6. PZU Cracovia Półmaraton Królewski Kraków, 13.10.2019

6. PZU Cracovia Półmaraton Królewski został zorganizowany 13 października 2019 roku.

Wynik uzyskany podczas 13.PZU Bieg Trzech Kopców zdeterminował mój cel udziału w szóstej edycjai imprezy organizowanej w Krakowie od 2014 roku. Największą atrakcją tej imprezy jest lokalizacja mety – w TAURON Arenie Kraków. PZU Cracovia Półmaraton Królewski to ostatni z 3 biegów do skompletowania przeze mnie po raz trzeci Królewskiej Triady Biegowej.

Mój cel na Cracovia Półmaraton Królewski to ukończyć 🙂 Żeby całkowicie nie odciąć się od ambicji, to zaplanowałem ukończyć poniżej 1:45:00. Skoro miałem pobiec czysto „pod zaliczenie” to nie ma co się rzucać na rekordy, zwłaszcza, że pogodna i ciepła aura nie sprzyja w osiąganiu życiówek.

Jaki cel, takie przygotowania. W sumie to normalny cykl treningowy z mocniejszymi akcentami wytrzymałościowymi. Ponadto mój plan treningowy skupiony był na Tarnowskiej Dyszce pod koniec października, więc na półmaraton nawet z założenia się nie szykowałem.

Po pakiet startowy pojechałem w doborowym towarzystwie mojej córeczki, synka i mojej mamy, która zajmowała się wnukami podczas gdy ja ogarniałem swoje zajęcia a żona pracowała.

Sam pakiet startowy może niezbyt bogaty, a raczej ubogi, ale za to atrakcje w Tauron Arenie zrekompensowały ten minimalizm.

Dzień przed zawodami przygotowałem komplet startowy. Żadnych nowości, nuda i rutyna. Spakowany, poszedłem spać – tym razem odpowiednio wcześniej. Po 8 godzinach snu, zanim się moje dziatki pobudziły, poszedłem na pociąg. Po kilkudziesięciu minutach już spacerowałem w kierunku tramwaju, który mnie zabrał prawie pod Tauron Arenę. Była 10:00 rano. Na 10:20 zaplanowane było spotkanie z trenerem Kacprem Piechem. Kacper niestety nie dotarł na czas, co mnie trochę zdenerwowało. Po 10 minutach czekania pobiegłem do depozytu, gdzie oddałem swoje rzeczy. Na rozgrzewkę pozostało około 20 minut czyli w sumie sporo czasu. 

Po dość intensywnej rozgrzewce, na 5 minut przed startem byłem już w strefie. Ustawiłem się na jej końcu, żeby nie kusić losu i nie pognać szalonym tempem i nie spalić się już na początku.

Bieg się rozpoczął. Z uwagi na dużą liczbę uczestników, start był podzielony na strefy czasowe i zawodnicy z poszczególnych stref ruszali co minutę. 

Początek zaplanowałem na 4:45 – 4:50 i przez 3 km ten plan realizowałem. Oczywiście, jak było z górki to nogi puszczałem, ale na płaskim nie szalałem. Spokojny początek to też dość dobre samopoczucie mimo jednak niesprzyjającej, ciepłej i słonecznej pogody. Szukałem cienia gdzie tylko mogłem. Do 10 km biegłem w tempie 4:30 – 4:35, ale już zbiegając z Alei Trzech Wieszczów tempo mi spadło do 4:45-50.

Osłabłem i nie czułem się najlepiej. Motywowałem się tym, że będę zaraz przebiegał prze Rynek krakowski i muszę jakoś wyglądać 🙂 

Z rynku, ul. Grodzką biegłem w kierunku Wawelu, gdzie niestety tak na prawdę bieg się dla mnie skończył. Serce zaczęło mi walić jak opętane, pompowało ogromne ilości krwi i zaczęło mnie bardzo kłuć w okolicy serducha. Zatrzymałem się i zacząłem uspakajać organizm. Po około 30 sekundach podniosłem się i zacząłem truchtać. Czułem, że organizm jest zakwaszony i że ciężko będzie nawet zrealizować cel na dzisiejszy bieg. Zaczęła się walka o wynik.

Szczęście w nieszczęściu do mety zostało niespełna 7 kilometrów. 2/3 trasy za mną więc „relaks” 🙂 jakoś to będzie. Wszystko zaczęło mi się dłużyć. Próbowałem, ale nie byłem w stanie przyspieszyć. Tempo spadło nawet do 5:20. Nie będę dramatyzował, ponieważ w tym biegu nie walczyłem o nic wielkiego. Zachowałem siły na ostatnie 2 kilometry i tym razem wziąłem kubek wody od chłopca na 19 kilometrze 🙂 2 km do mety przebiegłem już w przyzwoitym tempie poniżej 5 minut i na metę wpadłem w czasie 1:44:52. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tuż za linią mety spotkałem – a jakże Bartka Girlickiego!!! On oczywiście był 10 minut przede mną na mecie, ale ja z nim nawet nie konkuruję bo jest ode mnie o niebo lepszy 🙂 Wspólnie wymieniliśmy relacje z naszego udziału w zawodach i rozeszliśmy się. 

Po posiłku skoczyłem na darmowe bezalkoholowe piwko od LECHa 🙂 i poszedłem do depozytu. W depozycie świetna organizacja!!! Zanim dotarłem do stołów, worek z moimi rzeczami już na mnie czekał! 

Wziąłem swoje rzeczy, przebrałem się i poszedłem na autobus do domu. Jakoś emocje (te negatywne niestety) odciągnęły mnie od celebrowania ukończenia zawodów…

Prawdopodobnie zobaczymy się za rok!

Może zajrzysz też tutaj