Bieg Mikołajkowy Grand Prix Krakowa 2.12.2019

Bieg Mikołajkowy, drugi z cyklu Grand Prix Krakowa w biegach górskich odbył się pierwszą niedzielę grudnia. Na mecie czekał święty Mikołaj ze słodyczami i nagrodami! Nie zabrakło malowniczych tras i ścigania w doborowym towarzystwie! Czas na kolejną odsłonę Grand Prix Krakowa w moim wykonaniu!

Na Bieg Mikołajkowy GPK wybierałem się z wielką przyjemnością. Zaraziłem się na dobre bieganiem po górkach uczestnicząc w listopadowej edycji Grand Prix Krakowa w biegach górskichWielkim Otwarciu! Jak to się pięknie i obrazowo mawia: „poczułem krew„! Najważniejszy jednak cel, jaki sobie postawiłem przed zapisaniem się na listę startową to dobrze się bawić! Żadnych rekordów, życiówek, wyścigów i innych „targetów” zaśmiecających głowę podczas zawodów. A ponieważ głowę mam ostatnio mocno obciążoną wyzwaniami życia codziennego, chciałem, żeby chociaż ten fragment rzeczywistości pozostał dziewiczy, nienaruszony i sprawiający przyjemność.

Mój debiut Grand Prix Krakowa w biegach górskich uważam, że został okraszony całkiem przyzwoitym wynikiem czyli 1 godzona 3 minuty i 45 sekund. Ten bieg, pomimo, że bardzo mnie sponiewierał, dał mi dużo radości i satysfakcji. Ponadto dostarczył mi danych analitycznych, ponieważ był pierwszym z cyklu pięciu startów na tej samej trasie. W domu, na dzień przed startem analizowałem ponownie trasę i każdy kolejny kilometr analizując możliwość uzyskania lepszego rezultatu na poszczególnych odcinkach trasy. Uważałem, że zejście poniżej 1:03:00 będzie nie lada sukcesem, ale jak pobiegnę wolniej, to nic się nie dzieje.

Zawody odbywały się w niedzielę 1 grudnia, dzień po moich urodzinach. Odmówiłem sobie sobotniego świętowania na rzecz dobrego samopoczucia podczas biegu. Na zawody po raz pierwszy w tym roku nie jechałem sam!  Dołączenie w listopadzie do #AdamCzerwińskiTeam zaowocowało nawiązaniem nowych znajomości. I własnie z Michałem wspólnie wybraliśmy się na zawody. Wyruszyliśmy o 10:00 rano, aby po niespełna pół godziny zameldować się na parkingu tuż przy strefie start / meta Grand Prix Krakowa w biegach górskich. Mieliśmy ponad godzinę na załatwienie formalności w biurze zawodów i rozgrzewkę. 

W strefie startowej ostawiliśmy się na 5 minut przed startem. Czułem spory dreszczyk emocji i aż dostałem gęsiej skórki na myśl, że znów biegnę tą pagórkowatą, malowniczą trasą. Ciarki przechodziły mi po plecach, a na usta zakradał się uśmieszek na myśl o sponiewieraniu na trasie ale i szczęścia z ukończenia zawodów.

Przed startem w tej edycji Grand Prix Krakowa w biegach górskich dowiedziałem się, że do klasyfikacji generalnej liczy się czas brutto. Dlatego tym razem stanąłem jak najbliżej początku stawki, aby jak najmniej stracić. Dodatkowo mniej tracił człowiek na „walkę o pozycję” na wąskich alejkach tuż po starcie biegu. W tym miejscu dodam tylko, że postanowiłem przetestować w tych zawodach podpijanie na trasie własnego izotonika i dzielnie dzierżyłem w łapce małą 250 ml buteleczkę z napojem. 

Prawie punktualnie o 12:00 wystartowaliśmy!

W poprzedniej edycji Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich na pierwszym kilometrze pobiegłem bardzo zachowawczo, w czasie 5:41 min/km. Tym razem od samego początku postanowiłem lekko przyspieszyć, ale bez szaleństwa. 5:23  to o 18 sekund szybciej i takie tempo mi odpowiadało. Nie przyspieszałem nadmiernie za to podczepiłem się pod innego biegacza i zrównałem z nim swoje tempo – dość dynamiczne ale z zapasem. 

Po pierwszym kilometrze… przestałem zwracać uwagę na to, czy biegnę szybciej czy wolniej niż miesiąc temu. Po prostu biegłem i czerpałem z tego faktu satysfakcję. Co najważniejsze, zdrowie dopisywało 🙂 Kiedy mi się już tak fajnie biegło dopadła mnie pierwsza niespodzianka. Po przebiegnięciu 4,5 km rozwiązała mi się sznurówka… na zbiegu, gdzie leciałem w okolicach 3:20 – 3:30 z górki. Pomyślałem sobie, że szkoda marnować takiego tempa i może się nie zabiję. Najwyżej jak mi but spadnie to po niego wrócę. Ryzyko się opłaciło, bo po 300 metrach z górki z rozwiązanym butem trasa zaczęła biec pod górę. Doskonałe miejsce na zawiązanie obuwia. Tu straciłem może 15 sekund, choć możliwe, że zyskałem więcej na tym postoju, ponieważ miałem chwilę wytchnienia przed nadchodzącą wspinaczką. 

Foto: Facebook GPK

Dalej biegłem bez większych przygód, dynamicznie, ale jakby w strefie komfortowego biegania na zawodach. Wrócę do napoju. Otóż w moim przypadku okazało się, że jest to idealne panaceum na moje kolki! Jak tylko się jakaś pojawiła, szybko strzeliłem dwa łyczki picia i po kilkunastu sekundach ból przechodził! 

Foto: Facebook GPK

Zbliżałem się do ósmego kilometra, a trasa wiodła już północną częścią Lasku Wolskiego. Północna, czyli zacieniona, a przy ujemnych temperaturach w nocy, również oblodzona. To właśnie tej niedzieli dane mi było posmakować krakowskiej ziemi, kiedy to w okolicach 8 kilometra, zbiegając z górki stanąłem na wydawałoby się stabilny grunt. Niestety, to było zamarznięte błotko. Poczułem jak mi odjeżdża noga a ja po krótkim locie ląduję jak długi na ziemi. Byłem w lekkim szoku, bo nie wiedziałem tak na prawdę co się stało. W dali usłyszałem: „CAŁY?!”, na co odpowiedziałem: „TAK, żyję, lecę dalej”! 

Wstałem po drodze zabierając mój genialny napój i zacząłem biec dalej. W biegu oceniłem stan mojego organizmu po upadku. Ponieważ spod oblepionych błotem dłoni i nóg nie leciała krew, uznałem, że wszystko jest ok. Całe zdarzenie trwało może 10 sekund i wróciłem do swojego rytmu biegowego sprzed upadku. Nie miną kilometr a w lesie znowu rozległ się znajomy okrzyk: „CAŁY?!” Tak, to znowu ja… Nie mogłem się „powstrzymać” i kolejny raz zanurkowałem w błoto. Tym razem procedura reaktywacji do biegu przebiegła sprawnie, a cała „akcja” nie trwała dłużej niż kilka sekund.. Jedyny minus, to ból kolana i oblepienie błotkiem. 

Do mety Biegu Mikołajkowego GPK zostało nie więcej niż półtora kilometra. Od dłuższego czasu nie patrzyłem na stoper. Przed największym, końcowym wzniesieniem wstąpiły we mnie jakieś magiczne siły, które mnie napędzały. W przeciwieństwie do listopadowego biegu, nie błagałem o litość i nie jęczałem o rychły koniec cierpienia tylko żwawo podskakiwałem jak jelonek po pagórkach. Końcówka to „istne szaleństwo” w moim wykonaniu,m a to dlatego, że… spojrzałem na stoper na 150 metrów przed metą, a na stoperze czas poniżej godziny. Pędziłem ile sił w nogach osiągając nieoficjalny rezultat 59:45!!! 

I co? Myślicie, że padłem jak kłoda po przebiegnięciu mety? O nie!, Nie tym razem! Byłem w szoku z kilku powodów:

  1. Wiedziałem, że czas jaki osiągnąłem może być tylko lepszy, a nawet jak nie to i tak jest GENIALNY!
  2. Dwie wywrotki na trasie, rozwiązany but i złamanie magicznej bariery 59:59! To się w głowie nie mieści!
  3. Nie wiedziałem, jak wyglądam fizycznie po tych upadkach. Wiedziałem za to, że jestem brudny i oblepiony błotem 🙂

Po chwili odpoczynku podszedłem do znajomych z #AdamCzerwińskiTeam i wspólnie przeżywaliśmy każdy swoje zawody!. Po niespełna 5 minutach na mecie zameldował się Michał, z którym przyjechałem na zawody.

Nie da się ukryć, że byłem przeszczęśliwy!!! Nie dość, że pobiegłem z czystą satysfakcją, dobrze się bawiłem to jeszcze złamałem barierę 59:59 już w drugim starcie! Po debiucie w Grand Prix Krakowa w biegach górskich złamanie tej bariery wydawało się absurdalnie nierealne a tu taka niespodzianka. 

Tego dnia jedyną rzeczą, która zaburzyła świąteczny charakter tego wydarzenia był brak mojego rezultatu na liście. Oczywiście zgłosiłem to do organizatorów i po kilku dniach mój wynik został uwieczniony na liście wyników Bieg Mikołajkowego GPK!  

Był to najpiękniejszy prezent na moje urodziny 🙂

Może zajrzysz też tutaj