się zwariować 🙂

Sezon biegowy tego roku skończył się dla mnie wraz z końcem września podczas 13 edycji biegu Trzech Kopców. Wyszło jak wyszło, to już historia. Kolejne zawody czyli 6.PZU Cracovia Półmaraton miał być dla relaksu, ale wyszedł bieg o przetrwanie. Wszystko przez problemy ze zdrowiem… Do Tarnowa jechałem zobojętniały co do wyniku. Wiedziałem doskonale, że formy nie mam i nie łudziłem się, że raptem wystrzelę z formą i złamię magiczne bariery rekordów życiowych. Mimo wszystko jednak, założyłem sobie, ze warto poniżej 45 minut pobiec.

W biurze zawodów było po 8:00 godzinie. Jeszcze nie było kolejek i bez problemu odebrałem pakiet startowy – dość skromny przyznam szczerze. Skierowałem się do wyjścia i tu niespodzianka! Łukasz Bilski spokojnie maszerował do biura zawodów po swój pakiet. Nie spodziewałem się go zobaczyć, ponieważ wiedziałem, że za tydzień biegnie w Nowym Jorku w maratonie. Kolejne kilkanaście minut rozmawialiśmy wspólnie z Łukaszem, po czym każdy z nas udał się w swoją stronę na rozgrzewkę.

Na rozgrzewce już wiedziałem, że bieganie dzisiaj 10 km to poroniony pomysł. Zero dynamiki, nogi zmęczone, zamulone, mięśnie zbite. Do tego w głowie brak pozytywnego nastawienia. To wszystko wróżyło nie najlepiej przed startem. W strefie startowej byłem na niespełna 5 minut przed startem. Tam też dołączył do mnie Łukasz. Startowaliśmy wspólnie, ale każdy z nas miał w planach pobiec własnym tempem.

Wystartowaliśmy. Założenie było takie, żeby się nie „zaorać” na początku i pomimo trasy nachylonej w dół, nie forsować tempa i nie dać się ponieść emocjom. Plan był…. i się zmył. Łukasz wystartował kilka metrów przede mną, a ja postanowiłem skorzystać z okazji i biec jego tempem jak długo się da. Problem poległa na tym, że Łukasz biegł w tempie 4:05 – 4:10. Przez pierwsze 2-3 kilometry biegło się fajnie, noga (niby) podawała, było lekko z góreczki a ja (podziwiałem widoki i… plecy Łukasza 🙂

Po 3 km poszedłem po rozum do głowy i zwolniłem. Stwierdziłem, że dzisiaj nie jest dzień na bicie rekordów i nie ma co się szarpać. Niestety, było troszkę za późno… Moje akumulatory na dzisiejszy bieg były naładowane do 5 km. Tutaj tempo oscylowało już w granicach 4:30 i niby nie było źle, ale w rzeczywistości już zacząłem się modlić o jak najszybsze zakończenie tej męczarni.

Miałem nadzieje odżyć w punkcie z wodą. Tam przeszedłem do marszu na kilkanaście sekund po czym żwawo ruszyłem do przodu. Jednak po kilkudziesięciu metrach poczułem, jak serducho zaczyna szaleć tak samo jak na półmaratonie 2 tygodnie wcześniej. Tym razem jednak zatrzymałem się od razu, nie czekałem. Kolejne kilkanaście metrów marszu i sytuacja poniekąd opanowana.

Sił jednak już było coraz mniej, a druga część trasy biegła mniej lub bardziej pod górę. Cierpiałem na długich prostych, na lekkich podbiegach a umierałem na kilkusetmetrowym podbiegu na 2,5 km przed metą. Do tego wszystkiego powietrze w Tarnowie tego dnia było nijakie. Nie dość, że było ciepło to smaliło strasznie słońce a wiatr zawiewał zawsze w twarz.

Z każdym kilometrem słabłem a tempo spadło do 5 min/km. Na 2 km przed metą błagałem w myślach o jakiś cudowny dopływ sił. Mięśnie miałem sztywne, oddech nieregularny i łeb pochylony w dół ze wzrokiem wbitym w asfalt. Ciężko mi się było nawet wyprostować… Dystans wcale nie uciekał pod butami. Wydawało mi się, że stoję w miejscu przebierając nogami, które coraz bardziej stają się zwiotczałe.

źródło: Facebook/Tour de Małopolska

Ostatni kilometr biegłem już totalnie wypruty z sił, chęci i czegokolwiek tylko jeszcze. Co prawda tempo mi wzrosło do 4:50/km/minutę ale co to za tempo… Zacząłem liczyć mijane latarnie, które ustawione są przy drodze co około 30 metrów, aby zobrazować sobie dystans pozostały do mety. Na szczęście było już blisko.

Na metę wpadłem jak do tunelu bez świateł. Przekroczyłem linię mety, odebrałem medal i padłem z wycięczenia. Po 1-2 minutach pozbierałem się, nawodniłem i poszedłem na pączki do biura zawodów. Po szybkiej konsumpcji wróciłem do auta, przebrałem się i jazda do domu. Nie miałem absolutnie ani siły, ani ochoty angażować się w to, co związane było z dzisiejszymi zawodami. Przeszły do historii, a ja byłem dzisiejszym startem i swoją dyspozycją bardzo rozczarowany i rozgoryczony.

Może zajrzysz też tutaj