I Bieg o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce

I Bieg o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce. Wydarzenie jest organizowane przez Komendę Powiatową Policji w Wieliczce

W niedzielę 17 listopada w parku linowym Xtreme Park Wieliczka-Grabówki w Wieliczce odbył się  I Bieg o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Komendę Powiatową Policji w Wieliczce pod honorowym patronatem Komendanta. Celem I Biegu o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce jest m.in. integracja lokalnej społeczności oraz promowanie aktywnego i rodzinnego sposobu spędzania czasu. Podczas imprezy, Miejsko Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Wieliczce prowadził działania promocyjne oraz informacyjno-edukacyjne pod hasłem ,,Pomarańczowej wstążki” w ramach akcji przeciwko przemocy oraz krzywdzeniu dzieci i młodzieży. Tego dnia były również zbierane fundusze na leczenie Agnieszki Ziółkowskiej, wieloletniego pracownika MGOPS w Wieliczce.

W piętek przeglądam sobie spokojnie Facebooka, kiedy pośród dziesiątek mało ważnych informacji przebija się jedna, oznaczona plakatem w krzykliwych, pstrokatych kolorach:

A ja akurat na tą niedzielę nie miałem planów i tak na prawdę nie wiedziałem co zrobić z dzieciakami, żeby było miło, przyjemnie i rodzinnie. No to już plany na niedzielę mam 🙂 Wezmę z dzieciakami udział w imprezie pod nazwą: I Bieg o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce

Pomimo, iż okolica jest mi bardzo dobrze znana, to jednak na leśne dukty się nie zapuszczałem jak do tej pory. Dlatego w sobotni poranek wybrałem się sprawdzić, jak wygląda trasa niedzielnego biegu. Szczególnie interesował mnie odcinek po lesie. Na moje nieszczęście trasa jeszcze nie była całkowicie oznaczona i po krótkim błądzeniu po błotnistych ścieżkach, zdecydowałem się ewakuować. Cóż, nie po raz pierwszy będę poznawał trasę podczas biegu 🙂

W niedzielę rano, o dziwo ze sporym zapasem czasu rodzina zapakowała się do auta i ruszyliśmy w stronę Xtreme Park Wieliczka-Grabówki. Co prawda do parku linowego mam z domu około 1 kilometra, ale do auta musiałem zapakować jeszcze rowerki i hulajnogi. Po zawodach na pewno dzieciaki będą chciały pojeździć na placu manewrowym nieopodal parku linowego. 

Na miejsce dotarliśmy kilka minut po 11:00. Zapisy trwały w ekspresowym tempie 🙂 W biegu głównym brałem udział ja, a moja dwójka maluchów w biegu dla dzieci. O ile mój starszy syn już nie raz brał udział w zawodach i o jego kondycje na 250 metrowej, pagórkowatej trasie byłem spokojny, to troszkę martwiłem się, czy moja 2-letnia córeczka da sobie radę. Oczywiście córeczka startowała w asyście taty 🙂

Dzieci wraz z mamą czerpały garściami z pięknej pogody i z placu zabaw. Ja w tym czasie przygotowywałem się do zawodów. Bieg główny był zaplanowany na godzinę 12:00 a bieg dzieci… no tutaj komunikaty były trochę sprzeczne. Ostatecznie organizator zakomunikował, że bieg dzieci odbędzie się po biegu głównym, około godziny 13:00.  

fot. wieliczkacity.pl

Fot. Mariusz Włoch

Do biegu podchodziłem na luzie, bo przede wszystkim był to bieg „last minute„, trasa była krótka a ja jestem w okresie roztrenowania. Owszem, mając za kibiców swoje dzieci chciałem wypaść jak najlepiej i pokazać rodzinie, że moje treningi mają sens.

Tarasa I Biegu o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce przebiegała po lesie w okolicach parku linowego. Składała się z dwóch równych pętli. Pomimo krótkiego dystansu, nie była to trasa łatwa ponieważ różnica przewyższeń wynosiła około 100 metrów. Do tego na całej trasie była wąsko, grząsko i ślisko.

Rozgrzewkę krótko mówiąc „olałem” i stwierdziłem, że krótkie rozciąganie i kilka skipów w miejscu mi wystarczą. Przecież to tylko 3 kilometry – pomyślałem. Na kilka minut przed startem przybiłem piąteczki z moimi dzieciakami i ustawiłem się w strefie startowej. Po wysłuchaniu kilku słów organizatorów, punktualnie o 12:00 rozpoczęły się zawody!

fot. wieliczkacity.pl

Początek trasy prowadził dość stromo w dół, a do tego jeszcze po śliskim asfalcie. O zdradliwej nawierzchni przekonał się niejeden zawodnik, a szczególnie biegacz, który tak niefortunnie upadł, że nie był w stanie kontynuować biegu. Ja też zawadziłem o pobocze ale na szczęście utrzymałem się w pionie. Na tym odcinku plasowałem się w ścisłej czołówce na 3 – 4 miejscu. Już wtedy wiedziałem, że podium jest raczej poza moim zasięgiem, ale nie składałem broni.

Pierwszy podbieg rozpocząłem z werwą i dynamicznie, jak mała kozica wspinałem się na kolejne wzniesienia cały czas utrzymując dystans do 3 zawodnika. Na ostatnim, króciutkim ale dość stromym podbiegu zawodnik biegnący przede mną „odjechał” mi. Wiedziałem jednak, że podbieg się kończy i może coś zdziałam na zbiegu podkręcając tempo. Troszkę nadrobiłem, ale za to wyprzedził mnie inny zawodnik na pierwszej prostej wokół stawu w Grabówkach. Na tym etapie czułem się dość dobrze i utrzymywałem dość mocne tempo.

Teraz czekała mnie długa prosta, przebiegnięcie przez linię start / meta i drugie okrążenie. Skoro jest z górki – pomyślałem – to można co nieco nadrobić. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Jednak tuż po rozpoczęciu 2 kółka poczułem, że coś ze mną nie jest za dobrze. Jeszcze na zbiegu nie było tragedii, choć z trudem łapałem oddech, ale całe „zło” rozpoczęło się na podbiegu.

Pierwsza rzecz, to poczułem „znajomy” ucisk w klatce piersiowej i mocne, falujące bicie serca. O-Ho!, już sobie pobiegałem… – doskonale wiedziałem co to oznacza i tylko kwestią następnych chwil było, czy bieg się dla mnie skończy za 10 metrów, czy uda się go jeszcze uratować. 

Przebiegłem jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale już pierwszą górkę zaliczałem spacerem. Nie wiedziałem za bardzo co mam zrobić. Z jednej strony poczułem, że mam zakwaszone mięśnie nóg, serce wali mi jak szalone i nie jestem w stanie go uspokoić. Nawet przejście do wolnego marszu nie pomogło, a to dopiero był początek wspinaczki! Cóż, miałem dwa wyjścia: poddać się i zejść z trasy (w sumienie bardzo miałem gdzie schodzić) lub jakimś cudem dotrwać w męczarniach do mety. Oczywiście wybrałem opcję drugą.

Wspinanie się bez mocy w nogach to była dopiero katorga! Do tego wyprzedziło mnie sporo biegaczy. W połowie wzniesienie zaczęło mi się robić bardzo zimno a moje ciało dosłownie w całości zalały strumienie potu. Z głowy kapało mi jakby ktoś mnie polewał z wiaderka. Wyłem z bólu ale zaciskałem zęby i walczyłem. 

Podbieg się skończył i zaczął się odcinek w dół. W sumie nie wiem co było lepsze – marsz pod górę niejako usprawiedliwiony wzmożonym wysiłkiem, czy trucht w dół, gdzie potencjalnie można rozwijać duże prędkości. Teraz jednak byłem bardziej skupiony na tym, żeby jakoś uratować swój bieg niż na ukształtowaniu terenu.

fot. Mariusz Włoch

fot. wieliczkacity.pl

Dogonił mnie kolejny zawodnik, a następnie wyprzedził. Pomimo bólu i osłabienia jakoś udało mi się podczepić pod niego na kilkadziesiąt metrów i utrzymać rozsądne tempo. Wiedziałem, że do mety już niedaleko i nie ma co kalkulować tylko trzeba się „dobić„.

Ostatnia prosta przed metą to ukoronowanie mojego cierpienia. Ze względu na żółwie tempo miałem sporo czasu, żeby dokonać analizy biegu. 

Pierwsza rzecz to rozgrzewka, a raczej jej brak. Mięśnie niedogrzane, nie rozciągnięte szybko zareagowały negatywnie na wzmożony wysiłek. Druga rzecz to zbagatelizowanie dystansu i różnicy wzniesień. Przed startem chodziłem napuszony jak indyk karmiąc się osiągnięciem w postaci ukończenia biegu inaugurującego Grand Prix Krakowa w biegach górskich. Myślałem, że już wskoczyłem na kolejną półkę w biegowym rzemiośle, a tutaj niemiła niespodzianka. Trzecia, ale chyba najistotniejsza, to igraszki ze zdrowiem. Serce by chciało wygrywać, biegać szybko a rozum nie hamuje poczynań serducha co daje efekt w postaci problemów zdrowotnych. Za dużo ułańskiej fantazji, za mało pokory i chłodnej analizy swoich możliwości. Cóż nie po raz pierwszy musiałem biegać ambicją a nie nogami…

I Bieg o Puchar Komendanta Powiatowego Policji w Wieliczce dla mnie się własnie zakończył, gdy przekroczyłem upragnioną tego dnia linię mety. A finiszowałem – a jakże – w asyście swojego kochanego synka! Tuż za metą otrzymałem pamiątkowy medal i poszedłem odpoczywać. Byłem tak wycieńczony jak po przebiegnięciu co najmniej maratonu i nie żartuję – byłem całkowicie wyeksploatowany. Na pytanie mojego synka: „Tato, a czego tak późno przybiegłeś?!” odpowiedziałem, że „dzisiaj nogi chciały biec, ale serduszko nie pozwoliło, dlatego musiałem biec wolniej”. Nie było innego uzasadnienia.

Mój bieg się zakończył, ale impreza trwała na całego! Teraz do rywalizacji stawały dzieci, a wśród nich dwójka moich maluchów: 5 letni Hubert i 2 letnia Izabela. O Huberta byłem spokojny, nie pierwszy raz bierze udział w zawodach i nie potrzebuje asysty. Ciekawy byłem czy córeczka da radę pokonać 250 metrów pofałdowanego terenu na własnych nóżkach. 

Zanim się jednak bieg rozpoczął, organizator zaprosił wszystkich uczestników, aby przeszli się po trasie zanim wystartują w zawodach. Było to bardzo fajne podejście, szczególnie, że udział w biegu brało kilkadziesiąt dzieciaczków!

Po zakończeniu rekonesansu dzieci stanęły na starcie i rozpoczęły rozgrzewkę. Ja cały czas asystowałem mojej małej córeczce. Ona jednak, w odróżnieniu od zeszłotygodniowego Biegu Niepodległości w Krakowie była bardzo odważna i chętnie uczestniczyła we wszystkich ćwiczeniach wśród dzieci.

Po kilku chwilach wszystkie dzieci ustawiły się na starcie i na sygnał startera wyruszyły w trasę. Ja – wstyd to przyznać – ale oprócz pomocy Izabeli skupiałem się na tym, żeby nie dać plamy i gdzieś się nie wywalić, bo jeszcze odczuwałem trudy własnego biegania sprzed kilkudziesięciu minut. 

Moje obawy co do wytrzymałości córeczki zostały całkowicie rozwiane! Najpierw trzymana za jedną rączkę, potem za dwie, tam gdzie było dla niej za stromo lub za ślisko, stawiała żwawo nóżkę za nóżką i pędziła do mety! Ani razu nawet nie spojrzała na mnie, żeby ją wziąć na ręce tylko dzielnie pokonywała kolejne metry trasy biegowej! Mój syn w międzyczasie dobiegł już do mety i jak tylko się spotkaliśmy, z wielkim uśmiechem na ustach zakomunikował, że bardzo mu się podobało i na końcu biegu jeszcze wyprzedził 2 osoby! Byłem (cały czas jestem) dumny ze swoich dzieci!

fot. wieliczkacity.pl

Tuż za metą oboje otrzymały pamiątkowe medale i razem z tatą, a następnie z prowadzącym tego dnia całą imprezę, redaktorem i DJ’em RMFMAXXX, Irkiem Jakubkiem zrobiliśmy sobie sesje zdjęciową.

Po zakończeniu zawodów całą rodziną udaliśmy się na pamiątkowe zdjęcia oraz do strefy biura zwodów, gdzie moje maluchy opychały się ciastkami, a było tych ciast sporo i wszystkie przepyszne!!!

fot. wieliczkacity.pl

Dzisiejsza impreza była bardzo dobrym przykładem połączenia sportu i poruszania ważnych tematów społecznych, jakimi niewątpliwie są walka  przemocą w rodzinie czy w szczególności wobec dzieci. Szczytny cel, czyli zbiórka funduszy na operację pracownika MOPS’u w Wieliczce dodatkowo motywował do wzięcia udziału. 

Pomimo jakiś podświadomych ambicji z zawodów wracam z tarczą i pokornie przyjmuję nową lekcję. Przede mną dużo pracy, żeby w przyszłym roku nie tylko odnotować swoje uczestnictwo, ale również zaistnieć w klasyfikacji w górnej jej części 🙂

Do zobaczenia za rok!

Może zajrzysz też tutaj