II Nocny Bieg GPK – Grand Prix Krakowa w biegach górskich 29.08.2020

II Nocny Bieg GPK – Grand Prix Krakowa w biegach górskich był ukoronowaniem cyklu biegów górskich organizowanych przez Wojskowy Klub Sportowy „Wawel” oraz serwis krakowbiega.pl – cyklu w którym debiutowałem w listopadzie 2019 roku.

Udział w tych zawodach był bardziej dziełem przypadku niż zaplanowanym wydarzeniem, ale finalnie był prawdziwą przysłowiową „wisienką na torcie”.

W II Nocnym GPK wcale nie zamierzałem brać udziału. Przypadek sprawił, że 19 lutego moja relacja z uczestnictwa w kolejnej edycji GPK nie tylko wzięła udział w konkursie, ale również znalazła się pośród nagrodzonych darmowym wpisowym na II Nocny GPK! Grzech byłoby nie wziąć udziału.

Od konkursu minęło kilka miesięcy, a przez COVID-19 odwoływano lub przekładano kolejne zawody biegowe. Organizatorzy II Nocnego GPK mieli nadzieję, że zawody odbędą się i finalnie udało się! Wyczekiwali do końca, sprawdzili przepisy i się do nich dostosowali, co umożliwiło setkom biegaczy spragnionych rywalizacji w zawodach pobiegać nocą w Lasku Wolskim w Krakowie.

Do przygotowań do zawodów zabierałem się jak pies do jeża. Pandemia i różne inne sprawy około sportowe odrywały mnie skutecznie od wdrożenia czy realizacji jakiegoś planu . Sprawdziany na 5000 m i na 3000 m pod okiem trenera Adama Czerwińskiego wypadły średnio, a nawet powiem, że słabo. Oczekiwania były zgoła inne, ale nie trenując regularnie nie można liczyć, że forma pojawi się nie wiadomo skąd. Myśl, że wystartuję w II Nocnym GPK dotarła do mnie skutecznie, jak zorientowałem się, że ten bieg ma 99% szans dojść do skutku, a ja nie mam nawet czołówki! Szybkie zakupy online i czołówka dotarła na 4 dni przed datą zawodów. Teraz już nie było odwrotu!

Przystępując do II Nocnego GPK bałem się kilku rzeczy. Przede wszystkim nigdy nie biegałem w nocy, ba! nigdy nawet nie chodziłem w nocy po lesie!!! Do tego mój słaby wzrok… nawet zastanawiałem się, czy nie wystartować w okularach, choć są absolutnie nieodpowiednie do biegania. A na koniec zwykła ludzka obawa, że zaliczę gdzieś glebę na zakręcie, zetnę parę sosenek, a moje poharatane zwłoki po kilku dniach  znajdą grzybiarze 🙂 Strach przed nocnym bieganiem mnie paraliżował całkowicie!

Na kilka dni przed rozpoczęciem zawodów ku mojemu niesłychanemu szczęściu okazało się, że startuję o tej samej porze, z dwoma innymi kolegami z #AdamCzerwińskiTeam – z Darkiem i Piotrem. Już czułem się o niebo lepiej, bo wiedziałem, że przed startem, na rozgrzewce i w czasie adaptacji do biegania nocą oraz choć przez chwilę na początku biegu będę miał towarzystwo! Liczyłem tu bardziej na Darka, bo Piotrek to inna liga 🙂 Zresztą z Darkiem szybko zgadaliśmy się, że na zawody pojedziemy razem. Darek tak samo jak ja debiutował w biegach nocnych więc zgodnie postanowiliśmy przyjechać co najmniej półtorej godziny przed planowanym startem.

Całą sobotę 29 sierpnia chodziłem zestresowany tym, co mnie czeka wieczorem. Tym razem nie dystans, nie różnica poziomów, ale totalny brak doświadczenia i ograniczenia zdrowotne paraliżowały mnie najbardziej. Nawet nie myślałem o taktyce, o planie na bieg czy zakładanym czasie ukończenia biegu (choć tutaj północ czyli poniżej 1:20:00 było celem nadrzędnym) tylko skupiłem się na tym, jak ja stary i ślepy chłop będę biegał w nocy po lesie z latarką na czole ??!!

Wieczór 29 sierpnia 2020 roku był ciepły, 17 stopni i pogodnie, tzn. bez deszczu więc wybór stroju był oczywisty. Buty obowiązkowo terenowe, głównie ze względu na twardą podeszwę 🙂 na wypadek bliższych kontaktów z korzeniami i kamieniami „widmo” na trasie. Przed 21:00 ucałowałem domowników i ruszyłem autem po Darka. Na miejsce dotarliśmy po niespełna 20 minutach i już o 21:30 rozpoczęliśmy testowanie nocnego biegania po lesie z latarkami. Żeby nie zabłądzić oraz zorientować się jak oznaczona jest trasa, Darek zaplanował rozgrzewkę po trasie na 3,7 km. Zanim ruszyliśmy na trasę, udaliśmy się do biura zawodów, aby odebrać numery startowe. Wszystko odbyło się szybko, sprawnie i z zachowaniem standardów bezpieczeństwa! Profesjonalizm ww każdym calu!!! Po zamontowaniu numerów startowych na koszulkach, założeniu latarek na głowy ruszyliśmy na wielki test do lasu Wolskiego.

 

Już po kilkuset metrach ku naszemu zdziwieniu okazało się, że bieganie z latarką to super sprawa! Oczywiście w nocy trzeba biegać o wiele bardziej skupionym, żeby nie zaliczyć gleby, ale ogólnie z każdym przebiegniętym metrem coraz bardziej mi się podobało.

Po zaliczeniu 3 km po lesie, udaliśmy się z Darkiem na ogólną rozgrzewkę obok parkingu. Do startu pozostało niecałe 15 minut. Ja jeszcze się odświeżyłem w „różowym ToiToi’u” 🙂 i poszedłem do strefy startowej. Dotarłem tam na 3 minuty przed startem. Stres związany z debiutem w biegu nocnym zniknął 🙂

W strefie ja Darek i Piotrek czekaliśmy na swoją kolej w towarzystwie innych 7 zawodników. Procedura startowa II Nocnego GPK polegała na tym, że 10-cio osobowe grupy ruszały na trasę co 1 minutę, a czas na mecie był liczony jako czas netto. Ciekawe rozwiązanie, bardzo logiczne ze względu na ograniczenie pandemiczne, a przede  wszystkim, zdroworozsądkowe.

Niektórzy zawodnicy, którzy byli z nami w strefie wyróżniali się ilością sprzętu w jaki byli zaopatrzeni: plecaki, latarki, kompresja – wszystko topowych marek. A my? Jak na trening 🙂 Piotrek w koszulce klubowej, ja w sprzęcie „z kilkuletnią historią„, Darek też stylówka nienaganna, ale raczej skromna. Pomyślałem sobie: „co ja tutaj robię?! Przecież Ci kolesie sprzątną nas z trasy po kilkuset metrach i będę oglądać ich „ostry cień latarki” oddalający się w błyskawicznym tempie.” Na dywagacje na temat sprzętu dużo czasu nie było. Zegar wskazywał, że za 3… 2… 1 RUSZAMY !!!

Trasa Ambitnej Jedenastki była mi doskonale znana, ale… w dzień. Nocą to jedna wielka niewiadoma. Nauczony doświadczeniem, nie pędziłem jak opętany na pierwszym podbiegu, bo jest on dość długi i całkiem stromy i absolutnie niczego tutaj się nie ugra – wręcz przeciwnie, można stracić sporo sił.

Pierwsze kilkaset metrów biegliśmy z Darkiem razem, Piotrek pokazał nam plecy i poleciał do przodu. Bieganie z Darkiem skończyło się gdzieś na wysokości ścieżki asfaltowej obok ZOO. On miał plan na bieg poniżej godziny, a ja zupełnie inny. Ku naszemu zaskoczeniu, nasi towarzysze z grupy startowej odpadali na pierwszym podbiegu jeden po drugim! Albo oni jednak nie byli tak mocni, jakby mógł świadczyć o tym sprzęt, jaki posiadali, albo nasze tempo było za mocne. W sumie tempo 5:33 na pierwszym kilometrze pod górkę wg. mnie do wolnych nie należało. Świadczyć o tym może fakt, że już po niespełna 1300 metrach biegu wyprzedziłem pierwszych biegaczy z poprzedniej grupy, która wystartowała minutę przed nami! Trochę się aż przestraszyłem, że biegnę za szybko i że moja przygoda może się zakończyć spacerem po lesie. 4:44 i 4:23 na kolejnych 2 kilometrach, głównie z góry dodawały mi wiatru w żagle. Na końcu 4 kilometra złapała mnie kolka, koleczka, kolunia 🙂 Teraz się śmieję z tego faktu, ale wtedy…. też się śmiałem 🙂 🙂 🙂 Dlaczego?, bo wiedziałem, że biegnę za mocno ale też, że jak kolka minie będzie jeszcze fajniej 🙂 Wyrównałem oddech, tempo biegu obniżyłem tak, abym mógł opanować ból spowodowany kolką i po kilku minutach po kolce nawet wspomnienie nie pozostało!

Dystans mijał, a ja co jakiś czas zerkałem na stoper sprawdzając czas uzyskany na kolejnych kilometrach. Sam byłem zaskoczony, że cały czas kręcę się w okolicach poniżej 6 minut/km. Zmęczenie pojawiało się głównie na szczytach podbiegów, gdzie też nie forsowałem tempa podchodząc a nie podbiegając, jak już czułem, że nie ma sensu truchtać. Na zbiegach nie szalałem, bezpieczeństwo ponad wszystko, ale też o jakiejś nadmiernej asekuracji nie było mowy. Adrenalina skumulowana przed startem robiła swoje! Bieg nocny to nie tylko przygoda, ale też spora dawka stresu. Las to las, może jakieś zwierzątko wyskoczyć i pampers mokry, można się o korzeń potknąć i guz nabity, można z zakrętu wypaść i znikasz w czeluściach leśnych i w pokrzywach. Można też zboczyć z trasy i tego naprawdę, ale to naprawdę nie chciałem doświadczyć.

Dodatkowego kopa i motywacji do szybszego biegania dodawała mi satysfakcja doganiania biegacza, który jeszcze chwilę znajdował się przede mną. Gdy tylko kogoś minąłem, troszkę w wewnętrznej panice osamotnienia nocą, ale też z pobudek czysto sportowych, szukałem kolejnego światełka latarki poruszającego się przede mną po trasie. I tak udało mi się sporą grupę biegaczy minąć. Ja zostałem wyprzedzony przez 3 biegaczy na całym dystansie, więc biegłem spokojnie wiedząc, że „pudło” mi już nie grozi 🙂 Przez cały biegu moja uwaga była skupiona głównie na obserwowaniu trasy przede mną, trasy, która była rewelacyjnie oznaczona przez organizatorów, za co należą im się wielkie brawa!!!

Podłoże było suche, twarde i zbite i nawet w wąwozie pod koniec biegu ciężko było spotkać tradycyjną, błotnistą maź. Kiedy na drzewie zauważyłem znacznik 10 km, postanowiłem przyłożyć się do finiszu. Sił miałem jeszcze zaskakująco sporo, choć szczególnie na podbiegach wydawało mi się, że przebieżka 3-kilometrowa z Darkiem przed zawodami była za długa i za mocna i teraz brakuje mi trochę power’a w akumulatorach. Ale podbiegi można przecież mocno przemaszerować!

Skoro się tylko wspiąłem na ostatnie wzgórze przed metą wiedziałem, że to już koniec i można polecieć na maksa! Nie chciałem dopuścić do sytuacji, że za wolno będę finiszował i mogę przegrać z kimś o kilka sekund! Jak tylko zobaczyłem metalowe ogrodzenie wiodące ku mecie, ruszyłem ile sił w nogach i na tych ostatnich 150 metrach lekko pod górkę wykręciłem tempo sięgające nawet 2:57/minutę!

Po przekroczeniu linii mety zerknąłem na stoper, żeby go wyłączyć a tu…   1:01:47 !!! O kurczę! Ale wynik, byłem w szoku, że aż tak dobrze mi poszło! Dochodzenie do siebie nie zajęło mi długo bo napływ endorfin spowodowany świetnym rezultatem był tak ogromny, że zmęczenie szybko ustąpiło. Po kilku minutach poszedłem odebrać medal – bardzo ładny nota bene.

Krążyłem chwilę po strefie mety w poszukiwaniu Darka i Piotrka i szybko ich znalazłem. Piotrek chętnie by poszedł wcześniej do domu, ale śledził wyniki na żywo, bo cały czas był pierwszy w klasyfikacji, a ze względu na falową formułę startu, musiał czekać, aż kolejni zawodnicy dobiegną do mety. Darek zajął świetne 11 miejsce i był 3 w kategorii M40! ja za to załapałem się do pierwszej 20-tki zajmując 19 miejsce OPEN i 7 w kategorii M40! Dla mnie to mega wynik i byłem bardzo zadowolony. Chłopaki zresztą też!


Czekaliśmy jeszcze chwilę z Piotrkiem, ale że żadne podium mi i Darkowi nie groziło, poszliśmy do samochodu i po kilku minutach ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Po drodze oczywiście analizowaliśmy nasze biegi i wrażenia z trasy. Dla mnie było to mega fantastyczne przeżycie! Byłem w siódmym niebie, że wziąłem udział w II Nocnym GPK! Nie spodziewałem się, że te zawody dostarczą mi tyle niezapomnianych i pozytywnych emocji! Coś pięknego 🙂

Do zobaczenia za rok, a już niedługo – mam nadzieję – na trasach kolejnej edycji Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich!

Może zajrzysz też tutaj