35. PKO Wrocław Maraton

Dnia 31.08.2017 wycofałem się z udziału w biegu ze względów zdrowotnych.

Wrocław Maraton (wcześniejszy rozgrywany pod nazwą Maraton Ślężan) to piękny fragment historii biegania w Polsce. Początki wrocławskich biegów maratońskich sięgają 1983 roku. Wrocław Maraton to również jeden z biegów zaliczanych do Korony Maratonów Polskich i właśnie uczestnictwo w Maratonie Wrocławskim miało mnie przybliżyć do zdobycia tejże Korony.

Entuzjazm jaki mi towarzyszył po ukończeniu 16. PZU Cracovia Maraton przełożył się na planowanie dalszych, ambitnych celów biegowych do realizacji. Na pierwszy plan wysunęła się Królewska Triada Biegowa, w której skład wchodzą następujące biegi:

Dodatkową motywacją było wygranie darmowego pakietu na 4. PZU Cracovia Półmaraton Królewski oraz kubka z grafiką Andrzeja Mleczko za udział w konkursie organizowanym na Facebook’u przez Cracovia Maraton.

Wspomnienie z 16. PZU Cracovia Maraton

Mało tego, kilka dni później „poszedłem za ciosem” i wziąłem udział w kolejnym konkursie na Facebook’u ale tym razem organizowanym przez portal Trening Biegacza pod nazwą: „KOCHAM BIEGAĆ, BO…?

Konkurs KOCHAM BIEGAĆ, BO...?

Motywacji jak widać mi nie brakowało z czego się ogromnie cieszyłem. Emocje, które mi towarzyszyły podczas biegu maratońskiego w Krakowie jak i na długo po jego zakończeniu były nie do opisania. Na fali entuzjazmu postanowiłem postawić przed sobą bardzo ambitny cel, jakim niewątpliwie byłoby ukończenie Korony Maratonów Polskich.

Aby uzyskać tytuł zdobywcy Korony Maratonów Polskich, należy ukończyć pięć maratonów:

– w ciągu 24 miesięcy, licząc od daty pierwszego ukończonego maratonu zgłaszanego we wniosku. Kolejność maratonów jest dowolna.

5 maratonów w 2 lata wydawało się być realnym do zrealizowania celem biorąc pod uwagę fakt, że już jeden maraton miałem ukończony – Cracovia Maraton. Najbliższym maratonem ze względu na datę i odległość od Krakowa był maraton we Wrocławiu, z datą startu wyznaczoną na 10 września 2017 roku.

Popatrzyłem na swój kalendarz biegowy i treningowy, aby upewnić się, że zdążę się solidnie przygotować do biegu. Czasu miałem w sam raz więc zapisałem się na udział w maratonie wrocławskim już w czerwcu. Kolejnym krokiem – tak jak w przypadku Cracovia Maraton – był dobór odpowiedniego planu treningowego. Długo nie szukałem bo zastosowałem plan treningowy, dzięki realizacji którego bardzo dobrze wypadłem na Cracovia Maraton. Zweryfikowałem jeszcze plan treningowy z kalendarzem startowym, wprowadziłem pewne modyfikacje i powoli zasiewałem w sobie ziarenka emocji, które miały mi towarzyszyć na dalszych etapach.

Przygotowania do 35. PKO Wrocław Maraton szły pełną parą. Plan treningowy realizowałem w 110%, a wyniki moich treningów były bardzo zadowalające i obiecujące. Niestety, nie obyło się bez problemów. W drugiej połowie lipca ledwo ukończyłem trening i zszedłem z bieżni w bardzo złym stanie zdrowia. Ogólnie czułem, że dopadła mnie jakaś choroba, może wirus.

W domu zafundowałem sobie zimną i gorącą kąpiel i odpoczynek. Stan mojego zdrowia się jednak wcale nie poprawiał, ale też nie pogarszał. Kolejnego dnia w pracy było bardzo źle. Gorączka sięgała 40 stopni, byłem totalnie osłabiony. Na moje nieszczęście miałem w pracy bardzo ważne rzeczy do zrealizowania właśnie w tym dniu i nie mogłem pozwolić sobie ich przełożyć czy nie zrealizować. W bólu i cierpieniu dotrwałem do końca dnia w pracy, zakończyłem to co maiłem do zrobienia i udałem się do domu. Po kilku godzinach, gdy mój stan zdrowia był bardzo zły pojechałem na izbę przyjęć do przychodni. Lekarz orzekł: angina. Przypisał leki i odesłał do domu. Za kilka dni odwiedziłem kolejnego lekarza. Tym razem diagnoza brzmiała: ostre zapalenie migdałków. Kolejna porcja leków i do domu.

Zaczynał się mój urlop. Nadzieje na zwiększenie dawki treningowej malały każdego dnia ze względu na stan zdrowia. Po ponad tygodniu przerwy w końcu poczułem się na tyle dobrze, że założyłem buty i poszedłem biegać. Niecałe 5 kilometrów biegłem jak za karę. Wszystko mnie bolało a sam bieg to była katorga a nie przyjemność. Na drugi dzień było już lepiej, a kolejne dni to już czysta satysfakcja z biegania!

Choroba odcisnęła swoje piętno na moim zdrowiu, a że o zdrowie trzeba dbać to po zasięgnięciu opinii rodziny udałem się na wizytę do cenionego specjalisty laryngologa – dr n. med. Krzysztofa Polberga. Wizyta trwała może 5 minut, ale jej rezultat był dla mnie trochę szokiem. Doktor postawił sprawę jasno – operacja przegrody nosowej i to jak najszybciej po czym poinformował mnie, że 13 sierpnia jest wolny termin i mam się zapisać.

Pierwsza myśl po zakończeniu wizyty to przedefiniowanie na własne potrzeby słowa „operacja„. Strach, niepewność, obawa – to były pierwsze moje odczucia. Czasu na myślenie nie było dużo więc następnego dnia zadzwoniłem do szpitala i zarejestrowałem się na operację. Oprócz oczywistej absencji biegowej doszły jeszcze czarne myśli powodowane faktem, że operacja miała się odbyć w znieczuleniu ogólnym. Człowiek od razu szuka w głowie przypadków innych osób, które się nie wybudziły albo narkoza spowodowała nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu. Nastrój w okresie przed pójściem do szpitala miałem nie najlepszy, żeby nie powiedzieć fatalny…

13 sierpnia wcześnie rano wsiadłem do busa i pojechałem do Lublina do szpitala. W strugach deszczu przemaszerowałem około 4 kilometrów aby dotrzeć z miejsca gdzie wysadził mnie kierowca do szpitalnej izby przyjęć. Po rejestracji powędrowałem na przydzieloną mi salę szpitalną. Sala była dwuosobowa i dzieliłem ją ze starszym panem. Tego samego dnia przeprowadzone zostały niezbędne badania a sama zabieg miał się odbyć 14 sierpnia.

Szpital MSW w Lublinie, a szczególnie oddział Otolaryngologiczny to nowoczesna placówka, niekoniecznie kojarząca się ze szpitalem. W starszej części szpitala jest inaczej, bardziej „jak w szpitalu„. Szczególna trauma towarzyszyła mi kiedy przechodziłem korytarzem przez oddział wewnętrzny, a w nim obok sal całodobowej opieki medycznej. Nie dało się za każdym razem odwrócić wzroku bo patrząc na osoby tam przebywające do człowieka dochodziło jak kruche jest życie i jakie cierpienie może mu towarzyszyć bez względu na wiek… Na oddziale wewnętrznym oprócz tego co można było zobaczyć dało się czuć w tej przestrzeni coś więcej i to nie było życie… to nie było już życie…

Szpital MSW w Lublinie - dzień przxed operacją

Szpital MSW Lublin - sala szpitalna oddział Otorynolaryngologii
Szpital MSW Lublin – sala szpitalna oddział Otorynolaryngologii

 

Noc była długa choć przespałem ją całkiem dobrze. Pewnie to wynik stresu i ogólnego zmęczenia podróżami. 14 sierpnia o 8:00 rano pierwszy pacjent pojechał na salę operacyjną. Mnie wywołano tuż po nim. O 8:45 wstałem ze swojego łóżka i w asyście pielęgniarki ruszyłem spacerem w kierunku bloku operacyjnego, który mieścił się po drugiej stronie szpitala.

Całą drogę w mojej głowie kłębiły się różne myśli. Szedłem długim korytarzem z przerażeniem w oczach i z milionem znaków zapytania czy operacja się uda, czy nie będzie komplikacji podczas operacji, czy… Tych niewiadomych było mnóstwo. Dotarłem do korytarza, na początku którego znajdował się blok operacyjny. Tutaj sprawy potoczyły się w ekspresowym tempie.

Położyłem się na łóżku, którym wwieziono mnie na salę operacyjną. W trakcie „przejażdżki” podszedł do mnie anestezjolog, przedstawił się, opisał w kilku słowach jego rolę podczas operacji. Obok niego szła pielęgniarka, która też informowała mnie o podstawowych elementach operacji. Łóżko zaparkowało obok stołu operacyjnego, na który się wdrapałem i położyłem. Już po kilku sekundach miałem w żyłę włożony wenflon, przez który po chwili powędrowała pierwsza dawka medykamentów. Anestezjolog powiedział, że po pierwszym zastrzyku poczuję lekkie zawroty głowy, a drugi zastrzyk mnie uśpi. Rzeczywiście, po kilku sekundach zakręciło mi się w głowie i…

… „panie Nowakowski, proszę leżeć na łóżku, nie wstawać, podam panu lek przez kroplówkę i jak się skończy kroplówka proszę dzwonić” – to były pierwsze słowa jakie dotarły do mnie po przebudzeniu. „Żyję!” – to była pierwsza myśl, jaka przebiegła przez moją głowę. Odetchnąłem z ulgą i szybko przeegzaminowałem podstawowe funkcje ruchowe swojego organizmu, czy nie poniosłem jakiś strat. Wszystko było ok, ale kończyny miałem strasznie obolałe, jakby zakwaszone a samopoczucie odpowiadało mniej więcej takiemu, jakbym miał zaawansowaną grypę.

Byłem wycieńczony i obolały. Leżałem na łóżku i co jakiś czas zmieniałem opatrunek pod zakrwawionym nosem. Tych opatrunków nazbierało się podczas mojego pobytu w szpitalu pół worka, bo rany pooperacyjne wcale nie chciały się goić. Przyczyną takiego stanu nie były bynajmniej jakieś niedociągnięcia podczas operacji tylko mój ogólny stan zdrowia.

Samej operacji w ogóle nie pamiętam, nic, absolutnie nic. 45 minut – bo tyle trwała operacja i wybudzanie mnie – wycięte z życiorysu. Pamiętam samą chwile wybudzania. Opisać to mogę jako „wypływanie z ciemności„. Kiedy leki anestezjologiczne przestawały działać, z każdą chwilą, z każdym ułamkiem sekundy czułem jak w bardzo wolnym tempie moje ciało i świadomość przechodzą coś na kształt wyciągania z wody a może raczej z jakiejś mętnej, przezroczystej substancji. Każda sekunda powrotu do rzeczywistości to coraz więcej światła, coraz wyraźniejsze kształty, głosy aż do powrotu rzeczywistości. Trwało to zapewne kilka sekund ale dla mnie jakieś kilkanaście, może kilkadziesiąt. Ten stan pozostawił bardzo głębokie znamię na mojej psychice ponieważ uświadomiłem sobie, że jedna chwila i człowiek znika w ciemności, że jedna chwila wystarczy i człowieka nie ma, jedna chwila i nie ma życia, nie ma nic… Pod narkozą właśnie nie było nic… i tego się przeraziłem.

Kolejnym ciosem oprócz samej operacji były diagnozy lekarzy. Ponieważ miałem bardzo wysokie ciśnienie tętnicze lekarze, w tym głównie doktor Polberg, zabronili mi kategorycznie jakiejkolwiek zwiększonej aktywności fizycznej oraz podkreślał na każdym kroku, że muszę poddać się badaniom kardiologicznym.

W szpitalu przebywałem jeszcze dwa dni. Były to długie dni i długie noce. Ze względu na wysokie ciśnienie rany nie chciały się goić, krew się sączyła, a o śnie nie było raczej mowy. Dostałem tabletki na obniżenie ciśnienia tętniczego, środki nasenne, przeciwbólowe – wszystko na nic. Owszem, bólu nie odczuwałem praktycznie żadnego ale w ciągu tych dwóch dób udało mi się łącznie przespać może 2-3 godziny.

Wczesnym rankiem, bo już o godzinie 6:30 pobudka, prysznic, badania, śniadanie i o godzinie 8:00 finalne badanie przez doktora Polberga. Doktor był zadowolony z efektów operacji choć widząc sączącą się krew zalecił stosowanie leków, które wskazał na karcie informacyjnej podczas wypisu.

Spakowałem się sprawnie, pożegnałem się ze współdzielącym ze mną salę szpitalną panem i o 8:40 szedłem korytarzem do wyjścia z oddziału. „Czas leci” – przeszło mi szybko przez głowę. Zajrzałem do pokoju pielęgniarek. Siedział tam doktor Polberg, który zaprosił mnie na chwilę i powiedział, że muszę udać się do kardiologa i zmienić bieganie w maratonach na ewentualnie szybkie spacery. Życzył mi zdrowia i powodzenia.

Czyż nie dobija się koni?!” – pomyślałem ze smutkiem i rezygnacją opuszczając oddział. Poszedłem jeszcze dokumenty do wypisu, zwolnienie L4 i ruszyłem do wyjścia ze szpitala. Po raz ostatni przechodziłem przez oddział wewnętrzny i aż ściskało mnie w żołądku jak mijałem kolejne sale szpitalne, a w nich pacjentów przytłoczonych chorobami i zmartwieniami. Myśląc o swojej sytuacji byłem poniekąd szczęśliwy, że ja wychodzę ze szpitala i nie muszę w nim zostać. Smutek jednak żywo tlił się gdzieś w środku, że inni takiego szczęścia w tej samej chwili doświadczyć nie mają możliwości.

Wyjście ze szpitala MSW w Lublinie2017_08_16 godz 08:49:36
Wyjście ze szpitala MSW w Lublinie2017_08_16 godz 08:49:36

W drodze ze szpitala towarzyszyły mi mieszane uczucia. Z jednej strony operacja przegrody nosowej poprawi w perspektywie czasu stan mojego zdrowia. Z drugiej jednak strony okazało się, że mój stan zdrowia nie jest dobry i że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować ze swojej pasji. W drodze z Lublina do mojego rodzinnego domu w Zamościu miałem pustkę w głowie.

W domu rodzinnym byłem sam, bo rodzice pojechali pomóc opiekować się moim synkiem Hubertem i mojej ciężarnej żonie. W nocy udało mi się wyszarpać 2 godziny snu aby już rano o godzinie 4:00 szykować się w dalszą podróż. Tym razem do mojego domu w Wieliczce. Zdecydowałem się na pociąg i powiem szczerze, że jeżeli rozkład jazdy się nie zmieni to w przyszłości będzie to priorytetowy środek transportu do Zamościa.

Zamość - dworzec PKP

Zamość - dworzec PKP - w drodze do Wieliczki

Do Wieliczki dotarłem około godziny 12:00 i resztę dnia spędziłem głównie na rozmowach z rodziną i zabawą z synem. W głowie miałem straszną sieczkę…

Dni mijały, a do startu 35. Wrocław Maraton pozostawało coraz mniej czasu. Od mojego wyjścia ze szpitala co jakiś czas odwiedzałem stronę zawodów poszukując ciekawych informacji i „karmiąc” się trochę atmosferą święta biegowego. Przed oczami miałem cały czas obraz twarzy doktora Polberga, a w uszach dźwięczał mi jego stonowany, ciepły głos: „proszę nawet nie myśleć o starcie w maratonie we wrześniu i proszę udać się do kardiologa i wykonać niezbędne badania„.

Rany pooperacyjne goiły się w miarę szybko. Zacząłem nieśmiało myśleć o bieganiu i postanowiłem ruszyć na krótką przebieżkę 26 sierpnia. Przebiegłem troszkę ponad 9 km ale czułem, że jeszcze nie jestem w pełni sił. Co prawda nogi „błagały” o wysiłek, ale wolałem się jeszcze trochę oszczędzać. 27 sierpnia jeszcze z rezerwą przemierzałem 10 kilometrów aby 29 sierpnia już realizować założenia treningowe.

31 sierpnia upływał termin niższych opłat startowych. Niższych nie znaczy niskich bo 150 pln opłaty startowej to bardzo dużo. Licząc dalej, hotel 200 pln, transport w dwie strony = 70 pln, jedzenie, picie = 50 pln, żele i inne rzeczy na bieg = około 50 pln. Nazbierało się tych kosztów przeszło 500 pln… Miłości podobno nie przelicza się na pieniądze ale w moim przypadku niestety muszę liczyć każdą złotówkę… takie czasy…

Cały dzień chodziłem jak struty. Z jednej strony serce aż się rwało, żeby pojechać do Wrocławia i jeszcze raz zabić z całej siły na mecie ukończonego maratonu. Z drugiej strony, to właśnie serce sprawiło mi psikusa i zaczęło z niewiadomych przyczyn bić na co dzień na tyle mocno, że aż lekarze kategorycznie zabronili mi biegać… Rozum z kolei podliczył wszystkie rachunki i ewentualne wydatki, skonsultował z budżetem oraz zapoznał serce z dokumentacją medyczną po operacji….

Klikając na stronie bieguAnuluj zgłoszenie” poczułem jakby coś we mnie małego pękło… „Zapisać się na zawody ponownie i zapłacić to przecież była kwestia kilku minut więc o co ta tragedia? – tak można by pomyśleć. Dla mnie to klikniecie było jednak zwycięstwem rozumu nad sercem i ambicjami i choć nie czułem się z tą decyzją najlepiej to w pełni ją akceptowałem irespektowałem. Przede wszystkim postawiłem na pierwszym miejscu zdrowie. We Wrocławiu byłbym sam i różne rzeczy mogłyby się wydarzyć włączając w to te najbardziej ekstremalne. Moje zdrowie po operacji nie było idealne i oprócz mocno bijącego serducha przecież to co było operowane mogło być na tyle delikatne, że przy wzmożonym wysiłku mogło ulec uszkodzeniu. Ogólnie rzecz ujmując, ryzyka związane z udziałem w maratonie we Wrocławiu były czynnikiem decydującym o wycofaniu się z uczestnictwa w tym biegu.

Trudno” – pomyślałem i jedyną rzeczą, którą w danej chwili mogłem zrobić to włożyć buty biegowe, spodenki, koszulkę i resztę sprzętu i ruszyć na trening, żeby solidnie przygotować się do 4F Półmaratonu Wielickiego, który odbędzie się 24 września 2017 roku!

Może zajrzysz też tutaj