2. Bieg Walentynkowy 2017-02-12

2. Bieg Walentynkowy to wyjątkowa impreza, organizowana przez Stowarzyszenie biegaczy „I Ty Możesz Być Wielki„, kierowana do wszystkich zakochanych i nie tylko! Miejsce biegu wyznaczonego na 12 lutego 2017 roku to Park im. Henryka Jordana w Krakowie.

To pierwszy z cyklu czterech biegów, na które się w tym roku zapisałem. Ten jest najkrótszy, bo „tylko” 5 km.

Ponieważ był to mój pierwszy start w 2017 roku to oczywiście pojawił się stres – na szczęście dopiero dzień przed imprezą. Szczególnie się do biegu nie przygotowywałem, bo dystans jakoś do moich ulubionych nie należy. Nie to żebym marudził, że długi czy krótki, ale dla mnie to już nie jest dystans sprinterski ale jeszcze nie bieg średni wiec ciężko mi było przygotować się i fizycznie i mentalnie do imprezy. Co do przygotowań, to oczywiście już dzień wcześniej cały sprzęt sportowy już był ułożony na półeczce, suplementy i izotoniki poukładane w jednym miejscu w kuchni, buty… no właśnie miałem dylemat więc żeby się nie męczyć, wziąłem obie pary – Nike Pegasus 33 i Adidas Response boost.

W dniu biegu pobudka o 7:00 rano – trochę na siłę leżałem w łóżku żeby odpocząć, potem śniadanie – bułki z serem i miodem, kawa i herbata oraz banan. O 10:00 rano już spakowany czekałem na w aucie na żonę i syna, którzy, ze względu na zapalenie ucha synka, jechali na kulki do Bonarki, a nie kibicować. W sumie to nawet lepiej, że jechałem na zawody sam, bo nie dość, że na miejsce zaplanowałem być 2 godziny przed startem, to jeszcze pogoda nie była najlepsza dla chorego dziecka. Odstawiłem towarzystwo na parking w Bonarce i jazda pod stadion miejski w Krakowie.

Po pakiet startowy udałem się do Akademickiego Klubu Żeglarskiego AGH. Co było w pakiecie?

  • Makulatura reklamowa,
  • puszka energetyka,
  • numer startowy oraz agrafki.
  • okolicznościowy buff termoaktywny

Rozgrzewka – jedno kółko truchtem po trasie oraz dużo rozciągania, aż do 12:30, kiedy ruszyła pierwsza tura biegaczy. Ja biegłem w 2 turze, której start był zaplanowany na 13:15.

Miałem spory dylemat przy wyborze butów i finalnie wybrałem Nike. Z perspektywy zakończonego biegu mam mieszane uczucia, czy to był trafny wybór, ale nie mogę narzekać, buty sprawdziły się doskonale. Ciekawy tylko byłem jak biegłoby mi się w Adidasach.

Przed startem „rozgrzewka„, którą poprowadziła Justyna Ostrowska Trener Personalny,

3,2,1…. START

 

Ustawiłem się na początku stawki na starcie, żebym nie musiał tracić czasu i energii na przepychanki w początkowej fazie biegu. Całkiem dobrze sobie poradziłem i powoli rozpędzałem się. Pierwszy kilometr bez rewelacji – 4:29. Kolejny kilometr – 4:36, trzeci kilometr – 4:36. Czułem, że mam siłę, ale nie potrafię jej wykorzystać. Obejrzałem się kilka razy za siebie i zauważyłem, że kolejni biegacze są w odległości około 50 – 60 metrów więc utrzymując swoje tempo pozycji nie powinienem stracić. Przed sobą miałem kilku biegaczy, ale ich tempo było ciut lepsze od mojego. Po 4 kilometrach wiedziałem, że życiówki nie będzie. Jeszcze chciałem ruszyć szybciej na mocny finisz, ale na 500 metrów przed metą odpuściłem, czując, że wykorzystałem 110% swoich możliwości i dzisiejszej dyspozycji biegowej. Wpadłem na metę z czasem 00:21:22.

Po przebiegnięciu linii mety czułem zadowolenie, mimo wszystko. Z głowy wyrzuciłem wszelkie myśli negatywne na temat biegu, pogodziłem się ze stanem faktycznym i wewnątrz celebrowałem swój kolejny mały sukces biegowy. Na szyi zawisł wspaniały medal za moje osiągnięcie, zrobiłem sobie kilka fotek i pomaszerowałem na ciastko i herbatkę do Klubu Żeglarskiego AGH. Po drodze już nie analizowałem biegu, wiedziałem, że dałem z siebie tyle ile mogłem i nie przekroczyłem niebezpiecznej granicy, za którą zamiast radości z ukończenia biegu jest ból, cierpienie i porażka. W dniu dzisiejszym cieszyłem się ze zwycięstwa nad własnymi słabościami. Maszerowałem z uśmiechem na twarzy i z taką samą radością pałaszowałem przepyszne ciasteczko popijając herbatką.

Wydawać by się mogło, że to koniec przygód z bieganiem na dzisiaj, ale gdzie tam 🙂 Po kilkuminutowej regeneracji w samochodzie podpiąłem się pod GPS’y i… ruszyłem na Krakowskie Błonia. Nie, to nie masochizm czy jakaś kara a część mojego planu treningowego. Dodatkowe 14 km w zdecydowanie zbyt szybkim tempie poskutkowało oczywiście większym zmęczeniem na koniec dnia.

Dzień później mam już chyba oficjalne wyniki i chyba jest przyzwoicie:

Podsumowując dzisiejszy dzień – tak, jestem szczęśliwy i bardzo z siebie zadowolony!

Może zajrzysz też tutaj