18. PZU Cracovia Maraton – mój trzeci maraton w Krakowie

18. PZU Cracovia maraton logo

18. edycja najważniejszej imprezy biegowej w Krakowie, zaliczanej do Korony Maratonów Polskich, odbyła się 28 kwietnia 2019 roku. Po raz trzeci z rzędu wziąłem udział w tym wydarzeniu, gdzie start i meta usytuowane są na krakowskim Rynku Głównym. Po raz drugi “dopisała” pogoda, czyli było chłodno, padał deszcz i wiał lekki wiatr.

Z decyzją o uczestnictwie w trzecim z rzędu maratonie w Krakowie zwlekałam dość długo. Moim celem na lata 2018 – 2020 było ukończenie Korony Maratonów Polskich. Pierwszy krok został poczyniony w kwietniu 2018, kiedy to zupełnie niespodziewanie wygrałem pakiet startowy na 17 PZU Cracovia Maraton w konkursie organizowanym przez jednego ze sponsorów – ANWA Toyota Kraków. Wtedy w ogóle nie brałem pod uwagę udziału w maratonie i miałem już nawet opłacone uczestnictwo w Biegu Nocnym, rozgrywanym przeddzień zmagań maratończyków.

Po konsultacji z Kacprem Piechem – moim trenerem od biegania 🙂 zamieniłem Bieg Nocny na maraton. Miałem wtedy całe dwa tygodnie, czyli tak naprawdę nie miałem w ogóle czasu na jakiekolwiek przygotowania. Swój udział w maratonie  zakończyłem w wielkich męczarniach, odwodniony i wycieńczony do cna. Kilka dni po maratonie zaświtała mi w głowie myśl, że skoro już się namęczyłem to skompletuję Koronę Maratonów Polskich.

Pierwszy krok został wykonany, drugim krokiem był mój udział w 36. PZU Wrocław Maraton. Narzekać nie mogę, choć na trasie dopadły mnie mega wątpliwości na temat biegania w ogóle i odpuściłem walkę o wynik. Rezultat tego maratonu był zbliżony do mojego osiągnięcia z kwietnia z Krakowa. W planach były kolejne starty: Dębno, Poznań i na samym końcu Warszawa. Jednak po maratonie we Wrocławiu coś we mnie pękło. Straciłem motywację, radość z biegania. Te negatywne doznania potęgowane były niestabilną sytuacją osobistą i przede wszystkim – zawodową.

Zbliżał się styczeń i super ekspresowe zapisy na maraton w Dębnie. Z relacji znajomych i for internetowych wiedziałem, że ze względu na bardzo niski limit uczestników, zapisy mogą skończyć się w kilka minut i trzeba być szybkim.

Tego dnia wszystko podporządkowałem zapisom na maraton w Dębnie, a gdy wybiła godzina zapisów… serwery organizatora padły! W pierwszej chwili byłem strasznie zły, zdenerwowany, że nie mogłem się zapisać. Po kilkunastu minutach, kiedy kolejne próby umożliwienia zapisów na maraton w Dębnie zawiodły, zamknąłem komputer i stwierdziłem, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Organizator wyznaczył nowy termin zapisów, ale ja już wiedziałem, że nie wystartuję w 2019 roku ani w Dębnie, ani w Poznaniu, ani w Warszawie… Po zrobieniu szybkiego bilansu zysków i strat oraz skalkulowaniu czasowym i finansowym tych imprez, uznałem, że nie stać mnie na takie przedsięwzięcie. Trochę mi było przykro, że sprawy przyziemne pogrążyły moje górnolotne ambicje i marzenia. Z drugiej strony nie mogłem dostrzec większej wartości dodanej w postaci skompletowania Korony Maratonów Polskich oprócz kosztów, straty czasu, bólu i jeszcze raz kosztów.

Tego samego dnia z mojego kalendarza zniknęły ww. maratony. Zrobiło się trochę pusto, więc pomyślałem sobie, żeby powalczyć o “nagrodę pocieszenia” na lokalnym podwórku, czyli zdobyć po raz trzeci z rzędu Królewską Triadę Biegową. Na moje szczęście najniższa opłata wpisowa na 18. PZU Cracovia Maraton jeszcze obowiązywała. Nie tracąc czasu zapisałem się na maraton w Krakowie, a kilka minut po dokonaniu opłaty wpisowego, poinformowałem Kacpra o tym, żeby zabrał się za układanie dla mnie planu treningowego pod maraton.

18 PZU Cracovia Maraton zapisy

W trakcie przygotowań na maraton w Krakowie wziąłem udział w trzech zawodach biegowych. Pierwszymi zawodami w 2019 był Bieg Walentynkowy na 5 kilometrów. Były to moje trzecie z rzędu zawody tego cyklu i jak się okazało, ostatnie. Nie tylko był to mój ostatni Bieg Walentynkowy, ale ostatni bieg z cyklu imprez organizowanych przez pewne krakowskie stowarzyszenie.

Bieg w Myślenicach na 10 kilometrów był bardziej porażką niż sukcesem. Podobnie jak Półmaraton Marzanny. Totalnie nie trafiłem z formą na powyższe zawody i z nosem zwieszonym na kwintę wracałem do domu. Powodów do obaw przed imprezą docelową, jaką był maraton w Krakowie było po dotychczasowych startach sporo. Jednak maraton w Krakowie był dla mnie najważniejszą imprezą w pierwszej połowie roku i wyniki ze startów poprzedzających maraton w Krakowie – o ile mało satysfakcjonujące – nie miały dla mnie zasadniczego znaczenia.

Na treningach wylewałem siódme poty realizując restrykcyjne założenia Kacpra. Omijały mnie kontuzje i samopoczucie sprzyjało budowaniu formy na maraton w Krakowie.

W połowie kwietnia jadąc autobusem z pracy do domu wziąłem udział w konkursie, gdzie nagrodą był pakiet startowy na Bieg Nocny, bieg organizowany jako preludium przed maratonem w Krakowie. 18 kwietnia otrzymałem od organizatora konkursu informację, że… jestem jednym z laureatów konkursu 🙂

Cracovia Maraton Konkurs

I jak rok wcześniej, na kilka dni przed planowanym rozpoczęciem obu biegów miałem dwa pakiety startowe w ręku – jeden na Bieg Nocny, a drugi na maraton w Krakowie. W przeciwieństwie do roku ubiegłego, kiedy miałem zamiar brać udział wyłącznie w Biegu Nocnym, decyzja była prosta – tylko maraton w Krakowie!

Po odbiór pakietów startowych pojechałem w piątek po południu. Nie chciałem czekać do ostatniej chwili i stać w kolejkach 🙂

Bieg Nocny

18 PZU Cracovia Maraton

Pakiety startowe.

Bieg Nocny - pakiet startowy

18. PZU Cracovia maraton Brubeck

18. PZU Cracovia maraton pakiet

Sporo fajnych rzeczy w obu pakietach. Przede wszystkim ucieszyły mnie naprawdę wysokiej jakości koszulki startowe. Firma 4F zafundowała śliczną koszulkę na Bieg Nocny, a Brubeck fantastyczny t-shirt na maraton w Krakowie! Do tego pyszne galaretki, gotowe danie od Uncle Ben’s, żel, batonik energetyczny. Firma Ziaja zafundowała tubkę pachnącego mydełka w płynie. Co ciekawe, w obu pakietach było bardzo mało “makulatury” reklamowej, a jeżeli już była to w postaci Voucherów z rabatami na usługi sponsorów.

Strój startowy

Jeszcze miesiąc przed startem przeglądałem sklepy internetowe w poszukiwaniu nowego ubranka na maraton w Krakowie, ale niestety moje zakupy nie doszły do skutku. Zdecydowałem się wziąć udział w maratonie w sprawdzonym sprzęcie, który mnie jak do tej pory nie zawiódł.

18. PZU Cracovia maraton strój startowy

Ostatni tydzień przed startem w maratonie z reguły polega na “ładowaniu akumulatorów”, czyli gromadzeniu energii do zużytkowania podczas biegu. Traf chciał, że na ten okres przypadły Święta Wielkanocne… “Akumulatory” ładowały się aż miło 🙂 no bo jak tu odmówić sobie specjałów świątecznych przygotowanych przez mamę? Starałem się ograniczać, ale z mizernym skutkiem 🙂

Żeby tego było mało, na dwa dni przed startem w maratonie w Krakowie w firmie zorganizowana została impreza z okazji przenosin do nowego biura. I po raz kolejny mój jadłospis wzbogacił się o masę przekąsek i kilka ciast 🙂 Wszystko było takie pyszne, że nie mogłem sobie niczego (prawie) odmówić 🙂

Jeden dzień do startu.

Na dzień przed startem serce zawsze bije mocniej. Zaczyna się rutynowa krzątanina, powtarza się ten sam dylemat: “w co ja się ubiorę!?” itp. itd. Taktykę na bieg miałem już rozpracowaną wcześniej, ale w ostatniej chwili postanowiłem ją zmodyfikować. Zamierzałem nie korzystać ze wszystkich punktów z wodą, tylko zabrać ze sobą pas biodrowy z butelką. To była słuszna decyzja, bo tak naprawdę nie miałbym gdzie zabrać żeli energetycznych. Na kilkanaście godzin przed startem miałem już wszystko praktycznie przygotowane i spakowane do plecaka. O 21:00 zasiadłem przed TV, żeby obejrzeć mecz FC Barcelony i krótko po 23:00 poszedłem spać.

Następnego ranka obudziłem się – a jakże – przed budzikiem. Była 5:50, a ja umówiony byłem z sąsiadami, którzy również jechali autem na maraton, na 7:00 rano. Ta godzina zleciała niemiłosiernie szybko i punkt 7:00 byłem przed domem.

Do centrum Krakowa dotarliśmy po niespełna 30 minutach. Trochę wcześnie, ale z drugiej strony mieliśmy sporo czasu na przygotowania. Pogoda tego dnia nie rozpieszczała – było zimno, wiał lekki wiatr i padał deszcz. Jednak na bieganie maratonu to warunki wręcz idealne.

Kilkanaście minut po 8:00 już byłem przebrany w strój startowy. Swoje rzeczy zostawiłem w depozycie i ruszyłem na krótką rozgrzewkę. Minuty do startu uciekały jak szalone. Zanim się obejrzałem, do 9:00, czyli godziny startu maratonu w Krakowie pozostało 15 minut. Wtedy właśnie ustawiłem się w strefie startowej i dogrzewałem mięśnie. Spotkałem tam również znajomego z Instagrama, Marka Raciborskiego z Gryfina (#truchtowo_42.195)

 18. PZU Cracovia maraton Marek Raciborski - Gryfino

Wybiła 9:00 rano i ruszyli pierwsi biegacze na trasę. Ja byłem ustawiony w strefie 3:30:00 – 3:45:00 i zanim pojawiłem się w okolicach bramy startowej minęły 3-5 minuty. Wbiegłem truchtem na niebieski dywan rozścielony w strefie bramy Start/Meta i dopiero wtedy zaczęły we mnie buzować emocje. “42 kilometry do przebiegnięcie chłopie!” – przeszło mi przez głowę, a następnie: “do roboty!” 🙂 Udział w trzecim z rzędu maratonie w Krakowie stał się faktem.

18.PZU Cracovia Maraton - start MaratonyPolskie.pl
Fot: MaratonyPolskie.pl

Krótko o założeniach. W toku przygotowań za cel obrałem sobie bieg po życiówkę, czyli poniżej 3:29:00. Jednak nie byłem przekonany co do swojej dyspozycji, szczególnie po dość mocno kalorycznym tygodniu poprzedzającym maraton. Na pewno chciałem uzyskać nie gorszy czas niż 3:38:00, jaki to własnie uzyskał mój kolega startujący 2 tygodnie wcześniej w maratonie w Paryżu.

Początek był wolny, ale to dlatego, że ciężko było złapać rytm na wąskiej i gęsto “zaludnionej” biegaczami trasie. Dopiero koło Zamku Królewskiego, czyli po 1 km zrobiło się luźniej. Na początku cały czas kontrolowałem się, żeby nie pobiec za szybko i nie dać się podpuścić do zwiększenia tempa. Byłem skupiony i biegłem zaplanowanym tempem.

Dookoła błoń krakowskich było podobnie – tempo równe, dość wolne, ale cały czas w głowie perspektywa prawie 40 km do przebiegnięcia. Po okrążeniu błoń powrót na Aleje Trzech Wieszczów i przebiegnięcie przez most Dębnicki i długa prosta aż do ronda Matecznego.

Między 7 a 8 kilometrem zauważyłem, że jedna z biegaczek raz mnie wyprzedza, a raz ja ją i tak w kółko 🙂 Na początku mnie to trochę denerwowało, bo poczułem lekkie zagrożenie dla mojego planu na tempo biegu. Takie “szacher – macher” trwało kolejne 2 kilometry, aż w końcu zapytałem tą dziewczynę na jaki rezultat biegnie, bo zamiast wzajemnie się szarpać, możemy współpracować. Powiedziała, że chce pobiec poniżej 3:33:00 i dla mnie to była dobra wiadomość 🙂 Od około 11 kilometra biegliśmy już razem równym tempem w okolicach 4:55 min/km.

Ta sytuacja, kiedy miałem towarzysza w biegu, była dla mnie praktycznie nowa. Zawsze biegam sam i na początku byłem trochę rozkojarzony. Z jednej strony to są przecież zawody i każdy chce osiągnąć jakiś wymarzony rezultat. Z drugiej jednak strony, tak trochę głupio nie zamienić parę słów na trasie tylko biec obok siebie w milczeniu. Starałem się jak mogłem znaleźć odpowiedni balans dla tych dwóch powyższych rzeczy i chwile milczenia przerywałem krótką konwersacją.

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

 

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Wybiegliśmy w międzyczasie na 17 kilometr rozpoczynający bieg po Alei Pokoju. Po kilkudziesięciu sekundach mówię do biegnącej obok mnie dziewczyny: “Patrz, po drugiej stronie trasy jest 36 km, jesteśmy już bardzo blisko, bo mamy już za sobą 17 km. Pomyśl sobie jak będzie fajnie patrzeć na ten znacznik za niedługo!” Koleżanka uśmiechnęła się i trochę ze zmartwieniem w głosie dodała, że przed nami jeszcze spory dystans.

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Ten fragment trasy, od 17 kilometra aż do nawrotki na Hucie wydawał się ciągnąć cały czas pod górkę. Pocieszałem siebie i współtowarzyszkę maratonu, że skoro teraz biegniemy pod górkę, to w przeciwną stronę będzie z górki i to jest dobra informacja, bo będziemy mieli mniej siły, a każdy zbieg będzie jak zbawienie. W tzw. międzyczasie, pomiędzy 19 a 20 km, po przeciwnej stronie trasy spotkałem kolegę z pracy – Mikołaja. Trochę zaskoczył mnie jego widok, bo przed startem zapowiadał, że będzie biegł w okolicach 4 godzin, a patrząc na moje tempo, biegł jak mi się wydawało na 3:35:00 – 3:40:00. Dystans jaki nas dzielił to było może 600 – 700 metrów.

Po minięciu Tauron Areny kierowaliśmy się na Al. Jana Pawła, gdzie u zbiegu z ul. Bulwarową była wspomniana nawrotka. Jeszcze do punktu z wodą usytuowanego pomiędzy 27 a 28 kilometrem trzymałem się dzielnie, a tempo było zadowalające. O ile na kilku wcześniejszych punktach z wodą pobierałem kubeczek napoju, żeby zmoczyć usta, tak na tym punkcie zatrzymałem się na chwilkę i przemaszerowałem kilkanaście metrów. Moja towarzyszka w tym czasie oddalała się, ale spoglądała na mnie. Machnąłem jej ręką, żeby biegła i nie czekała na mnie. Powoli z truchtu przeszedłem do założonego tempa, a za cel postawiłem sobie dogonić moją współtowarzyszkę. Udało mi się to po niespełna 100 metrach, ale już wiedziałem, że tak dobrego tempa nie będę w stanie utrzymać.

Z chwilą kiedy zrównałem się z nią w biegu, zwróciłem się do niej tymi słowami: “jak zobaczysz, że ja słabnę, nie czekaj na mnie, biegnij swój maraton. Każde z nas ma swój cel do osiągnięcia. Ty masz swój cel a ja swój. Biegnij, walcz o swoje. Powodzenia”. Równe tempo udało mi się jeszcze utrzymać do około 30 kilometra. Serce mi pękało z każdą chwilą, widząc moją współtowarzyszkę oddalającą się ode mnie, ponieważ wiedziałem, że w dniu dzisiejszym mój “maraton” się właśnie zaczyna… Zaczyna się również walka o wynik, czas, zdrowie i marzenia.

Po raz ostatni dostrzegłem swoją koleżankę na 34 kilometrze przy skręcie w lewo z Alei Jana Pawła w ul. Lema. Była przede mną około 60 – 80 metrów, ale już dawno się z nią pożegnałem i w myślach życzyłem jej realizacji założeń.

Odcinek pomiędzy 34 kilometrem, aż do mety znałem doskonale. Podbieg na Al. Pokoju już na samym początku wywoływał dreszcze. Jednak wbrew obawom, udało się go pokonać w przyzwoitym czasie. Pojawiła się przede mną tablica wskazująca 36 kilometr. “(…) jesteśmy już bardzo blisko, bo mamy już za sobą 17 km (…)” – przeszło mi przez myśl wspomnienie słów sprzed kilkudziesięciu minut. Żałowałem tylko, że nie byłem w stanie dobiec do tego miejsca w towarzystwie koleżanki. Do mety pozostało 8 kilometrów. Dużo, cholernie dużo i mało zarazem. W głowie robiłem sobie szybką projekcję tego dystansu w przełożeniu na moje trasy biegowe po Wieliczce. “Jest OK przyjacielu! Teraz jedyne co możesz zrobić, to wymalować piękny uśmiech na swojej wykrzywionej z bólu i zmęczenia twarzy i walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć!!! SYN i CÓRKA czekają na Ciebie na mecie! Nie każ im moknąć w nieskończoność!” – powiedziałem do siebie. W tej samej chwili skierowałem oczy ku płaczącemu deszczem niebu i uśmiechnąłem się szczerze i radośnie. To było najlepsze, co mogłem w danej chwili zrobić.

Trasa maratonu w kierunku bulwarów wiślanych wiodła teraz ul Miedzianą. Taka lokalna uliczka z rozsianymi kałużami jak na polu minowym, która na swoim końcu prowadziła mocno w górę. Właśnie ten podbieg sobie podarowałem i po prostu wszedłem na górkę. Oszczędzałem resztki sił na bieg po bulwarach i końcówkę maratonu. Przypomniałem sobie jak rok wcześniej za mocno przycisnąłem na tym odcinku i odcinało mnie strasznie właśnie na bulwarach. Po dotarciu na szczyt małego wzniesienia, do mety zostało niespełna 5 kilometrów. “To tak, jakbym biegł na Arenę Lekkoatletyczną w Wieliczce” – pomyślałem. Czyli już naprawdę niedaleko.

Na odcinku 3 kilometrów po bulwarach wiślanych moim celem było utrzymać tempo, a raczej za wiele nie tracić. Szybko sobie policzyłem, że nie udało mi się zgromadzić wystarczającego zapasu czasu, aby złamać granicę 3:30:00. Teraz sprawą honoru było dobiec poniżej 3:40:00. Dość istotną rzeczą, która pozytywnie wpływała na moją psychikę, był fakt, że nie wyprzedzało mnie zbyt wielu biegaczy – wręcz przeciwnie, to ja wyprzedzałem innych, często maszerujących biegaczy! To mi dodawało sił!

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Na punkcie odświeżania pomiędzy 39 a 40 kilometrem przespacerowałem się ponownie. Wiedziałem że te kilka sekund nie stracę, ale dzięki chwili relaksu, zyskam odrobinę świeżości na końcówkę. Nawodniłem się porządnie i ruszyłem na ostatnie 2 kilometry maratonu – ku mecie!

Mój finisz rozpoczął się ostrym podbiegiem z bulwarów w kierunku ul. Podzamcze. Jak się można domyślić, wcale nie był to dla mnie podbieg 🙂 tylko marsz pod górkę. Dopiero przed samym szczytem tego wzniesienia zacząłem biec. Już nie dbałem o tempo, nie kalkulowałem, nie ograniczałem. Chciałem tylko wbiec na ul. Szewską i “pędzić” do mety na Rynku Głównym. Kibice dodawali skrzydeł swoim dopingiem. Co prawda z uwagi na deszcz pojawiło się ich mniej niż gdyby było słonecznie, ale i tak świetnie wspierali! Brawo kibice!!!

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

 

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Wbiegając na ul. Szewską spojrzałem na horyzont i oczami wyobraźni wymalowałam sobie metę i swój finisz. “To już za chwilę!!!” – dotarło do mnie, że właśnie kończę zmagania w moim trzecim maratonie w Krakowie! W myślach zarzuciłem kotwicę o wirtualną linię mety rozwieszoną pomiędzy Kościołem Mariackim i Sukiennicami i mocno chwyciłem się tej wyimaginowanej liny i wciągałem się po niej ku mecie.

Po przekroczeniu skrzyżowania z ul. Dominikańską przed moimi oczami “wyrosły” Sukiennice! Ależ byłem wtedy szczęśliwy! Już za chwilę, za kilkadziesiąt sekund wezmę syna w ramiona, złapię go za rączkę, a na drugim ramieniu będę niósł córeczkę i razem przebiegniemy linię mety.

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Synka dostrzegłem dokładnie tam, gdzie się umawialiśmy – 50 metrów przed metą. Gdy go brałem na ręce, zobaczyłem córeczkę wtuloną w ramiona babci. Nie chciałem na siłę jej brać i szybko złapałem synka, postawiłem na ziemi i razem przebiegliśmy 50 metrów do mety!

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

 

18.PZU Cracovia Maraton - fotomaraton.pl
18.PZU Cracovia Maraton – fotomaraton.pl

Byłem w tamtej chwili najszczęśliwszym ojcem na świecie! Byłem dumny, że mogłem synowi zaimponować, dać mu przykład postawą, czynem i radością z uprawiania sportu! On oczywiście jeszcze tak górnolotnie do tego nie podchodzi, ale serce mi rosło, kiedy komentator pokusił się o piękne słowa, kiedy wbiegaliśmy na niebieski dywan prowadzący do linii mety: “witamy kolejnego tatę, to jest oczywiście doskonały przykład (…)!”

Maraton ukończony!

Po przebiegnięciu mety wskazano nam, żebyśmy przeszli dalej aby nie blokować tej strefy. Wtedy wziąłem synka na ręce i uniosłem wysoko w górę. Tak, jeszcze miałem tyle siły 🙂 Gdy postawiłem go na ziemi, przyklęknąłem, a gdy chciałem się podnieść potężny skurcz mięśni dwugłowych złapał mnie za obie nogi. Od razu podbiegł do mnie członek sztabu medycznego i pomógł wstać pytając kilka razy, czy nie potrzebuję pomocy. Z uśmiechem na ustach podziękowałem mu zapewniając, że ze mną wszystko jest ok! Po kilku sekundach pojawiła się żona, której przekazałem synka, a sam poszedłem w kierunku szatni, żeby się przebrać.

Pobyt w szatni trwał niemiłosiernie długo, ale byłem tak obolały, że ciężko mi było wykonywać jakiekolwiek ruchy. Po chyba 20 minutach wyczołgałem się stamtąd. Żona z dziećmi i z babcią poszli wcześniej na pociąg, bo było za zimno, żeby czekali na mnie. A ja, jak po pierwszym maratonie w niemiłosiernych bólach toczyłem się w kierunku dworca kolejowego. Stopy miałem sztywne, pokurczone, mięśnie nóg niewiele lepiej funkcjonowały. Każdy krok powodował potworny ból. Na szczęście z każdą chwilą ból stawał się coraz bardziej znośny.

Po niespełna godzinie dotarliśmy pociągiem do Wieliczki i do domu, gdzie zafundowałem sobie długą gorącą kąpiel regeneracyjną 🙂

18. PZU Cracovia Maraton ukończyłem zadowolony. Co prawda nie udało mi się wybiegać życiówki, ale coś mi się wydaje, że w debiucie postawiłem za wysoko poprzeczkę 🙂 Ten maraton na pewno mnie nauczył wielu nowych rzeczy. Po raz pierwszy „dzieliłem” swój bieg z inną osobą i nie pobiegłem egoistycznie. Czy mogło być lepiej? Myślę, że jest jeszcze szansa na poprawę, ale już teraz wiem, jak wiele wysiłku będę musiał włożyć, żeby złamać 3:29:00. 

Pomimo na prawdę trudnego okresu w moim życiu, stawiam na bieganie, stawiam na progres i mam ochotę powalczyć! I’ll never give up!

Może zajrzysz też tutaj