Biegiem na Bagry 3 – 23-04-2017

23 kwietnia 2017 roku odbyła się 3 edycja imprezy biegowej pod nazwą „Biegiem na Bagry„. Oprócz biegu na dystansie 10 km, w którym brałem udział, rozegrane zostały również zawody na dystansie 3 km oraz biegi dla dzieci. We wszystkich rywalizacjach biegowych wzięło udział łącznie ok. 600 uczestników! Pogoda była typowo „irlandzka” – cztery pory roku w ciągu jednego dnia 🙂

fot: http://itmbw.pl/index.php/nasze-imprezy/bnb3

Przygotowania do biegu… Będę szczery, ten bieg był od rozpoczęcia przygotowań w maratonie wpisany w grafik startowy jako ostatnie „przetarcie” przed startem w docelowej imprezie. Dlatego też od samego początku start na 10 km nie wiązał się absolutnie z chęcią bicia rekordów, walki o wynik czy jakiejś większej rywalizacji. W przeddzień biegu stało się coś, czego przewidzieć nie mogłem, a mianowicie dopadło mnie ostre zatrucie pokarmowe połączone z wysoką gorączką… Czułem się jak „zmemłany i wypluty” po całodziennej walce z dolegliwościami. Leki przeciwbólowe odstawiłem po tym jak 4 tabletka nie dawała żadnego efektu. Głowa mi pękała z bólu, słaniałem się na nogach i jedyne co mogłem zrobić to położyć się na łóżku i „umierać”. Odwodniłem się strasznie, żołądek skurczył mi się maksymalnie i straciłem ponad półtora kilograma na wadze w ciągu… 5 godzin. Dopiero późnym popołudniem jakoś doszedłem do siebie i pojechałem do biura zawodów po odbiór pakietu startowego. Bardziej jednak zależało mi na wyrwaniu się z domu na chwilę i odpoczynku od miejsc moich męczarni niż na reklamówce z zapakowanymi akcesoriami startowymi.

Biuro zawodów mieściło się na terenie Przystani Żeglarskiej AZS Kraków (cypel nad Zalewem Bagry, obok ul. Bagrowej). Tłoku nie było, więc szybko odebrałem co moje i ruszyłem w drogę powrotną. Pakiet startowy zawierał trochę reklam, koszulkę, agrafki i w sumie chyba tyle, ale nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego i na nic nie liczyłem. Koszulka bardzo fajna, od razu przypadła mi do gustu:

foto: Izydor Nowakowski

Dzień startu.

Budząc się rano nie wiedziałem jak się będę czuł po wcześniejszym zatruciu. Ból głowy wcale nie ustąpił za to samopoczucie było już lepsze. Po lekkim śniadaniu spakowałem swoje rzeczy, wsiadłem do auta i około 11:20 pojechałem na miejsce zawodów. Rodzina tradycyjnie mi nie towarzyszyła – głównie ze względu na paskudną, zmienną pogodę. Nie był to dla mnie problem, bo start w zawodach traktowałem czysto treningowo. Dojechałem na miejsce, zaparkowałem auto, poszedłem sprawdzić skąd będę startował i ruszyłem na rozgrzewkę. Było ciężko… mimo wolnego tempa pot mnie oblewał w większych niż normalnie ilościach, nogi trochę jak z waty, ciało obolałe… Nie czułem się najlepiej, ale też nie na tyle źle, żeby nie startować. Rozgrzany i przygotowany ruszyłem na miejsce startu, do którego zostało jakieś 20 minut.

Dogrzewałem się jeszcze, rozciągałem i patrzyłem błagalnie na niebo, z którego na 10 minut przed zaplanowanym startem lał się rzęsisty deszcz i sypał śnieg…

Na szczęście, na 2 minuty przed startem przestało padać i wyszło słoneczko. Nie zmieniało to faktu, że trasa będzie trudna.

3,2,1… START

No i ruszyłem!

źródło: http://itmbw.pl

 

źródło: http://itmbw.pl

Pierwszy odcinek czyli dojazd do przystani był dość szeroki, a że i uczestników nie było za wielu i byłem z przodu stawki dość łatwo znalazłem sobie dobre miejsce do biegu. Po pierwszych kilku zakrętach już nie było tak kolorowo. Trasa zwęziła się, pojawiło się trochę kałuż, błoto, krzaki, zrobiło się ciasno i trochę niebezpiecznie. Po tym odcinku trochę przestrzeni i około 100 metrów brzegiem zalewu po grząskim plażowym piasku. Bieg po przeciwległej stronie do startu to wąskie, błotniste ścieżki przeplatane krótkimi odcinkami, na których można było kogoś wyprzedzić. Ten długi i w miarę płaski odcinek kończył się na łuku zalewu i w tym właśnie miejscu było najciekawiej 🙂 Trasa z płaskiej przerodziła się w pagórkowaty tunel wiodący wśród zarośli tuż nad brzegiem zalewu! Coś fantastycznego! Na początku trochę z rezerwą podszedłem do tego odcinka zwyczajnie obawiając się upadku czy ewentualnej kontuzji ale już na kolejnych okrążeniach wprost nie mogłem się doczekać :).

źródło: http://itmbw.pl

Po wybiegnięciu z „tunelu” trasa choć jeszcze prowadząca po udeptanych duktach była już dość szeroka i na około 400 metrów przed metą wiodła przez drewniany mostek oraz po utwardzonej, szerokiej ścieżce.

Plan na bieg był następujący: 1 km = tempo 5:00. Plan szybko zweryfikowała trasa, jej profil i oryginalność. Na to wszystko nie byłem przygotowany więc już na samym początku skupiłem się bardziej na utrzymaniu dobrego samopoczucia, rytmu, tętna niż reżimu tempowego. Wbrew wszelkim zaleceniom częściej patrzyłem pod nogi niż przed siebie, a to dlatego, żeby w jednym kawałku i bez urazów dotrzeć do mety.

Co jakiś czas zerkałem na GPS’a i tam wartości tempa były o wiele lepsze od założonych, a że biegło mi się bardzo dobrze to nie zwalniałem. Dopiero w połowie dystansu zatkało mnie na moment i musiałem się zatrzymać na 3-4 sekundy po czym systematycznie wracałem do poprzedniego tempa biegowego.

źródło: http://itmbw.pl

Na około 500 m przed metą, tuż po wybiegnięciu z „tunelu” zerknąłem na zegarek – WOW – aż nie mogłem uwierzyć, że tuż przed metą mój czas jest taki dobry. Pierwsza myśl, jaka mi zaświtała to „biegnij na maksa do mety zrobić super czas!” ale zaraz po tym szybko sam zweryfikowałem to podejście – „nie szalej, to nie jest bieg na rekord, utrzymaj tempo, nie daj się wyprzedzić i ciesz się końcówką biegu„. Tak też zrobiłem. Obejrzałem się za siebie i nie widziałem nikogo za mną w odległości 50 metrów. Przede mną też pustka więc na spokojnie dobiegłem do mety w czasie: 00:42:33 !!! Co jest moim nowym rekordem życiowym !!! (wyniki <<– TUTAJ –>> )

źródło: http://itmbw.pl

Na mecie byłem bardzo zadowolony przede wszystkim z faktu, że podczas mojego pierwszego startu w tak trudnych, wręcz trailowych warunkach ukończyłem bieg bez kontuzji, w dobrym, jednostajnym tempie i z rewelacyjnym wynikiem. Zmęczenie? Bardziej psychiczne niż fizyczne ze względu na profil trasy.

Po biegu udałem się na ciepły posiłek – pyszny makaron z sosem truskawkowym, wypiłem ciepłą herbatę i jeszcze chwilę pokręciłem się w okolicach mety po czym udałem się do auta. Siedząc w aucie jeszcze przez chwilę analizowałem bieg, przebrałem się i ruszyłem do domu.

Bieg z cyku „Biegiem na Bagry” uważam za bardzo dobrą imprezę. Bardzo miła atmosfera, super ludzie związani z organizacją imprezy, ciekawa i wymagająca trasa i pomimo kapryśnej pogody – świetna zabawa! Jedyną dla mnie rzeczą in minus jest fakt, że zgubiłem swoje rękawiczki… Niby kawałek szmatki ale człowiek się jakoś do nich przyzwyczaił. No cóż, trzeba mieć głowę na karku przez cały czas!

Za tydzień start w 16. PZU Cracovia Maraton – już mnie stres pożera a emocje zaczynają narastać. Będzie się działo!

Może zajrzysz też tutaj