5. Bieg Swoszowicki – 28.05.2017

Jubileuszowy 5. Bieg Swoszowicki jest dziś jednym z najważniejszych wydarzeń biegowych po południowej stronie Wisły. Jego piąta edycja odbędzie się już 28 maja 2017 roku.

Zawody rozegrane zostaną na dystansie 10 km – „Bieg główny” oraz na poprowadzonych m.in. parkowymi alejkami trasach o dystansach: 5 km – „Swoszowicka piątka” i 1,6 km „Rodzinna mila”. Największymi zaletami Biegu Swoszowickiego niewątpliwie są zielone i malownicze tereny, na których zawody są rozgrywane oraz różnorodność dystansów, wśród których ogromną popularnością cieszy się „Rodzinna mila”.

5. Bieg Swoszowicki plakat

Tak reklamuje się kolejna impreza organizowana przez Stowarzyszenie ITMBW z Krakowa. Ja również biorę udział w tej imprezie chociażby z tego względu, że do Swoszowic mam kilka kilometrów. Ponadto zapisałem się na cały cykl czterech biegów organizowanych przez ITMBW a bieg w Swoszowicach jest 3 z kolei imprezą po 2. Biegu Walentynkowym i Biegiem na Bagry 3!

Udział w tym biegu to pierwszy start po maratonie. Co prawda zapisałem się na 2 maja na IV Ogólnopolski Bieg Wokół Twierdzy Zamość na 5 kilometrów ale zdrowie nie pozwoliło na uczestnictwo. Chociaż nie brałem udziału w zawodach w Zamościu to ostro kibicowałem kilku swoim znajomym.

Niecały tydzień po maratonie po raz pierwszy założyłem buty i poszedłem na lekkie wybieganie. Skończyło się na 4 kilometrach wymęczonych w bólu i totalnie bez siły. Po kilku dniach podjąłem kolejną próbę powrotu do treningów i tym razem było nieco lepiej. Wolniejsze i bezpieczniejsze tempo przełożyło się na dłuższy dystans przebiegnięty z przyjemnością po zamojskich uliczkach. Kolejne treningi już odbywałem w Wieliczce, gdzie okazało się, że biega mi się dużo lepiej niż „na wyjeździe” w Zamościu.

Aby dobrze się przygotować do startu w 5 Biegu Swoszowickim było za mało czasu ze względu na okres regeneracji po imprezie biegowej mojego życia. Tak na prawdę to dopiero w poniedziałek w tygodniu startowym narzuciłem sobie treningowy reżim pod kątem startu. Przyznam bez bicia, że byłem trochę bez wiary, bez ikry, bez ognia entuzjazmu w obliczu uczestnictwa w tym biegu. Ukończenie maratonu to było jak wejście na Mount Everest i jak tam już się weszło to pojawiło się pytanie:

Czy jest coś więcej co można osiągnąć skoro osiągnęło się swoje WSZYSTKO?„.

Teraz jest chyba okres przejściowy, bo celów mam na ten rok kilka do osiągnięcia tylko muszę odnaleźć właściwą drogę. Nie oczekuję więc cudu, że po czterech treningach ustrzelę życiówkę i otrę się o „pudło„, ale też nie mam zamiaru człapać w środku stawki.

Sobota, dzień przed startem. Tradycyjnie jadę po odbiór pakietu startowego. Swoszowice to okolica mi dobrze znana. Po kilkunastu minutach jazdy bez żadnego problemu docieram do biura zawodów zlokalizowanego w parku obok uzdrowiska w Swoszowicach. Biuro otwarte jest już od kilkudziesięciu minut i całkiem sporo osób, tak jak ja wybrało się po odbiór pakietu startowego dzień wcześniej. Sam pakiet startowy bogaty w makulaturę reklamową, ale gdyby nie te reklamy, to biegu by mogło nie być. Najważniejszy element pakietu to koszulka. Tym razem bez rękawków ale jak dla mnie – rewelacyjna!

Oprócz przygotowań sprzętowych przyszedł czas na dogłębną analizę trasy. Na obrazkach wyglądała dość ujmijmy to „ciekawie” i nie zapowiadała niczego na kształt „drogi przez mękę„.

Po powrocie ze Swoszowic myślałem, że polegnę na kanapie, a tu niespodzianka: mój syn przypomniał nam, że obiecaliśmy mu rano wyjście na basen, a że jesteśmy konsekwentni to spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Solnego Miasta popływać. Nasza wizyta trwała około półtorej godziny, a ja wymęczyłem z przerwami łącznie 400 metrów. Kto mnie zna to wie, że pływać umiem, ale nie lubię i pływam raczej króciutkie dystanse, ale jakoś dzisiaj mi się dobrze pływało.

Z przygotowań do biegu to tyle na dzień przed startem. Szczerze – nie ma we mnie entuzjazmu, nie ma przedstartowego zdenerwowania i co najgorsze, nie ma trochę motywacji. Wszystko oczywiście siedzi w głowie i od głowy zależy jak jutro wyjdzie bieg.

Dzień startu.

Niedziela 29 maja zapowiadała się bardzo słonecznie i ciepło. I tak też było w rzeczywistości i to do tego stopnia, że mój syn po kilku minutach spędzonych na balkonie odmówił wyjścia na spacer do parku i na plac zabaw. Dopiero około 12:00 udało się nam go wyciągnąć na świeże powietrze popierając nasze argumenty wizytą w lodziarni. Wyprawa nie potrwała zbyt długo i już po niespełna półtorej godziny byliśmy z powrotem w domu.

Na zawody zacząłem się pakować pół godziny przed wyjściem z domu. Za wiele rzeczy nie miałem więc jako pierwszy stanąłem w drzwiach wyjściowych w oczekiwaniu na resztę rodziny. Na 5 Bieg Swoszowicki wyruszyliśmy bardziej jak na piknik rodzinny niż na zawody biegowe. Bardziej martwiłem się tym, czy w okolicach startu biegu będą jakieś atrakcje dla syna niż swoim uczestnictwem.

Dojechaliśmy do Swoszowic na godzinę przed rozpoczęciem biegu na 10 km czyli o 15:00. W okolicach startu było już bardzo dużo ludzi głównie dlatego, że bieg na 10 km kończył całodzienne zmagania biegowe tego dnia. Żeby umilić czas wolny mojemu synowi zabrałem jego rowerek, na którym żwawo przemierzał alejki parku w Swoszowicach. Wyprawa rowerowa nie trwała długo bo zakończyła się w miejscu, gdzie stały dmuchane zjeżdżalnie. Generalnie mój syn „utknął” tam na cały nasz pobyt.

Ja zacząłem swoje przygotowania, na które szczerze powiedziawszy nie miałem pomysłu. Rozgrzewka była bardzo chaotyczna i już wtedy okazało się, że nie jestem w ogóle przygotowany. Wszystko przychodziło mi ciężko. Mimo tego marazmu jakoś pozbierałem się i dogrzałem przed biegiem.

Na linii startu ustawiłem się na 10 minut przed startem zawodów i szukałem trochę koncentracji w tłumie. Im bliżej startu tym poziom adrenaliny wzrastał ale bez szaleństwa.

3,2,1…. START

Sakramentalne słowa uruchamiające machinę startową zabrzmiały w głośnikach i kolumna biegaczy ruszyła na trasę zawodów.

Pierwszy odcinek znajdujący się jeszcze na terenie parku w Uzdrowisku był bardzo wąski, co sprawdziłem podczas rozgrzewki dlatego też na starcie ustawiłem się na szpicy stawki. To się opłaciło, bo nie musiałem się przeciskać i rozpychać w tej fazie biegu. Po wbiegnięciu na asfalt było już szeroko i na początku lekko z górki i lekko pod górkę. Od 3 kilometra zaczął się prawdziwy roller-coaster!

Właśnie na 3 kilometrze zaczęły się prawdziwe zawody czyli zaczął się ponad dwukilometrowy podbieg. Nogi miałem dość świeże i tempo podbiegu było całkiem niezłe pomimo bardzo ciężkiej wspinaczki. Na szczyt wzniesienie wdrapałem się bez większych sensacji. Najgorsze jak się później okazało było przede mną.

Mniej więcej na 4.8 km zaczął się ponad 500 metrowy zbieg po bardzo dużej stromiźnie. Niby nic wielkiego, ale nawierzchnia, po której przyszło mi zbiegać była bardzo śliska, usłana kamyczkami, kamieniami, pokryta piaskiem, poryta przez wyżłobione przez wodę rynienki i dość kręta. Oh jak ja cierpiałem na tym odcinku! Moje buty absolutnie nie nadają się na takie trasy i tylko modliłem się, żeby nie utracić przyczepności i nie wylądować w najgorszym przypadku w krzakach. Musiałem hamować całym ciałem co najbardziej odbiło się na moim brzuchu, a dokładniej na bólu górnej partii mięśni brzucha ewidentnie zbyt słabo wytrenowanej. W głowie miałem tylko jedną myśl – przetrwać ten odcinek w jednym kawałku.

Udało się bez upadku i większych strat choć byłem bardziej chyba zmęczony szalonym zbieganiem niż wcześniejszą wspinaczką. Wybiegając na asfalt moje nogi doznały wspaniałego uczucia ulgi i odprężenia, a ciało po krótkiej chwili nawodnione zostało sporą dawką napoju ze strefy nawadniania na 5 kilometrze.

Odcinek trasy od 5 do 7,5 kilometra to dość łagodny bieg w dół. Tutaj też troszkę podreperowałem swój czas. Pamiętałem z przygotowań do biegu, że w okolicach 8 km zaczyna się podbieg, ale nie byłem w stanie przewidzieć jak go pokonam. Było bardzo ciężko. Zmęczenie dawało znać o sobie a wysoka temperatura i mocno operujące słońce tylko pogarszało i tak już nieciekawą sytuację. O regulacji oddechu nie było już mowy i dosłownie „zipiałem” jak lokomotywa łapiąc nieregularnie oddech i dostarczając tlen do płuc szarpanymi chełstami. GPS też mi nie pomagał. Sygnał się poplątał już w okolicy 4 kilometra i co jakiś czas słyszałem tylko jakieś głupoty o pokonanym dystansie całkowicie odbiegające od rzeczywistości oznaczonej flagami z kilometrażem na trasie.

5. Bieg Swoszowicki 300 metrów do mety

Na 9 kilometrze przeszedłem do marszu na krótką chwilę. Zresztą nie pierwszy raz podczas biegu. Złapała mnie kolka, oddech się całkowicie rozregulował, a tu jeszcze kilometr do mety. Po chwili już „przeprosiłem się” ze swoim organizmem i ruszyłem do przodu na tzw. „co będzie„. Nogi sobie, reszta ciała sobie. Nogi w sumie prawie w ogóle mnie nie bolały, ani nie utrudniały udziału w biegu. Cała słabość jaka się pojawiła podczas biegu dotyczyła pozostałych części ciała oraz psychiki.

5 bieg swoszowicki 9 km

Wspiąłem się w końcu na ostatnie wzniesienie przed metą i spojrzałem za siebie. Na szczęście nikogo nie widziałem, kto mógłby mnie dogonić. Przede mną również dość duża wolna przestrzeń i oddalające się coraz bardziej sylwetki biegaczy mknących do mety w szybszym od mojego tempie. Ostatni zakręt z asfaltowej drogi prowadził już na prostą w kierunku mety. To był odcinek około 400 metrów ale jakże wyczerpujący! Biegłem słaniając się już na nogach, powietrze do płuc wpompowywałem szarpanymi wdechami, w oczach pojawiły mi się mroczki. Trwałem… i dotrwałem!

Do mety zostało 100 metrów i nic już nie mogło się złego wydarzyć. Rozluźniłem się trochę wiedząc, że za mną nie ma nikogo. Przede mną już rysowała się meta. Na 30 metrów przed metą czekał na mnie mój synek, którego porwałem z rąk mamy i we dwóch przekroczyliśmy linię mety. Aż chciałoby się powiedzieć: „jak za dawnych, dobrych czasów” mając na myśli wspomnienie z finiszu 16 PZU Cracovia Maraton.

5. Bieg Swoszowicki meta5. Bieg Swoszowicki meta5. Bieg Swoszowicki meta

Mój syn i ja zostaliśmy uhonorowani medalami za udział w biegu po czym zniknął mi z pola widzenia ponieważ udał się czym prędzej kontynuować swoją zabawę na dmuchanych zjeżdżalniach.

Bieg ukończyłem na 55 miejscu uzyskując czas netto 00:46:48. W tych warunkach, na takiej trasie i z tak wręcz obojętnym, żeby nie powiedzieć dosadniej – negatywnym podejściem, uważam to za bardzo dobry rezultat i jestem z niego zadowolony. Dodatkowo w swojej kategorii wiekowej zająłem 18 miejsce, co też uważam za bardzo fajne osiągnięcie. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności z pełnym respektem podchodzę do rezultatu moich dzisiejszych zmagań w 5 Biegu Swoszowickim.

5. Bieg Swoszowicki wyniki

Podczas biegu zrobiłem sobie taki mały rachunek sumienia na temat ogólnego podejścia do biegania, treningów, przygotowań i planów startowych. Szczególnie intensywnie myślałem, jak mi odcinało oddech 🙂 Wiedziałem, że do samego biegu nie mogłem się lepiej przygotować na 100% ze względu na dominujący cel czyli udział w maratonie. Niecały miesiąc minus czas na regenerację po maratonie, która trwała ponad 2 tygodnie to zdecydowanie za mało, aby w ogóle myśleć o jakimś rekordowym wyniku. Trochę byłem zły na siebie za brak dyscypliny nazwijmy to „życiowej„, której to skutki odcierpiałem na trasie. W sumie nie samym chlebem człowiek żyje, ale na wszystko jest umiar, a mi tego umiaru troszkę zabrakło. Z perspektywy biegu na pewno już wiem, co poprawić w codzienności około sportowej aby efektywniej korzystać z uroków uczestnictwa w zawodach biegowych i osiągać lepsze wyniki.

Może zajrzysz też tutaj