4F Półmaraton Wielicki 2016-09-25

Półmaraton Wielicki to bieg organizowany dla pasjonatów biegania oraz osób, którzy próbują swoich sił w półmaratonie po raz pierwszy.” – tak brzmi opis tej imprezy na oficjalnej stronie zawodów. Skoro ja jeszcze nie brałem udziału w żadnym biegu masowym to wydawałoby się, że po miesiącach treningów i przygotowań jest to doskonała okazja na „zmaterializowanie” dotychczasowego wysiłku.

Dzień przed startem starałem się nie myśleć o uczestnictwie w tej imprezie. Przyjechali moi rodzice w odwiedziny i z nimi oraz z moim szkrabem spędziłem większość czasu. Jak tu jednak nie myśleć o – co by nie mówić – wielkim wydarzeniu w moim życiu!? Nie da się, o czym dobitnie informował mnie mój żołądek… Organizm powoli przygotowywał się do dużej porcji wysiłku zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. Czy spałem spokojnie? Dziś nie pamiętam ale raczej tak, bo akurat z zasypianiem nie mam problemu nawet w obliczu nadchodzących „wielkich” wydarzeń. Na pewno wcześnie wstałem – 5:30 może wcześniej. Wziąłem do ręki rozpiskę z informacjami: „odżywianie przed maratonem” i powoli zacząłem przygotowywać śniadanie co jakiś czas zerkając na zegarek śledząc upływające na nim minuty. Trochę przed 9:00 rano wyszedłem z domu po odbiór pakietu startowego. Oczywiście byłem jednym z pierwszych odbierających reklamówkę z gadżetami. I wtedy dotarło do mnie: „TO JUŻ” – to się niedługo wydarzy! Ciarki przeszły mi po plecach.

– „Przecież nie jestem gotowy” – przeszło mi przez myśl a krople zimnego potu przemknęły po skroniach..

Zajrzałem do torby – koszulka, numer startowy, agrafki, energetyk Powerade i materiały reklamowe. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem czego się spodziewać w pakiecie startowym. Mniejsza o to. Powędrowałem zestresowany coraz bardziej do domu. Do biegu około 2 godziny. Porozkładałem „gadżety” na łóżku, chyba ze sto razy sprawdziłem, czy wszystkie ubrania są gotowe, czy buty zawiązane odpowiednio, czy komórka naładowana… pedanteria zestresowanego nowicjusza.

Na 45 minut przed startem wychodzę z domu w asyście rodziców, żony i mojego synka. Myślami jestem już od dawna na trasie. Rozgrzewka z Ilya Markov i… marsz do strefy startowej!

Poziom stresu, koncentracji i adrenaliny osiągnął właśnie najwyższy możliwy poziom. Jak dziś pamiętam dreszcze jakie przeszywały moje ciało i chłodne dłonie. Odliczanie:

10, 9…. 3,2,1

START

I zaczęło się!!! Tłum biegaczy ruszył a ja razem z nim – po raz pierwszy w życiu!!! Uczucie ekscytacji mieszało się z uczuciem strachu: czy dam radę?; niepewności, czy nie wydarzy się coś nieprzewidywanego ehh…

Pierwszy kilometr 4:17, drugi kilometr 4:30, 3 km długi podbieg w 4:42. Nóżki biegną ale w głowie już pierwsza myśl – przeszarżowałeś i zapewne zapłacisz za to wysoką cenę.

Troszkę zwolniłem wyrównując do biegacza obok i ustabilizowałem tempo. na 5 kilometrze mam 22:10 co jest moim rekordem życiowym i jak na razie wszystko jest ok. Dobiegam do 10 kilometra – 00:45:20 i podnoszę wzrok, bo coś mi „buty przestały biec„. Patrzę, a przede mną „ściana” pd górę, jakieś 350 – 400 metrów. Myślę: „Ok, jeden podbieg, a za zakrętem już płasko” i tu się bardzo pomyliłem…. Od 10 kilometra reszta trasy to prawie same podbiegi o zróżnicowanym nachyleniu.

Na 12 – 13 kilometrze myślałem, że to już koniec… że będę musiał zejść z trasy, że nie dam rady. Moje ciało wpadło w konwulsje, nogi miałem jak z betonu. Dotknąłem uda – kamień. „Jak mam biec na „tyczkach”, na „drewnianych nóżkach”? – Pomyślałem. Wtedy z pomocą przyszedł mi… mój kochany syn! – „Poddasz się to nie masz po co wracać do domu!” – Przemówiłem sam do siebie – „czy będziesz miał odwagę powiedzieć Twojemu dziecku, że tata latał po parku przez pół roku, żeby w połowie dystansu, do którego się przygotowywał położył się na szosie i jęczał, że go bolą nogi? że się poddał?!” – dopowiedziałem sobie, zacisnąłem pięści i zęby tak mocno, że aż łza popłynęła mi po policzku, ale nie z bólu tylko z wewnętrznej motywacji i złości, że w ogóle pomyślałem o poddaniu się w najważniejszym momencie.

Zatrzymałem się na poboczu trasy w ustronnym miejscu „uporządkować fizjologię” i ruszyłem na kolejny podbieg – ten w okolicach Ochmanowa wydawał się nie mieć końca… Biegłem, a nie widziałem kolejnego punktu pomiaru czasu, zresztą już niewiele widziałem i czułem ale nie poddawałem się. W końcu 15 km – trochę wody do brzuszka, a reszta na rozgotowaną głowę i do przodu. Kiedy tylko dobiegłem do przepustu pod DK94 wiedziałem, że „ta droga ma swój koniec i jest on dla mnie na wyciągnięcie ręki

Kilkaset metrów dalej już mijałem Kampus Wielicki.

Teraz tylko lekki podbieg ul. Wincentego Pola, potem fragment w dół ul. Asnyka, skręt w Sienkiewicza i 500 metrów relaksu w dół, a meta na wyciągnięcie ręki!

Na szczęście na około 2 kilometry przed metą znajdował się punkt z napojami (niewidoczny na powyższym zdjęciu), ale ten punkt i te kilka łyków napoju prawdopodobnie „uratowały mi życie„, bo za chwilę wiedziałem, że będzie „ściana” do Kopalni Soli w Wieliczce a potem jeszcze 400 – 450 m podbiegu.

1 km do mety to chyba najdłuższy kilometr na trasie. Kiedy już zbiegałem w stronę parku, jedyna myśl, która mi kołatała w głowie to się nie przewrócić, dobiec w jednym kawałku i minąć linię mety. Jeszcze kilka bolesnych kroków po kostce brukowej Alei Solidarności wzdłuż parku miejskiego i…

META !!!

 

Jak minąłem linię mety poczułem… szczęście, które przeplatało się ze wszystkimi innymi uczuciami towarzyszącymi ekstremalnemu wysiłkowi sportowemu zwykłego człowieka. Zaraz za linią mety zostałem obdarowany medalem, który dumnie zawisł mi na szyi. Chwilę po tym błędnym wzrokiem poszukiwałem mojego syna oraz… personelu medycznego 🙂 Szybciej (na szczęście) znalazłem medyków, którzy zaprowadzili mnie do namiotu i tam „przywracali do stanu używalności„. Po niespełna 10 minutach ŻYŁEM !!! Znalazł się mój syn i reszta rodziny co mnie bardzo ucieszyło. Poczłapałem jeszcze na halę Solnego Miasta po posiłek regeneracyjny – przepyszny nota bene – i w asyście taty powędrowałem do domu. Na szczęście mieszkam niedaleko Solnego Miasta w Wieliczce.  W drodze do mieszkania spotkałem sąsiada, który kibicował swojej żonie biorącej udział w biegu. Zapytał mnie on „na gorąco” dlaczego nie przyspieszyłem na ostatnich metrach? Odpowiedziałem, że „już nie miałem z czego przyspieszyć„, i że „to w ogóle ogromny wyczyn, że ukończyłem bieg„.

W domu pokręciłem się kilkanaście minut, wziąłem kąpiel i padłem na łóżko na godzinę nieprzytomny.

Gdy już ochłonąłem przejrzałem swoje osiągnięcie:

Temu niewątpliwie bardzo ważnemu dla mnie wydarzeniu życiowemu towarzyszyły ogromne emocje, które towarzyszą mi po dziś dzień. BYŁO WARTO !!! – gdyby ktoś pytał – zmierzyć się ze swoimi słabościami i je przezwyciężyć. Może to brzmi małostkowo, ale dla mnie, w obliczu moich ogólnie pojętych możliwości, to niebagatelny wyczyn.

Pozdrawiam!

Może zajrzysz też tutaj