36. PKO Wrocław Maraton 09.09.2018

36. PKO Wrocław Maraton

„Wrocław Maraton (wcześniejszy rozgrywany pod nazwą Maraton Ślężan) to piękny fragment historii biegania w Polsce. Początki wrocławskich biegów maratońskich sięgają 1983 roku.” Tak w skrócie o historii maratonu wrocławskiego, w którym będę brał udział.

Rok 2018 jest w zasadzie drugim rokiem mojej poważniejszej przygody z bieganiem. Już na wstępie zaznaczę, że poziom zawodniczy mi nie grozi, a to głównie dlatego, że po prostu nie mam do biegów długodystansowych predyspozycji. Zresztą, kto poważny, rozpoczynający przygodę z bieganiem w wieku 40 lat myśli o pucharach, rekordach (oczywiście oprócz rekordów życiowych), czy błyszczeniu na podium w świetle fleszy fotoreporterów?! Ja twardo stąpam po ziemi i mam zupełnie realniejsze cele do zrealizowania.

Cele – te ukształtowały się w mojej głowie na początku roku. Głównym celem na roik 2018 było ukończenie cyklu biegów pod nazwą Tour de Małopolska. Drugim, a zarazem bardziej ambitnym celem było „wypłynięcie na szerokie wody” międzynarodowej rywalizacji w biegach maratońskich. Padło na Budapeszt, a brane pod uwagę były maratony na Słowacji, w Czechach i w Berlinie. Dlaczego Budapeszt? Przede wszystkim ze względu na mojego przyjaciela, Martona, który jest Węgrem i mieszka w Budapeszcie wraz z żoną. To w przypadku wyjazdu w pojedynkę obniżyłoby mi koszty zakwaterowania i pobytu. Marton również biega, ale nie jestem w stanie wyciągnąć od niego w jakich przedziałach czasowych się porusza.

Zakwaterowanie w Budapeszcie to jedno, pozostałe kwestie, które zaważyły to dość niskie wpisowe wynoszące 60 Euro, odległość od Wieliczki, termin (7 października) i brak konieczności wyrobienia jakiegoś minimum startowego.

Maraton w Budapeszcie to oczywiście miała być główna impreza w tym roku, ale oprócz niej pojawiła się okazja to ukończenia po raz drugi z rzędu Królewskiej Triady Biegowej w Krakowie. Ta okazja pojawiła się po tym, jak ukończyłem drugi w swoim życiu 17.PZU Cracovia Maraton. O kulisach uczestnictwa w tym maratonie pisałem niedawno w –> TYM <– artykule. O cyklu biegów Tour de Małopolska już nadmieniłem powyżej. Do tego chciałem się sprawdzić w Półmaratonie Marzanny oraz w jakiś oficjalnych zawodach na 5 kilometrów.

Maj 2018 przyniósł ze sobą kilka ważnych zmian i decyzji w moim życiu zawodowym, które oczywiście w konsekwencji zaważyły na dalszych losach mojego kalendarza startowego. Długo liczyłem, kalkulowałem, rozmyślałem, aż w końcu pod koniec lipca podjąłem decyzję: nie jadę do Budapesztu na maraton… To była bardzo trudna decyzja. Bardzo chciałem posmakować atmosfery wielkiego biegania masowego, maratonu przez duże „M”, w obcym kraju. Gdzieś w zakątkach wyobraźni już biegłem w tym maratonie manifestując swoje pochodzenie poprzez wymachiwanie flagą narodową na ostatniej prostej wiodącej ku mecie… Nagle ta bańka wyobrażeń pękła stłamszona przez twarde reguły ekonomii pod tytułem: nie stać Cię? Nie jedziesz!

To fakt, nie było mnie stać i to niezależnie od tego, czy decyzje dotyczące życia zawodowego by zapadły czy też nie. Kiedy poinformowałem żonę o chęci uczestnictwa w tym biegu od razu ucieszyła się, że jedziemy wspólnie całą rodziną. No nie do końca tak sobie to układałem, ale przecież nie mogłem na taki fajny wyjazd nie zabrać moich najbliższych. Z chwilą, gdy zakomunikowałem małżonce, że jednak z wyjazdu nici, jakoś się nie przejęła i tylko zapytała: „to gdzie teraz jedziemy?”.

Myśl o zaniechaniu uczestnictwa w maratonie w Budapeszcie dojrzewała w mojej głowie dość długo, ale już na samym początku pojawienia się niepewności co do startu, zacząłem szukać jakiejś ciekawej alternatywy. Zanim jeszcze definitywnie ogłosiłem wszem i wobec swoje postanowienie już miałem gotowy plan B do wdrożenia, a mianowicie wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł: ukończenia wszystkich maratonów do Korony Maratonów Polskich. Co warto podkreślić, mój całkiem przypadkowy udział w 17.PZU Cracovia Maraton otworzył mi szeroko drzwi do realizacji zupełnie nowych celów bez utraty wyimaginowanej przeze mnie hierarchii wartości. 

Długo jeszcze „odchorowywałem” swoją decyzję, ale mój przyjaciel z Węgier nie był pewien swojego startu i miał trochę przygnębiających sytuacji w najbliższej rodzinie. Marton niejako z ulgą przyjął do wiadomości fakt rezygnacji przeze mnie z udziału w zawodach. Głowa jest ważniejsza niż nogi, a jak głowa jest zaprzątnięta wszystkim innym tylko nie bieganiem to ciężko mówić o sensowności udziału w takiej imprezie.

Przygotowania do maratonu

W odróżnieniu od 17. PZU Cracovia Maraton 2018 do maratonu we Wrocławiu rozpocząłem przygotowania dużo wcześniej. Fakt, że nie wystartuję w październikowym maratonie w Budapeszcie jedynie troszkę zintensyfikował moje treningi do wrześniowej imprezy we Wrocławiu.

Bieg Summer Run na 10 kilometrów w Gródku nad Dunajcem był ostatnim moim udziałem w zawodach przed maratonem. Całe wakacje to nic innego jak tylko treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Do przełomu lipca i sierpnia wszystko układało się po mojej myśli. Wyniki na treningach były bardzo obiecujące. Wzmocniłem wytrzymałość biegową i na prawdę czułem się komfortowo w biegu ciągłym na dłuższych dystansach w okolicach półmaratonu.

Niestety, często tak jest, że ten co chce to nie może a ten co może, nie chce. I tak było w moim przypadku. Bardzo chciałem biegać lepiej, szybciej, efektywniej ale na drodze do pełnego sukcesu stanęła mi… kontuzja. Kolano nie wytrzymało… Pamiętam jak dziś kiedy biegłem rundkę 23 kilometrów dookoła Zamościa i w połowie dystansu poczułem niemiłosierny ból w kolanie, który z każdym krokiem narastał i  promieniował. Udało mi się dobiec do domu, ale przez następne dwa dni ledwo chodziłem. Kolejne treningi musiałem robić „na pół gwizdka” pomimo, iż czułem moc w nogach. Kolano jednak po 7-8 kilometrach wysiadało… ból był nie do opisania, a ja zacząłem się poważnie obawiać, czy to przypadkiem nie zarzewie poważnej kontuzji.

Po powrocie z Zamościa do Wieliczki przerzuciłem treningi na bieżnię i to był strzał w dziesiątkę! Bieżnia doskonale amortyzuje uderzenia nóg o podłoże i mogłem w końcu przebiec 10 – 12 km bez grymasu bólu wymalowanego jak uśmiech klowna na twarzy. Nie zmieniało to oczywiście faktu, że ból ot tak sobie nie minął, owszem kolano bolało, ale ból mnie już aż tak bardzo nie ograniczał i mogłem spokojnie trenować na 90% założonych obciążeń treningowych.

Informacje przedstartowe

Organizatorzy imprezy we Wrocławiu raczej nie rozpieszczali przyszłych uczestników nadmiarem informacji. Ciężko było się doszukać konkretów nawet na miesiąc przed datą startu. Z drugiej strony jednak podawane co jakiś czas informacje były konkretne i wyczerpujące.

TRASA

Maraton we Wrocławiu był moim pierwszym startem w tym mieście i de facto pierwszym startem w dużej imprezie poza Krakowem. Wszystko było dla mnie jedną wielką niewiadomą. Na około 2 tygodnie przed datą maratonu, organizator zamieścił na stronie zawodów informacje o przebiegu trasy i jej profilu.

36. PKO Wrocław Maraton

Zapowiadało się całkiem ciekawie, ponieważ trasa maratonu prowadziła przez centrum miasta. Cieszyłem się bardzo, ponieważ przy okazji biegu będę mógł pozwiedzać miasto! Co zobaczę po drodze i tak było dla mnie zagadką i nie kwapiłem się do jej rozwiązania zawczasu. Bardziej interesował mnie jednak profil trasy, ponieważ wg. niego można było zaplanować jakąkolwiek taktykę na zawody.

36. PKO Wrocław Maraton

Trasa maratonu niby płaska, ale widać jak na dłoni, że końcówka będzie dość ciężka. Normalnie na krótszym dystansie podbiegi o tak małym nachyleniu nie robią na mnie większego wrażenia, o tyle w sytuacji, gdy w nogach jest już 30 km i do końca nie wiadomo jak mocno będzie grzało słoneczko, każdy podbieg wysysa sporo energii z człowieka. Kiedy wszyscy już poszli spać… ja zacząłem analizę trasy:

Wrocław Maraton

Pakiet startowy

Zawartość reklamówki z pakietu startowego była bardzo ciekawa. Przede wszystkim nie było tam całej masy ulotek reklamowych sponsorów. Za to było dużo ciekawych produktów:

36. PKO Wrocław Maraton

Koszulka – pierwotnie zamówiłem rozmiar „M” ale zmieniłem na „L” w ostatniej chwili ponieważ chciałem uniknąć sytuacji jaka miała miejsce z koszulką z maratonu w Krakowie, kiedy po jednym praniu skurczyła się o jeden rozmiar i dzisiaj jest niestety piękna ale bezużyteczna…

Ubiór startowy

W przypadku sprzętu sportowego na maraton wyboru jak zwykle nie miałem dużego. W przypadku butów wybór Adidas Supernova Boost podyktowany był niezaleczoną kontuzją kolana. Boosty nie są raczej obuwiem startowym ponieważ mają sporo amortyzacji. W moim jednak przypadku ta amortyzacja zmniejszająca obciążenie kolan była nad wyraz wskazana. Ponadto w New Balance Vazee Rush nie startowałem na tak długim dystansie i nie chciałem niepotrzebnie ryzykować. Pozostały sprzęt był przeze mnie wcześniej wielokrotnie testowany w różnych warunkach.

Wrocław Maraton

W zestawie startowym po raz pierwszy znalazły się nowe żele energetyczne Dashrade. Kilkanaście dni przed startem zamówiłem próbną partię tych żelów i przetestowałem. Byłem zadowolony z ich właściwości i postanowiłem, że tym razem zastąpią inne wynalazki.

Dzień przed biegiem.

Dnia 8 września zaplanowałem wyruszyć z Wieliczki z całą rodziną do Wrocławia o godzinie 10:00 rano. Zaplanowałem… ale oczywiście z moich planów niewiele wyszło i dopiero po niespełna 2 godzinach, czyli przed godziną 12:00 wyruszyliśmy w trasę.

Do Wrocławia dotarliśmy w niecałe 3 godziny i od razu pojechaliśmy na Stadion Olimpijski – arenę niedzielnych zmagań – w celu odebrania pakietu startowego. Od samego wjazdu na obiekty sportowe wrocławskiej AWF czuć było atmosferę zawodów. Biuro zawodów mieściło się na sali sportowej. Oprócz stanowisk organizatora, gdzie wydawane były numery startowe, pakiety i koszulki znajdowały się jeszcze stoiska z różnymi sportowymi – i nie tylko – akcesoriami.

Wrocław Maraton

Zwiedzanie hali będącej jednocześnie biurem zawodów odbywałem w asyście całej rodziny. Córeczka nie odstępowała mnie ani na krok 🙂 Zresztą nie za bardzo mogła bo jeszcze nie chodzi samodzielnie 🙂 Za to mój 4,5 letni synek energicznie przemierzał halę w poszukiwaniu atrakcji dla dzieci.

Od strony organizacyjnej wydawanie pakietów było super sprawne. Przede wszystkim, organizator na kilka dni przed datą zawodów wysłał maila z prośbą o wydrukowanie dokumentów niezbędnych do odbioru pakietu startowego oraz o ich podpisanie. Dzięki temu odbiór pakietu trwał – przynajmniej w moim przypadku – niecałe 2 minuty.

Gdy już reklamówka z numerem startowym, koszulką i innymi gadżetami wchodzącymi w skład pakietu startowego wylądowała w moich rękach, ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Po drodze jeszcze nie mogłem odmówić sobie zrobienia pamiątkowej fotografii z Jerzym Skarzyńskim – polski lekkoatletą, długodystansowcem i maratończykiem, autorem wielu inspirujących książek o bieganiu.

Jerzy Skarżyński Maraton Wrocław

Po wizycie w biurze zawodów poszliśmy w kierunku Stadionu Olimpijskiego. Po drodze mijaliśmy mnóstwo informacji o maratonie wyeksponowanych na każdym niemal kroku:

36. PKO Wrocław Maraton36. PKO Wrocław Maraton

Do stadionu wiodła około 300 metrowa aleja. Z każdym krokiem czułem napływ coraz większych emocji. Do mojej głowy zaczęło dochodzić, że już jutro będę wylewał hektolitry potu, zdzierał podeszwy na asfalcie i sapał przez 42 km ulicami malowniczego Wrocławia. Gdy tylko wszedłem do wejścia na stadion zdałem sobie sprawę, że już jutro, za niespełna 20 godzin będę tędy przebiegał patrząc jak z każdym metrem ja przybliżam się do mety a meta do mnie 🙂 Już teraz oczami wyobraźni widziałem kibiców na trybunach wspierających oklaskami „herosów” wbiegających na ostatnie metry morderczego wyścigu, słaniających się na nogach i walczących do końca z grymasem bólu i cierpienia na twarzy, jak również tych, na których twarzach wymalowany jest uśmiech, którzy emanują pogodą ducha i spokojem… dosłownie wszystkich! I ja też siebie już widziałem wbiegającego na ten stadion… jeszcze trochę niewyraźnie, ale już widziałem…

PKO Wrocław MaratonWrocław Maraton

Na płytę stadionu wejście nie było możliwe. Zresztą wcale się tam nie wybierałem tylko poszedłem szukać żony i syna, którzy zniknęli gdzieś w okolicach stadionu pomiędzy jednym a drugim „dmuchańcem„. Cieszyłem się bardzo, że nawet gdyby tak się złożyło, że moja żona przyjedzie wcześniej ( 🙂 🙂 🙂 )to dzieci będą miały miejsce do zabaw w oczekiwaniu na moje przybycie.

Zwiedzając okolice stadionu zauważyłem również scenę a na niej podium i postanowiłem skorzystać z okazji i już zawczasu „zostać zwycięzcą” 🙂

36. PKO Wrocław Maraton

Po tym krótkim epizodzie glorii i chwały „na próbę” udaliśmy się z powrotem do auta, po czym ruszyliśmy do miejsca naszego zakwaterowania na czas maratonu. Na popołudnie zaplanowany był jeszcze wypad do Aquaparku we Wrocławiu ale stwierdziliśmy wspólnie, że jest za późno. Z uwagi na fakt, że nasza kwatera była umiejscowiona w samym centrum Wrocławia, udaliśmy się pieszo pozwiedzać to ciepłe i przyjazne miasto.

Wieczór upłynął mi w trochę nerwowej atmosferze. Jakoś nie przywykłem do dzielenia się moimi sportowymi emocjami nawet z najbliższymi, a tu nie dość, że trafił nam się wyjazd rodzinny, to jeszcze nie potrafiłem znaleźć dla siebie czasu i miejsca na relaks i przygotowanie mentalne. Suma summarum dzieciaki poszły spać z mamą, a ja wylądowałem na twardej jak skała kanapie. Zanim jednak pogrążyłem się w błogim śnie, po raz kolejny wałkowałem taktykę na bieg kreśląc na kartkach informacje o miejscach na spożywanie żelów, picie wody czy posiłki. Po części wiedziałem, że warunki na trasie szybko zweryfikują moje założenia taktyczne, ale bez planu nie miałem zamiaru wychodzić z mieszkania.

Oczy kleiły mi się coraz mocniej…. i około godziny 23:00 poszedłem spać. Wiedziałem, że trochę za późno, ale w zaistniałych okolicznościach nie było nawet możliwości dłuższego wypoczynku. Następnego dnia rano start w maratonie….

Dzień startu

5:30 zaczął dzwonić budzik… nie, nie zaczął 🙂 bo obudziłem się 5 minut przed alarmem na pobudkę. Ponieważ była to moja pierwsza wizyta we Wrocławiu i nie orientowałem się w jakim czasie podróżuje się po mieście wolałem wstać odpowiednio wcześniej i dotrzeć na zawody nawet z dużym zapasem niż przyjechać w ostatniej chwili.

Zanim jednak wyruszyłem z mieszkania zjadłem śniadanie, popiłem herbatą i poszedłem pod prysznic. Potem poranna kawa i sprawdzenie, czy wszystko co niezbędne na zawody jest spakowane do plecaka. Jeszcze przed wyjściem zerknąłem do pokoju, gdzie spały dzieci. Było około 7:00 rano kiedy wyszedłem z budynku, w którym nocowaliśmy i udałem się na tramwaj. Dosłownie minutę po wejściu na przystanek nadjechał tramwaj zmierzający w kierunku wrocławskiej AWF i stadionu olimpijskiego. Na przystanku zagadnął mnie inny uczestnik maratonu i podróż minęła nam na wspólnej konwersacji. 

Do biura zawodów dotarłem po niespełna 2o minutach podróży tramwajem. „Ale mi się wcześnie przyjechało” – powiedziałem do siebie rozglądając się po dość opustoszałej okolicy. Jednak im bliżej hali sportowej, gdzie mieściło się biuro zawodów, tym więcej się pojawiało ludzi.

Wszedłem do środka hali i usiadłem w kąciku. Sięgnąłem po banana i izotonik. Szukałem koncentracji i odrobiny ciszy, żeby sobie ten bieg poukładać w głowie zanim się rozpocznie. Popatrzyłem na zegarek – 7:50 – najwyższy czas, żeby iść się przebrać w strój startowy i ruszyć na rozgrzewkę. Znalazłem szatnię w korytarzu prowadzącym z hali biura zawodów do hali depozytów i po niecałych 10 minutach przebrany, poszedłem oddać tymczasowo worek do depozytu, po czym potruchtałem na rozgrzewkę.

Ludzi było już całkiem sporo, a w oddali widać było nadciągające tłumy uczestników, ich rodzin i kibiców. Rozgrzewkę prowadziłem w marszobiegu przy okazji rozciągając się trochę. Łącznie wyszło coś około 2 km. Po rozgrzewce poszedłem jeszcze raz do depozytu dokończyć przebieranie się i finalne przygotowanie do startu w maratonie.

Wrocław Maraton

Kiedy wychodziłem z hali depozytów była 8:30. „Ależ ten czas szybko zleciał…” – przeszło mi przez głowę. Szybkim krokiem powędrowałem na stadion, gdzie na około 15 minut przed startem ustawiłem się w swojej strefie startowej, przeznaczonej dla biegaczy, którzy planowali pobiec w czasie między 3’40’00 a 4’00’00. Sekundy uciekały bardzo, bardzo szybko i w sumie zanim się zorientowałem, to do startu wyznaczonego na godzinę 9:00 pozostały 3 minuty.

Stałem w tym tłumie ludzi wpatrzony w niebo, a w mojej głowie latały jak szalone myśli o taktyce, punktach odświeżania, o zmęczeniu, widokach na trasie no i oczywiście myśli o tym, czy żona zdąży z dziećmi zanim pojawię się na mecie? Gdzie będzie stała? Czy przypadkiem nie minę się z rodziną i czy uda mi się wbiec z synem (a może i z obydwojgiem dzieci?) na metę? Te wszystkie myśli przeleciały przez moją głowę w ułamku sekundy a z zamyślenia obudził mnie komunikat, że do startu pozostało…

10… 9…. 8…. 7…. 6…. 5…. 4…. 3…. 2… 1…. !!!!

START

Równo o 9:00 rano wystartował 36.PKO Maraton Wrocław.

Plan na pierwsze kilometry był taki, żeby nie schodzić poniżej 5′ na km. I udało się „” przez pierwsze 3 kilometry… kiedy średnie tempo wynosiło 5:03 / km. W całej euforii związanej ze startem nie potrafiłem zachować dyscypliny taktycznej i na 4 km już zszedłem poniżej 4’59. Oczywiście na początku takie tempo wydawało mi się człapaniem żółwia, ale coś mi podpowiadało, że człapanie żółwia dopiero nastąpi jeżeli nie pohamuję swoich zapędów.

Początek był niestety za szybki. Najgorsze jest to, że zdawałem sobie z tego sprawę, ale serducho podpowiadało mi, żebym utrzymał tempo i zobaczył jak daleko będę tak wytrzymam.

Co do samego biegu, to rozpoczął się na stadionie olimpijskim by następnie kierować się ku centrum Wrocławia. Pogoda była bardzo dobra. Było ciepło, ale nie gorąco, a do tego słońce zasłaniały chmury. Dodatkowo odczuwalne były podmuchy wiatru. Warunki pogodowe tylko nakręcały biegaczy – w tym mnie – do podkręcenia tempa. Po około 4 kilometrach byliśmy już w centrum miasta przebiegając przez kilka mostów i mijając zabudowania miejskie naznaczone historią. Widoki piękne!

PKO Maraton Wrocław

Na siódmym kilometrze przebiegałem obok apartamentu, w którym nocowałem. Kątem oka szukałem tam mojej rodziny, ale niestety, nikogo tam nie było. W pewnym momencie jakieś dziecko krzyknęło: „tato!” i odruchowo odwróciłem się myśląc, że to mój syn. Jak się później okazało niestety było to dziecko kogoś innego, a ja przez swój manewr o mało nie wywróciłem się wpadając na znak rozdzielający pasy ruchu!

PKO Maraton Wrocław

Biegłem dalej utrzymując wysokie tempo. Cały czas wydawało mi się, że trasa biegnie z górki, choć na mapie wysokościowej na tym odcinku powinno być trochę podbiegów! Nogi były oczywiście świeże i takie odnosiłem wrażenie, bo w rzeczywistości trasa była dość pofałdowana na tym etapie maratonu.

Pierwszy raz skorzystałem z wody w punkcie odświeżania na 10 kilometrze. Byłem odpowiednio nawodniony przed biegiem i nie czułem potrzeby dolewania w siebie więcej płynów. Na tym etapie czułem się bardzo dobrze. Przede wszystkim nie doskwierały mi żadne kolki czy zadyszki no i co najważniejsze, nie odzywało się kolano. Wodę i izotoniki miałem zagwarantowane na trasie, ale o żele energetyczne zadbałem sam. Miałem ze sobą 3 żele #dashrade. Ich spożycie zaplanowane było na 17, 27 i 35 km, ale bieg szybko zweryfikował plany i już na 15 kilometrze zasysałem pierwszy żel do ust. Żel #dashrade szybko zaczął działać, dzięki czemu zyskałem trochę wigoru i mogłem swobodniej biec dalej. Kolejny żel wchłonąłem około 23 kilometra, ale i tak odkładałem jego aplikację do granic możliwości. Pewnie gdybym miał ze 3 więcej to bym je skonsumował 🙂 Żele #dashrade bardzo fajnie się wchłaniały, nie zostawiały posmaku w ustach, a do tego nie zamulały. Nawet nie trzeba było specjalnie popijać ich wodą. Ostatni żel #dashrade  zniknął około 30 kilometra… 🙂

PKO Maraton Wrocław

Po około godzinie i dziesięciu minutach biegu byliśmy już na trasie w kierunku stadionu miejskiego czyli w kierunku obrzeży miasta. Na początku próbowałem złapać kogoś, aby pobiec wspólnie równym tempem. I udało się zaczepić pod dwóch biegaczy (niestety nie pamiętam numerów startowych ani imion), z którymi przebiegłem na pewno ponad 5 kilometrów. Dopiero na ostatnim przed stadionem punkcie z wodą moi dotychczasowi kompani „odjechali” mi, a ja nie czułem w nogach na tyle mocy, żeby biec w ich tempie oscylującym w okolicach 4:50 min / km.

PKO Maraton Wrocław

Na około kilometr przed stadionem miejskim dobiegł do mnie Łukasz Malaczewski wraz ze swoim opiekunem na wózku, Jaśkiem. Łukasz to wspaniały człowiek o wielkim sercu. Kilka tygodni przed maratonem we Wrocławiu czytałem z nim wywiad i facet na prawdę zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Na trasie wymieniliśmy się uprzejmościami, a że szczery ze mnie człowiek (co wielu osobom niezbyt pasuje) to powiedziałem wprost, że po przeczytaniu artykułu o ich wspólnych dokonaniach poryczałem się jak dziecko… Widząc jednak, że Łukasz i Jasiek nie są tu na wakacjach, tylko mają bardziej konkretne od moich cele do realizacji, pogratulowałem oby panom i z łezką w oku pożegnałem tych wspaniałych ludzi. Nasza pogawędka trwała może z kilometr i gdy tylko trasa zmieniła swój profil z podbiegu na zbieg, Łukasz i Jasiek zaczęli się sukcesywnie oddalać.

Ja skorzystałem nieco z nachylenia trasy i delikatnie podkręciłem tempo. Nie trwało to jednak zbyt długo. Trasa przestała być tak ciekawa jak dotychczas i biegła obrzeżami miasta wśród ogródków działkowych, zakładów produkcyjnych i pustkowi. Asfalt, drzewa,blokowiska i płoty. Do tego słońce coraz mocniej przebijało się przez chmury. Zapasy sił też były już na wyczerpaniu i utrzymanie tempa w okolicach 5:25 – 5:30 było sporym wysiłkiem. Po przebiegnięciu 30-go kilometra stanąłem przed dylematem, czy spróbować za wszelką cenę utrzymać tempo nieprzekraczające 5:30 min/km czy jednak odpuścić i pobiec na miarę możliwości i nie podejmować walki ponad swoje siły, którymi dane mi było dysponować w dniu dzisiejszym.

W tamtym momencie musiałem sobie jasno wyznaczyć cel oraz odpowiedzieć na ważne pytanie: co jest najważniejsze podczas tego maratonu? Czy wynik, czy satysfakcja? Tak zastanawiałem się nad tym wszystkim około kilometra. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem, że przecież nie przyjechałem tutaj po rekord życiowy, nie realizuję żadnego minimum, nie walczę o nagrody, puchary, medale tylko jestem tutaj, bo bieganie sprawia mi przede wszystkim przyjemność i chyba najlepiej dla mnie będzie, żeby tą przyjemność czerpać już do samego końca maratonu, a jednocześnie nie wystawiać organizmu na ekstremalne i niepotrzebne obciążenia. Tym uśmiechem zaraził mnie Wojciech Kopeć, który w swoim poście na Instagramie napisał coś takiego:

If you want to win you have to be happy and relaxwith your running shapesome races are just for place on the finish linesome races are for personal best time☺️some races are for funbecause they arelittle progress is always good✅Be Happy That You Do What You Love

Wziąłem sobie te słowa głęboko do serca, a uśmiech zagościł na mojej twarzy 🙂 Wiedziałem, że z każdym następnym kilometrem będzie tylko ciężej i wolniej, ale przynajmniej będę miał satysfakcję, że mogę wziąć udział w maratonie i już niedługo go ukończę.

PKO Maraton WrocławPKO Maraton Wrocław

Na 33 kilometrze przyszedł największy kryzys. Nie była to typowa „ściana„, opadłem z sił i nie miałem za bardzo pomysłu na regenerację. Tempo biegu zbliżało się do granicy 6′ / km. Co ciekawe, nie dokuczały mi żadne dolegliwości typu kolka, bóle brzucha, itp. Oddech miałem bardzo regularny, stabilny i głęboki. Kolano bolało, ale przecież wiedziałem, że będzie boleć i kwestią czasu było, kiedy ten ból zacznie paraliżować moje bieganie. Na szczęście potrafiłem poradzić sobie z bólem kolana i ani przez moment – aż do mety – nie pozwoliłem tej dolegliwości zniweczyć mojego wysiłku!

Na 35 kilometrze już spokojnie spacerowałem przez strefę nawadniania. Wiedziałem, że ze ścigania nic dzisiaj nie wyjdzie, a tak spokojnie nawodnię się i pożywię. Ruszając na kolejny kilometr z jednej strony nerwowo mamrotałem pod nosem, że jeszcze 7 kilometrów przede mną, a z drugiej, gdy tylko uśmiech ponownie zagościł na mojej twarzy, pomyślałem, że już za mną 35 km! Teraz nie ważne jak będę biegł, to przede mną tylko 7 km! Co to jest?!

Od 35 km zmienił się profil trasy i pojawiło się trochę krótkich, kilkusetmetrowych podbiegów. Jak się nietrudno domyślać, przy takim zmęczeniu, każdy centymetr pod górkę był nie lada obciążeniem dla organizmu. Sporym pocieszeniem był natomiast fakt, że trasa wróciła do centrum miasta, a tam pojawiło się sporo kibiców. Doping jest bardzo motywujący i na pewno pozytywnie wpłynął na moją dalszą dyspozycję. Uśmiech często gościł na mojej twarzy, mięśnie się rozluźniały i udało mi się czerpać satysfakcję z pokonywania trasy. Na tym etapie biegu zatrzymywałem się  już na wszystkich punktach nawadniania, niejednokrotnie oprócz picia napojów brałem kąpiele czerpiąc z misek umieszczonych na stołach wzdłuż trasy wodę do czapki i nakładając czapkę z wodą na głowę 🙂 Aż do dzisiaj czuję ten dreszcz powodowany strumieniami zimnej wody schładzającej moje ciało.

PKO Maraton Wrocław

38 kilometr był chyba najtrudniejszy. Z jednej strony zobrazowałem sobie go w odniesieniu do odległości i trasy, jaką pokonuję zwyczajowo na początku większości treningów, a z drugiej, mój organizm był już na skraju wyczerpania. W ostatniej strefie nawadniania zagościłem najdłużej. Chciało mi się niemiłosiernie pić, ale jednocześnie w brzuchu chlupały mi resztki picia z poprzedniego wodopoju. W ustach palił mnie ogień, którego nie byłem w stanie ugasić. Na całym ciele zaczęły pojawiać się dreszcze. Na początku czułem delikatne mrowienie, ale z każdym kolejnym metrem biegu to mrowienie przechodziło w mrożące ciało impulsy. Wiedziałem, że jest źle, ale nie mogłem przecież się położyć i czekać tylko trzeba było zasuwać do mety. Przed 39 km przeszedłem do marszu na kilkanaście metrów tuż przed szczytem niewielkiego wzniesienia. Gdy tylko wznowiłem bieg, poczułem skurcze mięśni dwugłowych w obu nogach. „No to pięknie” – pomyślałem i zacząłem się niepokoić. Jednocześnie delikatnie próbowałem sprawdzić stan pozostałych mięśni nóg. W sumie tragedii nie było, łydki i tak już dawno były pokurczone a czworogłowe ud jak z kamienia. Pytanie, które mi się wtedy nasunęło, to czy „dowiozę” swoje ciało do mety, czy nie.

PKO Maraton Wrocław

Dwa ostatnie kilometry przed metą biegłem, po prostu biegłem przed siebie nie kalkulując, nie rozmyślając i nie zastanawiając się nad niczym. Szeroko się uśmiechnąłem, zacisnąłem pięści i przyspieszyłem tempo. Dla kogoś, kto biega lepiej ode mnie trochę śmiesznie może brzmieć, że udało mi się zejść do tempa 5:45 / 5:35 /km na ostaniach 2 km przed metą. Dla mnie to był niemal sprint 🙂 Nogi sztywne, mięśnie skurczone z bólu, ciało zgarbione, przygniecione ciężarem biegu, a mimo wszystko podnoszę głowę i patrzę w kierunku mety zmuszając nogi do maksymalnego na tym etapie maratonu wysiłku. W tamtej chwili przypomniałem sobie jak Eliud Kipchoge finiszował na torze Monza ustanawiając rekord świata w maratonie podkręcając już i tak szaleńcze tempo poniżej 3′ /km do maksimum! Oczywiście ja biegłem dwa razy wolniej niż Eliud 🙂 ale też zebrałem w sobie resztki sił, żeby finiszować 🙂

Na ostatnim kilometrze bardziej niż o swoją dyspozycję zacząłem martwić się o to, czy uda mi się finiszować z synkiem, a może również z córeczką. Zastanawiałem się, gdzie będzie stała moja żona z dziećmi i czy przypadkiem ich nie przeoczę, nie ominę. W moje bieganie wkradała się nerwowość, która narastała z każdym metrem przybliżającym mnie do mety.

Wrocław Maraton

Nagle na kilkanaście metrów przed wejściem na stadion dostrzegłem po lewej stronie całą rodzinę, a przede wszystkim synka czekającego już z wyciągniętymi rączkami na tatę, żeby wspólnie wbiec na metę maratonu. Ostatnie 150 metrów biegłem jak na skrzydłach ku mecie 🙂 Byłem w pełni usatysfakcjonowany faktem, że zrealizowałem swój najważniejszy cel – wbiegłem na metę maratonu z moim kochanym synkiem!

PKO Maraton Wrocław

Tuż po przekroczeniu linii mety wziąłem mojego syna na ręce, uniosłem ku górze i mocno się do niego przytuliłem. Po krótkiej chwili wskoczyłem na trybuny stadionu w poszukiwaniu żony i córeczki, ale musiałem zawrócić na metę, ponieważ ich nie dostrzegłem. Po powrocie do strefy mety udałem się z synkiem po medale. Wolontariuszki niestety nie spełniły mojej prośby i obdarowały tylko mnie medalem. jednak powędrował on szybko na szyję dziecka ku jego wielkiej uciesze 🙂 W tamtej chwili szkoda mi się zrobiło dziecka (i siebie również 🙂 ), że będziemy mieli tylko jeden medal, więc poprosiłem synka, żeby go zdjął i schował do kieszeni. Po chwili podeszła do nas pani reprezentująca zapewne organizatora i zapytała, dlaczego ten wspaniały, młody sportowiec nie otrzymał medalu, po czym zawiesiła mojemu synkowi medal na szyi. W pełni usatysfakcjonowani i uśmiechnięci udaliśmy się do wyjścia z płyty stadionu. W korytarzu prowadzącym na obrzeża stadionu już czekała na nas żona z córeczką. Wyściskałem je serdecznie i wspólnie udaliśmy się do strefy zabaw 🙂 Na odpoczynek nie było czasu 🙂

Po drodze zapragnąłem zrobić sobie zdjęcie na podium po biegu i proszę mi uwierzyć, wejście na scenę i na najwyższy stopień podium było nie lada wyzwaniem! Ale było warto!

Wrocław Maraton

Chwilę później poszedłem napić się gorącej kawy i wspólnie zjedliśmy pyszny obiad serwowany na terenie przy stadionie. Po około godzinie po zakończeniu mojego biegu wolnym krokiem zmierzaliśmy na przystanek tramwajowy. Po kilkunastu minutach byliśmy już w tramwaju, a ponad pół godziny w swoim apartamencie. Mój odpoczynek nie trwał jednak długo, bo na popołudnie zaplanowana była wizyta we wrocławskim aquaparku. Zebraliśmy się całą rodziną by około 17:30 korzystać z kąpieli w basenach.

36 PKO Maraton Wrocław

Dopiero po 21:00 dotarliśmy z dwoma śpiącymi dzieciakami na rękach do apartamentu, gdzie po raz pierwszy od zakończenia biegu mogłem na spokojnie sobie usiąść i powspominać świeże jeszcze wydarzenia z dzisiejszego dnia.

Był to niewątpliwie dzień pełen wysiłku, bólu, cierpienia, ale chyba przede wszystkim dzień niewymuszonych, naturalnych emocji, które dzięki wysiłkowi fizycznemu ujawniają się w najczystszej i najpiękniejszej postaci. Byłem z siebie zadowolony, że udało mi się porozmawiać sam na sam ze sobą o tym, co w moim życiu ważne. Czy uda się to wcielić w życie? Czes pokaże. Sportowo też jestem usatysfakcjonowany. Wynik jest na miarę moich możliwości i bardzo się cieszę, że kolejny maraton biegnę poniżej 4 godzin. Teraz czas na regenerację i planowanie oraz realizację kolejnych startów w zawodach biegowych

36.PKO Wrocław Maraton przeszedł do historii. Był to mój trzeci maraton w życiu i zarazem drugi do Korony Maratonów Polskich. Maraton wrocławski w odróżnieniu od krakowskich, w których do tej pory brałem udział, był zupełnie inny. Inna była atmosfera, wszystko było po prostu inne, bo takie być powinno. Te imprezy łączy tylko i wyłącznie dystans do przebiegnięcia, ale każda jest unikalna, każda jest jedyna w swoim rodzaju.

Na szczególne słowa uznania zasługuje postawa wolontariuszy 36.PKO Wrocław Maraton. Nie tylko byli obecni na trasie, podając biegaczom wodę, izotoniki, banany, cukier, ale przede wszystkim dopingowali uczestników maratonu w każdej wolnej chwili! Swoją pozytywną postawą zagrzewali wycieńczonych wysiłkiem fizycznym ludzi do większej mobilizacji. Byli fantastyczni na całej trasie! „Wisienką na torcie” była postawa wolontariuszy w hali depozytów. Ustawieni w szpaler, witali każdego uczestnika oklaskami i sympatycznie pozdrawiali. Byłem wśród tych szczęśliwców, którym wolontariusze zgotowali tak fantastyczne powitanie i szczerze powiedziawszy zamurowało mnie! Zwolniłem kroku i z niedowierzaniem patrzyłam na te pięknie uśmiechnięte twarze młodych ludzi, którzy w szczery, entuzjastyczny i bezinteresowny sposób nagradzali mnie brawami! Aż mi się trochę oczy zaszkliły łzami 🙂 ze wzruszenia!

BRAWO WOLONTARIUSZE 36.PKO Wrocław Maraton

Moim celem było ukończenie maratonu poniżej 3:45:00. Nie udało się, bo przybiegłem prawie dwie minuty poniżej planowanego czasu. Nie wynik jednak był najistotniejszy. Najważniejsze było to, że przez ponad 3,5 godziny toczyłem walkę ciała nad umysłem i zwycięsko wyszedł i umysł i ciało. Ciało było tylko narzędziem do osiągnięcia założonego celu i ze swojej roli wywiązało się bardzo dobrze. Umysł za to nie tylko kierował ciałem, ale miał na całej trasie ożywić się, zmusić do wysiłku, do obudzenia się z letargu. I to mi się udało! Przez większość trasy „rozmawiałem” sam ze sobą cały czas będąc pod presją innego zadania, jakim był udział w maratonie. Ta „rozmowa” była mi bardzo potrzebna. Od dawna poszukiwałem miejsca i czasu wyłącznie dla siebie i tutaj, podczas 36.PKO Wrocław Maraton odnalazłem i jedno i drugie.

Niemniej ważnym celem było również przebiegnięcie mety z moim synkiem, który jest moim najwierniejszym kibicem. Łzy wzruszenia płyną mimowolnie po policzkach, kiedy po morderczym wysiłku dźwiga się na ręce całą swoją miłość i mocno przytula do siebie. Od razu wracają siły, ból, zmęczenie, wyczerpanie gdzieś na chwilę znikają, a pojawia się uśmiech, satysfakcja, spełnienie! To jest najcenniejsze osiągnięcie jakie sobie można tylko wymarzyć!  

W tym roku to nie koniec moich zmagań z biegami. Nie będą to maratony, ale na pewno jeszcze dużo ciekawych biegów zawita do mojego kalendarza i na mojego bloga oczywiście.

Pozdrawiam!

Może zajrzysz też tutaj