Grand Prix Krakowa w biegach górskich 2019

Grand Prix Krakowa w biegach górskich to cykl biegów górskich w samym centrum Krakowa! Począwszy od listopada co miesiąc w Lasku Wolskim organizowane jest regularne ściganie na wymagającej i malowniczej trasie. W skład cyklu wchodzi 5 biegów i aby być sklasyfikowanym w całym cyklu, należy ukończyć 4 biegi na jednym dystansie.  Jak do tej pory moim jedynym biegiem po pofałdowanym terenie był Summer Run w Gródku nad Dunajcem,, ale był to bieg po asfalcie. W tym roku nie stąd ni zowąd postanowiłem zapisać się na Wielkie Otwarcie GPK! Jak mi poszło? Zapraszam na relację 🙂

Po niezbyt udanym starcie w Tarnowie na 10 km stanąłem przed nie lada dylematem. Zadawałem sobie te samo pytania: jaki jest obecnie moje bieganie oraz  jakie chcę żeby było moje bieganie? Poddać się można zawsze, ale czy warto niweczyć lata pracy, wylanego na treningach potu, łez bólu i łez szczęścia? Chyba nie! Wiedziałem, że jestem bez formy, że moje wyniki są dalekie od moich oczekiwań i nie odzwierciedlają nakładu pracy, jaki włożyłem w przygotowania. Szukałem miejsca, żeby się na chwilę schować, uciec, zaszyć gdzieś…. np. głęboko w lesie! TAK! to jest świetny pomysł, który został całkiem przypadkowo wzmocniony informacją w internecie o Grand Prix Krakowa w biegach górskich! 

Nie zastanawiałem się długo. Wymieniłem kilka sms’ów z sąsiadką Justyną, która w poprzednich latach brała udział w wielu edycjach tych biegów i była zawsze zadowolona z udziału. Justyna nie musiała mnie długo namawiać 🙂 bo już następnego dnia zapisałem się na Wielkie Otwarcie VIII edycji Grand Prix Krakowa! Pierwsze z cyklu 5 zawodów miały się odbyć 3 listopada, a ja zapisałem się chyba na 2 lub 3 dni przed zamknięciem zapisów!

Skoro już się zapisałem, to nie było odwrotu. Mój ograniczony budżet nie pozwalał mi na szaleństwo zakupowe. Jednak „opatrzność” przyszła mi z pomocą i w kupiłem w bardzo korzystnej cenie buty do biegów górskich REEBOK ALL TERRAIN CRAZE. Nie chciałem również za bardzo inwestować w buty, bo mogłoby się okazać, że nie polubię biegania po górach i pieniądze w błoto.

Grand Prix Krakowa w biegach górskich było dla mnie jedną wielką niewiadomą, niespodzianką, wyzwaniem, ale również ucieczką od codzienności. Byłem pełen obaw, czy spodoba mi się taki rodzaj biegania, czy w ogóle dam radę przebiec ponad 11 km po mocno pofałdowanym terenie, gdzie suma przewyższeń w dół oraz w górę to prawie 500 metrów! Nigdy przecież nie biegałem i po takim terenie i na takich przewyższeniach. Jednak coś w środku mnie pchało do Lasu Wolskiego, żeby spróbować, żeby dać szansę temu biegowi.

Ponieważ bieg rozpoczynał się o 12:00 w niedzielę, a pogoda była niepewna, postanowiliśmy z żoną, że pojadę sam, bez reszty rodziny. Nawet lepiej, bo skoro alienacja to alienacja 🙂 skoro już mam „uciekać przed światem” to po całości.

Wyruszyłem z domu wcześniej, tak, aby mieć czas dopiąć sprawy organizacyjne w biurze zawodów i odpowiednio się przygotować. Formalności załatwiłem dość szybko i miałem jeszcze ponad godzinę do startu.

Postanowiłem czas ten wykorzystać na rekonesans i wspiąłem się do strefy startu i mety. Akurat gdy dotarłem zawody kończyli zawodnicy i zawodniczki startujący na innych dystansach. Trochę się przeraziłem patrząc na ostatnie kilkadziesiąt metrów podbiegu przed metą. Zacząłem sobie wyobrażać jakie górki czekają mnie w lesie. Przy okazji wróciły świeże jeszcze wspomnienia z wrześniowego startu w 13.PZU Biegu Trzech Kopców w Krakowie i męczarnie na ostatnim długim podbiegu. Poziom niepewności, czy aby dobrze robię startując dzisiaj sięgnął apogeum!

Pół godziny przed startem siedziałem już w aucie prawie gotowy. Nie byłem pewien, czy dobrym pomysłem będzie bieganie w nowiuteńkich butach, czy może jednak zaufać styranym po asfalcie Adidasom. Pomyślałem jednak, że skoro już zaryzykowałem udział w tym biegu, to niech wszystko będzie inaczej niż „książka pisze„. Założyłem więc nowiutkie Reeboki i ruszyłem do strefy start / meta na rozgrzewkę. Po drodze spotkałem znajomego z tras biegowych Łukasza Popielarczyka. Łukasz nie po raz pierwszy startował w Grand Prix Krakowa więc zadawałem mu mnóstwo pytań.

Czas leciał jak szalony! Przed 12:00 stałem już w strefie startowej i zastanawiałem się co ja tutaj robię…?! Serducho  waliło mi chyba ze 180 uderzeń na minutę a nogi już mnie bolały na samą myśl o nadchodzącym wysiłku. Jeszcze minuta, jeszcze kilka słów spikera i mój udział w  Grand Prix Krakowa w biegach górskich stał się faktem!

W przeciwieństwie do większości zawodów, w których brałem udział, na Grand Prix Krakowa w biegach górskich nie miałem żadnej taktyki ani planu. Był to dla mnie bieg dziewiczy, bieg, który będę dopiero poznawał i się z nim oswajał. Założenie było jedno – dobiec do mety i dobrze się bawić!

Początek zgodnie z charakterystyką trasy był cały czas pod górkę. Mięśnie były dobrze rozgrzane i chętne do pracy. Wiedziałem doskonale, że na tym odcinku nie mogę się forsować bo przede mną jeszcze sporo biegania i w górę i w dół. Nogi ciągnęły do góry w żwawym tempie, ale głowa kazał mądrze zarządzać siłami. Udało mi się uzyskać kompromis i gdy na zegarku po przebiegnięciu 1 km non stop pod górę tempo wynosiło 5:40 byłem zadowolony. 

źródło: http://krakowbiega.pl/

Pierwsze 2,5 km to wspinaczka pod górę. Raz mocniej, raz bardziej płasko, ale bez ekstremalnych odcinków. Te zaczęły się ostrym zbiegiem o długości niespełna 1 km! Wąska trasa, wszędzie liście, wystające kamienie, korzenie drzew, a przede wszystkim nowe buty – to wszystko działało na wyobraźnię i podpowiadało, żeby zachować większą ostrożność. Od czego jest jednak „ułańska fantazja?!” A od tego, żeby „puścić” nogi na zbiegach i sobie odrobinę „polatać” 🙂 Tak sobie latałem, aż mnie kolka złapała 🙂 Na szczęście miałem ze sobą bidon, wziąłem kilka łyków napoju i udało mi się zwalczyć kolkę.

Czwarty kilometr to mały rollercoaster. Raz ostro pod górę, a potem ostro w dół. Od 4 do 7 km trasa wiodła prawie cały czas pod górkę. Na tym odcinku zacząłem powoli tracić wiarę w sens mojego uczestnictwa w tym biegu, jak również w sens biegania w moim wykonaniu. Było trudno, nogi już zmęczone, psychika nastawiona na samo destrukcję, a tu jeszcze około 4 km do mety! Zacząłem sobie wbijać do głowy, że to nie dla mnie, że źle zrobiłem, że ogólnie wszystko na „NIE”. I wtedy jedna myśl zaświtała mi w głowie: „every road has an end„. Ten bieg również się skończy i fajnie by było czerpać z niego tyle ile się da satysfakcji mimo wysiłku, cierpienia, bólu i zmęczenia!

GPK fot Adam Buczyński

Na mojej twarzy zamiast grymasu zwątpienia zagościł promienny uśmiech a w serduchu entuzjazm. Zmiana nastawienia zaowocowała bardzo fajnym tempem na kolejnych odcinkach. Końcówka była wyniszczająca. Zmęczony organizm błagał o litość i odpoczynek, ale nie było na to ani czasu, ani możliwości. Strome zbiegi po śliskich kamieniach i liściach a następnie wdrapywanie się marszobiegiem lub w marszu na kolejne wzniesienia wyciskało maksimum energii z mięśni ale też z psychiki. Do mety było coraz bliżej, ale jednak jeszcze całkiem daleko.

Ostatni kilometr był ekstremalny! Przynajmniej dla mnie 🙂 Wspinając się na jedno z ostaniach wzniesień czułem jak mięśnie ud mi po prostu wiotczeją i nie mam prawie sił podnosić nóg. Nie byłem jednak sam w swoim cierpieniu, ponieważ osoby biegnące / maszerujące obok, zarówno te, które mnie wyprzedzały, jak i te, które i ja wyprzedzałem (!) miały na twarzach ten sam, grymas wycieńczenia co ja 🙂 

Ta wyjątkowo ekstremalna i wyniszczająca wspinaczka znalazł swój kres na skraju lasu. Wtedy w oddali ujrzałem balon z napisem META. Ale do tego balonu pozostało jeszcze z 200 metrów pod górkę. Na tym odcinku, mimo zmęczenia, nie było kalkulacji tylko wyciskanie z mięśni wszystkich zapasów energii, jakie pozostały! 

Udało się! Żyję! Dobiegłem do mety i padłem jak długi na ziemię po jej przekroczeniu. Byłem wycieńczony do cna, z trudem łapałem oddech, a na samą myśl o ostatnim podbiegu aż mnie łapały skurcze. Podniosłem się po kilku chwilach i rozpromieniony spojrzałem na arenę moich dzisiejszych zmagań i z dumą w głosie wykrzyczałem:

JA CHCĘ JESZCZE RAZ !!!

Opanowała mnie euforia! Byłem mega zadowolony ze swojej postawy w biegu! Byłem z siebie dumny, że nie poddałem się w kryzysowym momencie, że podniosłem głowę do góry, zebrałem się w sobie, odgoniłem negatywne myśli i ruszyłem do przodu – po sukces!

fot. Łukasz Popielarczyk

Dzisiejszym sukcesem nie było ukończenie biegu, nie było to też czas, jaki uzyskałem. Dzisiaj sukcesem była satysfakcja z biegania! Zadowolenie z wysiłku fizycznego, szczęście i masa pozytywnej energii! Tuż po przekroczeniu mety wiedziałem, że z Grand Prix Krakowa w biegach górskich połączyła mnie miłość i to miłość od pierwszego startu! I’ll be back !!!

Może zajrzysz też tutaj