16. PZU Cracovia Maraton – 30.04.2017

Dnia 30 kwietnia 2017 roku odbyła się 16. edycja najważniejszej imprezy biegowej w Krakowie, jednej z największych w Polsce, zaliczanej do Korony Maratonów Polskich. Po raz czwarty z rzędu, start i meta 16. PZU Cracovia Maraton usytuowane zostały na krakowskim Rynku Głównym.Start w pierwszym w życiu maratonie to zwieńczenie moich marzeń, planów oraz ukoronowanie mojej ciężkiej pracy. Zacznę jednak od okresu przygotowawczego, bo jest to jeden z najistotniejszych elementów, dzięki któremu stanąłem na starcie biegu na królewskim dystansie.

W 2016 roku wziąłem udział w swoim pierwszym półmaratonie w Wieliczce. Mój trening i przygotowanie do półmaratonu to nic innego jak regularnie nabijane kilometry w parku obok Solnego Miasta, wokół Kopalni Soli oraz po bliższej i dalszej okolicy. Do startu podchodziłem oczywiście z dystansem znając swoje aktualne możliwości ale też z nadzieją, że moje „podwórkowebieganie przełoży się na ukończenie półmaratonu w miarę rozsądnym czasie. Półmaraton ukończyłem, a czas jak na debiut był rewelacyjny. Niestety, oprócz szczęścia z ukończenia biegu pojawiło się zniechęcenie do biegania, do wysiłku i ogólnie do uczestnictwa w takich imprezach.

Kolejny mój start w listopadowym Biegu Niepodległości oprócz całej masy pozytywnych emocji zasiał w mojej świadomości ziarnko wątpliwości co do zasadności dalszej partycypacji w zawodach biegowych, współuczestnictwa i rywalizacji sportowej. To negatywne podejście potęgowane było również niezbyt satysfakcjonującą kondycją i zwykłym przemęczeniem i psychicznym i fizycznym. Z tego również względu prawie w ostatniej chwili zrezygnowałem z udziału w 3 Półmaratonie Krakowskim. Nie czułem się fizycznie gotowy do rywalizacji na satysfakcjonującym mnie poziomie, a nie chciałem się zniechęcić zwykłym uczestnictwem w biegu i jego ukończeniu gdzieś w ogonie stawki, ot żeby zaliczyć udział.

Sytuacja zmieniła się w okolicach świąt Bożego Narodzenia, kiedy miałem odrobinę czasu dla siebie. Wtedy trochę rozmawiałem z moim ojcem na temat treningów biegowych, sportowych i ogólnorozwojówki. Otrzymałem kilka lekko już „zakurzonych” książek oraz zagłębiłem się w lekturze treści dostępnych na różnych serwisach internetowych o tematyce biegowej. Wtedy też zrodziła się w mojej głowie myśl, żeby wyznaczyć sobie jakiś ambitny cel i bezwzględnie dążyć do jego realizacji.

Na myśl przyszła mi liczba „40„. Przecież w 2017 roku będę celebrował okrągłą i trochę magiczną rocznicę moich urodzin. Dlaczego by nie „pójść na całość” i nie targnąć się na cel, którego sama nazwa wywołuje ciarki? Dlaczego by nie wybrać

MARATON – 42.195 metrów na 40 rocznicę urodzin !

Przez tydzień zastanawiałem się, analizowałem, rozmyślałem i znowu analizowałem aż w końcu 31.12.2016 roku zarejestrowałem się do biegu:

Po wypełnieniu formularza rejestracyjnego i finalnym kliknięciu przycisku „Zarejestruj” poczułem dziwne uczucie ulgi zmieszanej z dawką pozytywnej adrenaliny. Uśmiechnąłem się do siebie w myślach. Gdy tylko gdzieś w głowie pojawiła się myśl, że to tylko rejestracja, że jeszcze można zrezygnować, wszedłem na stronę banku i uiściłem opłatę startową. „Teraz już nie ma odwrotu” – zatriumfowałem nad swoimi słabościami! Przepełniony dumą z faktu podjęcia bardzo dużego życiowego wyzwania, wyłączyłem komputer kończąc tym samym pierwszy, ale jakże ważny etap.

Rozpoczął się rok 2017 czyli mój rok jubileuszowy. W końcu 40 lat można celebrować cały rok, a nie tylko jeden dzień. I tak właśnie zacząłem celebrować swoje święto – biegając. Priorytety już miałem ustalone, a w sumie ten jeden jedyny i najważniejszy – 16. PZU Cracovia Maraton. W pierwszych dniach nowego roku jakoś myśl o uczestnictwie w tym wydarzeniu do mnie nie docierała w takim stopniu, żebym zaczął się nią przejmować czy specjalnie stresować. W swoich nawykach harmonogramu biegowego nie zmieniłem nic, co mogłoby być ukierunkowane na przygotowania do startu. „Jeszcze cztery miesiące” – taka myśl towarzyszyła mi w pierwszych dniach nowego roku. „Zdążę się przygotować, przecież jeszcze masa czasu” – usprawiedliwiałem siebie wybiegając po raz kolejny na 5-cio czy 8-io kilometrową przebieżkę. Nagle podczas biegowych rozmyślań wpadło mi do głowy wspomnienie o studiach i obronie pracy magisterskiej. Szczerze – przeraziłem się!

Ciężko jest wymazać z pamięci moje przygotowania do obrony pracy magisterskiej, zbieranie materiałów, gromadzenie badań i samo pisanie pracy. Przez prawie cały czas lenistwo karmiło moją jaźnie frazesami, że „jeszcze zdążysz, wyluzuj, przecież jest masa czasu, na prawdę nie ma co się teraz spieszyć…„. Do końca życia będę wdzięczny mojemu ojcu, który specjalnie dla mnie, nic mi o tym nie mówiąc, wziął kilka dni urlopu. Następnie prawie na siłę wsadził mnie do samochodu i obwiózł moje leniwe d…o po miasteczkach i wioskach, gdzie zbierałem materiały do mojej pracy magisterskiej. Doceniłem wysiłek mojego ojca, a w sumie na pewno obojga moich rodziców i na pięć (!!!) dni przed terminem oddania gotowej, oprawionej w okładki pracy promotorowi po prostu zamknąłem się w pokoju i pisałem, pisałem i… pisałem…. i pisałem…..

… aż skończyłem pisać – ponad 140 stron tekstu, zdjęć, tabel i co tylko tam się jeszcze zmieściło. Wieczorem, w przeddzień wyjazdu na uczelnię jeszcze nanosiłem ostatnie poprawki do pracy i zacząłem drukować 5 egzemplarzy pracy na domowej drukarce. Dlaczego ten fakt tak utkwił mi w pamięci? Ponieważ pierwszy egzemplarz pracy udało mi się z małymi przygodami wydrukować, drugi też bez większych kłopotów. Było późno, a ja miałem jeszcze wydrukować na wolnej drukarce (3-4 strony na minutę) 3 egzemplarze pracy – łącznie ponad 400 stron. Drukarka mi się często zacinała i musiałem jej pilnować. Jednak byłem już tak zmęczony, że jak puściłem druk tych 3 ostatnich egzemplarzy to usiadłem „na chwilę” na łóżku… i obudziłem się po kilku godzinach!!!

Szok to zbyt delikatne słowo, jakim można było opisać chwile po pobudce! Byłem przerażony do kwadratu! Spojrzałem na zapchaną po brzegi drukarkę i zacząłem się po cichu modlić jednocześnie zastanawiając się co z niej wyciągnę. Rozdzielam wydrukowane strony a tu niespodzianka super wielkiego kalibru – jak spałem drukarka wydrukowała prawie wszystko bez usterek! Dosłownie kilka stron musiałem dodrukować. Byłem w siódmym niebie! Po dokładnym sprawdzeniu wszystkiego ruszyłem z samego rana do drukarni, żeby mi oprawili w okładki wszystkie kopie pracy magisterskiej – poszło szybko. Wróciłem do domu się przebrać i szybko ruszyłem na autobus, który zawiózł mnie na uczelnię.

Pracę magisterską obroniłem kilka tygodni później na najwyższą ocenę, ale emocje towarzyszące jej przygotowaniu pozostaną w mojej pamięci na zawsze!

Ta sytuacja mnie wiele nauczyła i często ją sobie przywracam w myślach, kiedy coś w zakątkach umysłu próbuje podsunąć mi myśli, żeby odkładać ważne rzeczy na bliżej nieokreśloną przyszłość. Nie inaczej było i tym razem. Zorientowałem się, że moje codzienne nabijanie kilometrów niewiele dobrego daje i trzeba się rozejrzeć za jakimś konkretnym planem treningowym. Trochę mnie zimny pot oblał, kiedy uzmysłowiłem sobie, że to już na prawdę ostatni dzwonek na wdrożenie porządnego planu treningowego.

Przez kolejne dni wertowałem strony internetowe w poszukiwaniu nowych butów startowych. Wiedziałem, że moje ulubione Adidasy nie będą już się nadawały do startu w maratonie. Ponadto w czymś muszę przecież trenować a kilometraż związany z planem treningowym może być duży. Szukałem, czytałem opinie, porównywałem i natknąłem się na promocję najnowszego modelu startowego NIKE – Air Zoom Pegasus 33. Za najnowszy model zapłaciłem dość niską cenę czyli 295,00 zł! Buty przyjechały do mnie 19 stycznia i już na następny dzień zabrałem je na poranny trening.

Nike Zoom Pegasus 33

Nike Zoom Pegasus 33

Następnie zabrałem się za literaturę. Szukałem wszystkiego – od odżywiania, nawadniania przez rozgrzewkę na planie treningowym kończąc. Szukałem, modyfikowałem i zaadoptowałem plan treningowy znaleziony na stronie Piotra Książkiewicza (http://www.szmajchel.naszebieganie.pl).

Finalnie, po modyfikacjach wyszedł następujący plan – Kalendarz treningowy do maratonu

Przy doborze planu brałem pod uwagę moje dotychczasowe osiągnięcia na dystansie półmaratonu, możliwości, ambicje i ewentualne sukcesy w wytrenowaniu. Nie lubię nadmiernej asekuracji i kunktatorstwa i zawiesiłem sobie poprzeczkę wysoko: 3:30:00. To o wiele szybciej niż dotychczasowa życiówka w półmaratonie pomnożona razy 2! Wyszedłem z założenia, że lepiej trenować do abstrakcyjnie na daną chwilę założonego wyniku aniżeli pójść na łatwiznę i podczas biegu przekonać się, że nie dało się z siebie absolutnie wszystkiego i że był jeszcze zapas…


I w ten oto sposób rozpoczął się kolejny etap – realizacja planu treningowego.

Początki treningów do maratonu były różne. Jakoś nie mogłem się przekonać do wolnego tempa wybiegania ogólnego oscylującego w granicach 6 minut. Treningi wytrzymałości i siły biegowej do tej pory były dla mnie tematem tabu i trochę niewiadomą. Najbardziej cieszyłem się na długie niedzielne, tempowe wybiegania. Z czasem zróżnicowanie treningów, ich ilość i objętość zaczęła mi się bardzo podobać bo zacząłem widzieć – a raczej odczuwać – pierwsze pozytywne efekty.

Oprócz samych treningów mój plan przygotowań do maratonu zawierał starty w imprezach biegowych. Na samym początku roku zaplanowałem udział w cyklu czterech biegów organizowanych przez Stowarzyszenie Biegaczy ITMBW Kraków. Cykl ten obejmuje start w następujących biegach:

Przed maratonem wziąłem udział w Biegu Walentynkowym i Biegiem na Bagry. Relacja z tych imprez jest oczywiście w innych moich wpisach. Oprócz ww. biegów startowałem w Półmaratonie Marzanny (19 marca 2017) oraz w 10. PKO Półmaratonie Rzeszowskim (09.04.2017) gdzie ustanowiłem swój rekord życiowy na dystansie połówki maratonu.

Oprócz realizacji planów treningowych testowałem rożne rzeczy związane z bieganiem i długotrwałym wysiłkiem. Przede wszystkim testom poddawany był sprzęt. Buty miałem już wybrane. Zresztą mając jedną parę startówek nie miałem tak na prawdę wyboru 🙁 Ze względu na niskie temperatury nie chciałem ryzykować lżejszego ubioru, żeby nie nabawić się jakiejś choroby dlatego testowanie ubioru startowego było praktycznie niemożliwe. Następnie nawadnianie – intensywność i skuteczność przed, w trakcie i po wysiłku, żele energetyczne podczas biegu oraz czasami jakieś batony energetyczne. Pisałem o tym przy okazji biegów, w którym brałem udział przed maratonem, że podczas tych imprez miałem doskonałą okazję do dopracowania szczegółów i dopracowałem.

Do startu w maratonie pozostał tydzień. Całe niedzielne popołudnie dochodziłem do siebie po biegu na Bagrach oraz regenerowałem się po nieszczęściu związanym z zatruciem pokarmowym oraz postępującym przeziębieniem. Cieszyłem się jednak, że mam kilka dni na dojście do siebie. Co mi dodawało otuchy, to fakt, że ostatnie dni przed startem to w sumie czas na zbieranie zapasów energii, odpoczynek i umiarkowany wysiłek fizyczny. Choroba nie odpuszczała i na 3 dni przed maratonem musiałem zażyć silniejsze niż dotychczas leki. Pomogło. W czwartek rano wstałem jak nowo narodzony!

Finalizacją planu treningowego i jego ostatnim aspektem miał być udział w maratonie – w moim przypadku w 16. PZU Cracovia Maraton.

O moim starcie w maratonie wiedziało bardzo wąskie grono osób. Byli to moi sąsiedzi, którzy również biegają. Oni dowiedzieli się na około 3 tygodnie przed datą startu. Oprócz sąsiadów była to moja żona i dziecko. Z kolei ich poinformowałem… tydzień przed maratonem :). Z uwagi na fakt, iż sam udział w takim biegu to dla mnie wyzwanie na miarę życiowego sukcesu, nie chciałem się psychicznie rozkojarzać i angażować innych w moje poczynania. Ponadto wolałem ukończyć bieg i pochwalić się faktem dokonanym, niż informować wszystkich naokoło , że biorę udział a nie podjąć wyzwania. W sumie aż do ukończenia biegu o moim starcie wiedziało 6 osób – w tym ja. Szóstą osobą był kolega, z którym biegałem w Rzeszowie półmaraton, a który startował tydzień przede mną w ORLEN Warsaw Marathon.

Under-promise and over-deliver!

Ostatni tydzień to również wyczekiwanie, realizacja planu żywieniowego, nawadnianie, lekkie przebieżki, ostatnie treningi, dopieszczanie szczegółów. To także sporo czytania artykułów o maratonach, o sytuacjach podczas biegu, o przezwyciężaniu psychicznego i fizycznego kryzysu, o taktyce biegu. To w końcu przygotowanie sprzętu, zaplanowanie dnia przez zawodami i masa innych detali.

Pierwszą dawkę stresu przedstartowego zafundowałem sobie podczas odbioru pakietu startowego. Postanowiłem nie odkładać tego wydarzenia tylko ruszyć do biura zawodów w pierwszych chwilach od jego otwarcia. I tak też uczyniłem. Wyszedłem z pracy wcześniej i pomaszerowałem od Alei Trzech Wieszczów alejkami wzdłuż Parku Jordana w Krakowie do biura zawodów mieszczącego się na parterze stadionu miejskiego im. Henryka Reymana.

Biuro zawodów czynne było od 15:00 w dniu 27.04.2017. Dotarłem pod stadion 15 minut przed otwarciem, wszedłem do zabudowań i ustawiłem się w kolejce. Tak tak, już była kolejka po odbiór pakietów i to całkiem spora. Gdy tylko otworzono drzwi spokojnym krokiem ruszyłem do stanowiska oznaczonego numerami z zakresu odpowiadającego mojemu numerowi startowemu. Sprawnie i szybko odebrałem pakiet, potem koszulkę i resztę pakietu startowego. Moja wizyta w biurze zawodów trwała około 20 minut.

Wyszedłem z biura zawodów i wtedy tak na prawdę dotarło do mnie dobitnie, że TO już się dzieje! Pobiegnę w MARATONIE !!! Uśmiechałem się do siebie co jakiś czas wędrując spacerem w to czwartkowe dżdżyste popołudnie ze stadionu miejskiego na autobus.

W domu rozpakowałem wszystko co otrzymałem w pakiecie startowym od organizatorów. Przeczytałem większość ulotek (co mi się rzadko zdarza) i usiadłem trochę ochłonąć z udzielających mi się emocji. Przymierzyłem koszulkę – świetnie pasowała ale nawet przez myśl mi nie przeszło, abym w niej pobiegł.

W piątek rano jeszcze pobiegłem przetestować kilka rozwiązań sprzętowych oraz raczej po to aby się dobitnie przekonać, że wybory, których dokonałem są właściwe. Po południu miałem już kompletny pakiet sprzętowy przygotowany do startu.

Przy wyborze butów nie miałem większego problemu ponieważ mam tylko jedne buty startowe. Adidasy służą już tylko do treningów. Reszta sprzętu to trochę taki „last minute„. Koszulkę i spodenki kupiłem na ponad tydzień przed startem, przetestowałem kilkakrotnie i w 100% spełniły moje oczekiwania. Dodatkowo zdecydowałem się na pas z bidonem i to dosłownie w ostatniej chwili. Kombinowałem, jak transportować moje żele na trasie i nic ciekawego nie mogłem wymyślić. Pas na bidon nie raz mi się sprawdzał na dłuższych wybieganiach i z entuzjazmem podjąłem decyzję o zabraniu go na zawody. Obszerna kieszonka bez problemów pomieściła wszystko co przygotowałem. Na ponad 24 godziny przed startem byłem przygotowany, przynajmniej technicznie.

Trasa 16. PZU Cracovia Maraton

Całą sobotę spędziłem z rodziną ale myślami byłem oczywiście zupełnie gdzie indziej. Planowałem w myślach wszystkie szczegóły, analizowałem, czy aby na pewno wszystko jest gotowe i czy o czymś nie zapomniałem. W końcu poszedłem spać 🙂

Dzień startu.

30 kwietnia 2017 wstałem oczywiście zanim włączył się budzik. Dzień wcześniej wszystkie elementy dnia startu z dokładnością do minut rozpisałem sobie na kartce. Śniadanie, nawodnienie, toaleta poranna, pakowanie i pożegnanie z rodziną. o 6:20 już zamykałem za sobą drzwi od mieszkania i kierowałem się w stronę stacji kolejowej. o 6:40 siedziałem w pociągu do Krakowa. Podróż szybko minęła i po niespełna 20 minutach już maszerowałem z dworca głównego w kierunku ścisłego centrum Krakowa, gdzie usytuowany był start maratonu. Wieliczka pożegnała mnie słońcem ale Kraków nie był tak pogodny a niebo spowite było ciężkimi chmurami. Dotarłem na Rynek Główny.

O 7:20 byłem już na płycie Rynku Głównego. Miałem zapas czasowy więc pospacerowałem pośród instalacji przygotowywanych na potrzeby maratonu. Dotarłem w końcu do ogromnych namiotów, w których mieściły się depozyty. Tam też przebrałem się i ruszyłem na rozgrzewkę. Wolnym truchtem przemieszczałem się naokoło ścisłego centrum zaliczając ponad 2 kilometry przeplatane rozciąganiem i innymi ćwiczeniami. Po około pół godzinie byłem już z powrotem w namiocie depozytów ponieważ zaczął powoli kropić deszcz. Do startu pozostało około 30 minut więc postanowiłem ubrać się w kompletny zestaw startowy.

Skończyłem się przebierać i w drodze z workiem do depozytu zauważyłem, że już nie pada deszcz… teraz leje! Przez kolejne 15 minut stałem pod namiotem żeby nie zmoknąć w strugach rzęsistego deszczu. Oprócz tego było też zimno. Bałem się, że moja chwilowa bezczynność wpłynie na jakość przygotowania do startu. Na 15 minut przez rozpoczęciem biegu stwierdziłem, że przecież i tak zmoknę i ruszyłem „dogrzać się„. Strefa startowa powoli się zapełniała, a z każdej strony napływały masy ludzi, zarówno uczestników maratonu jak i publiczności. Spojrzałem na zegarek. 5 minut jeszcze tylko i aż 5 minut. W tamtej chwili poziom koncentracji i adrenaliny sięgał granicznych wartości. Stałem pośród tłumu biegaczy oczekując na finalne komendy startera. W głowie po raz ostatni analizowałem plany nawadniania i pochłaniania żeli, jeszcze raz planowałem tempo. Pomyślałem też o swojej rodzinie i oczyma wyobraźni już malowałem sobie obraz finiszu z synem na rękach…

5… 4… 3… 2… 1… START!

W powietrzu unosił się pogłos wystrzału startera, ale zawodnicy z mojej strefy jeszcze nie ruszali na trasę. Start odbywał się w kilku etapach – najpierw startowali zawodnicy na wózkach, potem elita biegaczy, a następnie pierwsza duża grupa. Grupa, w której byłem i ja podchodziła ze 3 razy o kilkadziesiąt metrów, aby na chwilę zatrzymać się na prostej przed linią startu i w końcu ruszyć na trasę. Od czasu wystrzału startera minęło prawie dokładnie 2 minuty.

 

Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów od linii startu uzmysłowiłem sobie, że biegnę w maratonie! Serce i tak bijące jak szalone zabiło na chwilę jeszcze mocniej. Za gardło ścisnęła mnie fala entuzjazmu a z oczu popłynęła łezka radości! Na rozczulanie się nad sobą już nie było czasu więc szybko pozbierałem się i rozpocząłem realizację założeń planu biegowego.

Pierwsze 2 kilometry to oczywiście trochę przepychanek i szukanie odpowiedniego rytmu. Najgorzej było w momencie wbiegania na Błonia krakowskie z Alei Trzech Wieszczów. Z 3 pasmowej ulicy biegacze wbiegali przez bardzo wąskie przejście prowadzące na deptak na Błoniach. Trzeba niestety było zwolnić i tyle. Trochę obawiałem się tego dystansu na deptaku wokół Błoń.

4 km 16. PZU Cracovia Maraton
Copyright FotoMaraton.pl

Po przebiegnięciu tego odcinka stwierdziłem z zadowoleniem, że to był całkiem fajny kawałek trasy. Średnie tempo 00:04:50 trochę mnie przeraziło, bo zakładałem okolice 00:05:10 jednak właśnie w tempie poniżej 5 minut na kilometr czułem się bardzo komfortowo.

6 km 16. PZU Cracovia Maraton

16 .PZU Cracovia Maraton 6 km Jubilat

Mijał 7 kilometr kiedy wybiegałem spod mostu pod rondem M. Konopnickiej. Przyszedł czas na pierwszą połowę żelu i lekkie nawodnienie. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu. Po chwili zbiegałem na bulwary wiślane. Moje samopoczucie było na tyle dobre, że udało mi się przyspieszyć i na tym odcinku przez 4 km utrzymywałem tempo 00:04:30. Wiedziałem, że biegnę trochę za szybko jednak bałem się popsuć czegoś, co dobrze funkcjonuje.

9 km 16. PZU Cracovia Maraton

Z bulwarów wiślanych trasa prowadziła przez rondo Grzegórzeckie w kierunku Tauron Areny wiodąc po obu stronach Alei Pokoju i S. Lema. To bardzo fajny odcinek – szeroki, w jedną stronę lekko z górki, no a z powrotem trochę podbiegu. Na około 11 kilometrze mijali mnie liderzy maratonu. Fajne uczucie, kiedy ktoś kto zaraz wygra lub będzie w ścisłej czołówce jest metr od Ciebie i nie ważne, że on jest na trasie już ponad 7 kilometrów przed Tobą 🙂 Wbrew pozorom taka sytuacja dodała mi otuchy i była dodatkowym zastrzykiem energii.

Na S. Lema tuż za Tauron Areną był nawrót a po 500 metrach strefa nawadniania. Po tym odcinku zaczynał się lekki podbieg. Tutaj teoretycznie powinienem tracić sekundy, ale działo się wręcz odwrotnie. Utrzymywałem wysokie tempo w okolicach 00:04:40 na całej długości podbiegu czyli prawie 4 kilometrach! Biegło mi się bardzo lekko i to na pewno była sprawa psychiki. Jak wspomniałem wcześniej, że po Alejach Pokoju i Lema biegło się w przeciwnych kierunkach i wtedy właśnie ja widziałem osoby, które są kilka kilometrów za mną, a z drugiej strony, osoby biegnące wolniej ode mnie były w dokładnie identycznej sytuacji jak ja mijając liderów chwilę wcześniej.

Na 18 kilometrze zaczął się odcinek biegu po bulwarach wiślanych ale już po stronie bliższej centrum. Na niemalże całej długości tego odcinka trasy widać było jak Wisła występuje z brzegów a woda nieśmiało wdziera się wgłąb lądu. Niebezpieczeństwa dla biegaczy i kibiców na szczęście nie było żadnego. Do Smoczej Jamy na 21 kilometrze nadal wszystko przebiegało jak należy. Tempo było żwawe i równe, oddech miarowy i na tyle regularny, że nawet zapomniałem o jakiejkolwiek regulacji jego głębokością.

20 km 16. PZU Cracovia Maraton

Wbiegałem na Aleje Trzech Wieszczów i zauważyłem namalowany na asfalcie napis „22 km„. Biegnąc pierwszą pętlę utkwił mi w pamięci bo wtedy pomyślałem sobie jak fajnie będzie być w tym miejscu czyli w połowie dystansu. Wtedy byłem dopiero na początku maratońskiej przygody a teraz to już pół maratonu w nogach!

Ponownie pojawiłem się na Błoniach krakowskich i tym razem również miałem obawy jak przebiegnę ten odcinek. Jakoś ta okolica nie bardzo przypada mi do gustu i to już od dawna. Około 23 kilometra wyjąłem żel i pochłonąłem połowę zawartości opakowania. Już miałem zakręcać, gdy korek wyślizną mi się z moich zgrabiałych i zmarzniętych palców. Obejrzałem się tylko patrząc jak kawałek plastiku podskakuje po asfalcie chodnika i pobiegłem dalej z otwartym opakowaniem w ręku. Stwierdziłem, że spokojnie mogę tak pobiec kilka kilometrów i nic mi się nie stanie. Te kilka kilometrów nie trwało tak długo jak wcześniej zaplanowałem bo już przed 27 km wessałem resztę zawartości żelu i porządnie się nawodniłem.

W okolicach 28 kilometra zaczęły się pierwsze problemy. Na początku zaczął mi szwankować GPS a raczej wyświetlacz był już tak zaparowany, że niczego na nim już nie widziałem i po kilku nieudanych próbach, przestałem walczyć o czytelność GPS’u. Następnie zacząłem odczuwać narastający ból w lewym kolanie. To był bardzo zły znak, bo to kolano miałem kontuzjowane jakiś czas temu. Co więcej, na chwilę straciłem regularny oddech i zacząłem haustami łapać powietrze co również spowodowało, że zwolniłem. Na szczęście niedaleko był punkt nawadniania więc się trochę odświeżyłem, polałem kolano zimną wodą i pobiegłem dalej. Jeszcze kolejne 500 metrów było w miarę w dobrym tempie ale już lekki podbieg na most w ciągu Ludwinowskiej pozostawił wyraźne piętno na mojej dyspozycji.

Na szczycie mostu złapała mnie potężna kolka a jej intensywność była tak duża, że momentami nie mogłem oddychać. Nie zatrzymywałem się jednak tylko zwolniłem kroku i zacząłem regulowanym oddechem walczyć z boleściami.

Ból nie tracił na sile. Miałem ze sobą „na czarną godzinę” silny środek rozkurczowy i postanowiłem po niego sięgnąć. Moje dłonie były bardzo zgrabiałe a palce sztywne aż do bólu. Udało mi się rozpiąć zamek w saszetce pasa biodrowego i już miałem kapsułkę w palcach, gdy nagle poczułem, że jej nie mam ani w palcach ani w saszetce… Odwróciłem się i ujrzałem ją na chodniku jakieś 10 metrów za mną.

Zagotowałem się” w środku a słowa, które w tamtym momencie przeszły mi błyskawicznie przez myśl jako komentarz do sytuacji nie nadają się do publikacji. Przyłożyłem mocno dłoń do ściśniętego imadłem bólu miejsca, zacząłem rozmasowywać i walczyć. Po kilkudziesięciu metrach rzuciłem do siebie w myślach: „widocznie tak miało być i może lepiej, że nie zażyłem tej tabletki bo nie wiem jakie mogłyby być skutki„. I to była chyba najjaśniejsza myśl jaka przemknęła w mojej głowie. Machnąłem tylko ręką, zacisnąłem zęby i ruszyłem dalej. Na Zabłociu usytuowany był kolejny punkt odżywczy i tam nabrałem w ręce kilka kostek cukru, banana i wodę i spokojnie przyswoiłem. Ból powoli ustępował, ale cały czas był odczuwalny.

Po wbiegnięciu na most Kotlarski problemów ciąg dalszy. Ból lewego kolana jeszcze się nasilił, a odczucia były takie, jakby maź międzystawowa się wytarła / zużyła i kości trą jedna o drugą. Do tego doszedł paskudny skurcz lewej łydki. Aż zawyłem w boleściach jak włókna mięśniowe usztywniły mi lewą kończynę poniżej kolana. Tempo mojego biegu od razu spadło i od 30 km zaczęło oscylować w okolicach 00:05:30 km / minutę. Zderzyłem się z przysłowiową „maratońską ścianą„.

Przebiegłem przez Rondo Grzegórzeckie i po raz drugi tego dnia wbiegłem na Aleję Pokoju. W zapasie miałem jeszcze żel z kofeiną, którego spożycie zaplanowane było na 35 kilometr. W zaistniałych okolicznościach już nie miałem wiele do stracenia. Czułem, że słabnę, że przegrywam walkę z bólem, z niemocą, ze słabościami. Zażyłem cały żel na raz. „A co mi tam pozostało?” podsumowałem w myślach. Dystans uciekał. Na odcinku biegnącym w dół Alejami Pokoju ku Tauron Arenie jakby straciłem świadomość zatapiając swój skołowany z bólu i zmęczenia wzrok w biegaczy, którzy mijali mnie po drugiej stronie ulicy, po której trasa biegła już prawie prosto w kierunku mety.

Ocknąłem się przed punktem nawadniania na 31 kilometrze. Wypiłem chyba ze dwa kubki izotonika, kubek wody, porządnie schłodziłem kolano oblewając je zimną wodą i pomaszerowałem kilkanaście metrów. Nie miałem siły biec, a wiedziałem, że przede mną mała wspinaczka Alejami Pokoju w kierunku ronda Grzegórzeckiego. Udało mi się wejść w trucht i powoli przyspieszać. Głowna myśl, jaka mnie motywowała to widok mojego syna na mecie, którego trzymam na rękach i satysfakcja, że miesiące treningów przełożyły się na wynik sportowy.

Stromizna podbiegu nie była duża ale ciągnęła się na dystansie prawie 4 kilometrów. Gdzieś w połowie znowu musiałem przejść do kilkunastometrowego marszu bo ból spowodowany kolką powrócił, łydka zesztywniała w skurczu, a kolano też bolało jak nigdy dotąd. W takich chwilach różne myśli plątają się człowiekowi w głowie. Ani przez moment jednak nie pomyślałem o wycofaniu się lub o poddaniu bez walki. I właśnie wtedy w myślach zacząłem pisać wers wpisu na blogu słowami: „… i na 33 kilometrze, kiedy do mety było tak blisko…

K…a mać!” – wykrzyknąłem tak głośno, że aż się ludzie rozglądali. „Nie po to trenowałem, żeby się teraz poddać i jęczeć jak baba, że mnie coś boli! Jak boli to trzeba było siedzieć w domu i innym d..y nie zawracać” – dopowiedziałem już w myślach patrząc na szczyt wzniesienia. „A teraz skończ do jasnej ch….y pisać tego bloga tylko zajmij się biegiem – syn na mecie czeka i ma być z Ciebie dumny!” – dokończyłem mój wewnętrzny wywód. Tak zmotywowany rzuciłem wszystkie siły jakie miałem na szalę, podniosłem głowę, spojrzałem najdalej jak mogłem i począwszy od 36 kilometra zacząłem znowu biec!

Kiedy zbiegałem z ronda Grzegórzeckiego, mijający mnie biegacz zagadał całkiem sympatycznie, że musi mi się ciężko biec w przemoczonych butach. Odpowiedziałem, że ciężko jak ch…a ale daję radę. Fakt faktem, wpadłem w kałużę trochę wcześniej i miałem zalany lewy but. W ogóle lewa noga podczas całych zawodów dotknięta była wszelkiego rodzaju katastrofami.

Z mostu Kotlarskiego prowadził szybki zbieg na bulwary wiślane. Wiedziałem, że to płaski odcinek i muszę złapać się czyichś „pleców” i pociągnąć najmocniej jak się da. Upatrzyłam przed sobą biegacza, którego tempo było porównywalne do mojego, wyregulowałem oddech na ile mogłem skupiłem się mocno i zacząłem podążać za nim utrzymując regularne tempo. Jak się później okazało – bo mój GPS zaszwankował na 28 kilometrze – tempo utrzymywane biegaczem, do którego się”przykleiłem” było poniżej 5 minut na kilometr! Do tego dołożyć trzeba fakt, że po drugiej stronie Wisły miałem widok na biegaczy, którzy dopiero teraz pokonywali 28, 29 i 30 kilometr. Jak sobie tylko pomyślałem jakie to jest niewiarygodne szczęście, że ja jestem po tej stronie Wisły i że mam tylko dosłownie kilka kilometrów do pokonania aby osiągnąć wymarzony cel to jakoś mi się lżej i lepiej zrobiło na ciele i na duszy. Analizując wydarzenia na tym odcinku trasy oczywistym jest również fakt, że to nie tylko zasługa mojej taktyki dała mi wymarzony rezultat.

Po wbiegnięciu na bulwary wiślane strasznie się zirytowałem, bo z tyłu cały czas dochodziły do mnie coraz to głośniejsze okrzyki typu: „Panowie, ciśniemy, jest dobrze trzymamy tempo”, „Jedziemy, jedziemy, nie zwalniamy, już jest blisko!”, „Tempo, tempo, trzymamy tempo”, „Już niedaleko, dacie radę!”. No szlag mnie trafił w pierwszej chwili, bo te głośne okrzyki całkowicie zburzyły moją wewnętrzną koncentrację. Nie chciałem się odwracać, żeby już całkowicie nie wybić się z rytmu więc postanowiłem przyspieszyć, żeby zgubić „krzykacza„. I tak wsłuchiwałem się w donośne okrzyki przez kolejne 2 kilometry. Już miałem tej „motywacji” serdecznie dość i już miałem zakląć, gdy dosłownie w tym samym momencie gdy odwróciłem głowę, aby głośno wyrazić swoją dezaprobatę zobaczyłem…. niebieskie baloniki z napisem 3:30…. przypięte do pleców pacemakera.

Ależ się zdziwiłem a zarazem uśmiałem. Osoba, którą przeklinałem przez ponad 2 kilometry okazała się być tą osobą, która zmotywowała mnie i uratowała mój bieg! Pacemakerem okazał się być Patryk Domański. Jeszcze przez ponad kilometr utrzymywałem tempo, jakie wyznaczał pacemaker, ale na 40 kilometrze i 500 metrach nie miałem po prostu „z czego” wycisnąć tej ostatniej iskry wysiłku.

38 km 16. PZU Cracovia Maraton

Po nawodnieniu się na ostatnim punkcie odświeżania zlokalizowanym na 40 kilometrze, wiedziałem, że meta jest wręcz na wyciągnięcie ręki. Dwa kilometry przekładałem sobie na odległości pokonywane podczas treningów i szukałem szybko trasy o adekwatnym profilu, aby nastawienie psychiczne przełożyć na ostatni akt wysiłku fizycznego.

Minąłem Smoczą Jamę, do której prowadził ostatni i na szczęście króciutki podbieg. Zaczęły targać mną straszne emocje, bo wiedziałem, że to już jest na prawdę blisko. Od tego miejsca wzdłuż trasy było coraz więcej ludzi, a tłum coraz głośniej dopingował biegaczy, aż pojawiała się na ciele gęsia skórka. „Dawaj, dawaj, dasz radę!!!” dało się słyszeć co jakiś czas. Mijałem Wawel i skręcałem w ul. Grodzką biegnąc po śliskim, mokrym bruku. Bałem się upadku ale też nie biegłem asekuracyjnie bo tak de facto moje tempo nie było dość szybkie aby spowodować na tym odcinku jakieś nieszczęście. Co więcej, zza chmur nieśmiało zaczęło wychylać się słońce!

W połowie ul. Grodzkiej, na wysokości kościoła Piotra i Pawła po raz pierwszy ujrzałem Sukiennice i serce zabiło mi bardzo mocno. Byłem pewien, że ten bieg będzie przeze mnie ukończony i że już w tej chwili mogę być z siebie mega dumny. Po przecięciu ulicy Dominikańskiej doping kibiców dosłownie niósł mnie ku mecie. Nie czułem nic innego poza pozytywnymi emocjami. Ból, zmęczenie, zwątpienie – to wszystko było na bardzo dalekim planie, a na pierwsze miejsce wysuwała się realizacja najważniejszego aspektu mojego biegu.

Pierwsze kroki po płycie krakowskiego Rynku Głównego to jak spacer po miękkim perskim dywanie, to jak stawianie stóp w gęstej i puszystej trawie – coś wspaniałego! Słońce świeciło już bardzo mocno, a sceneria ostatnich metrów jawiła się z mojej perspektywy jak podróż z bajki. Niesiony dopingiem kibiców, oblany promieniami słońca, w pełni spełniony z racji kończenia morderczego acz królewskiego dystansu delektowałem się każdą sekundą ostatnich chwil na trasie.

Na horyzoncie pojawiła się już meta. Zbliżyłem się do prawej krawędzi trasy, bo umawiałem się z żoną, że będzie na mnie czekała z synem przed metą właśnie po mojej prawej stronie. Mijały metry a ja ich nie dostrzegałem, już pojawiały się pierwsze myśli, że ich nie będzie, że cały mój wysiłek nie zostanie zwieńczony w sposób w jaki sobie wymarzyłem i wyimaginowałem. Do moich uszu dochodziły skrawki dźwięków, ale ten właściwy dotarł do mnie na 50 metrów przed metą. „IZI – TUTAJ!!!” – usłyszałem wyraźnie głos mojej żony. Dostrzegłem ją przed sobą i mojego synka stojącego na barierkach oddzielających trasę od kibiców. Rozpłynąłem się ze szczęścia, po prostu się rozpłynąłem! W tamtej chwili już nie liczył się wynik, zmęczenie, finisz. Uniosłem syna ku górze a potem posadziłem na lewej ręce i wspólnie z nim biegliśmy do mety!!! To było najwspanialsze 50 metrów z całego maratonu!!!

 

Wbiegając na metę kątem oka zerknąłem na zegar umiejscowiony po prawej stronie instalacji. Zegar pokazywał 03:31:22. Przez chwilę zrobiło mi się trochę żal tej minuty i niespełna 30 sekund dzielących mnie od złamania granicy 3 godzin i 30 minut. Ale ta myśl szybko ustąpiła miejsce euforii związanej z jakże fantastycznym uwieńczeniem moich zmagań z dystansem, ze wszelkimi przeciwnościami losu i z samym sobą. Niosąc syna na ręku tryumfalnie przekroczyłem linię mety.

Czy da się opisać emocje jakie mi towarzyszyły podczas finiszu maratonu? Na pewno nie wszystkie bo takiej pozytywnej, emocjonalnej mieszanki wybuchowej jeszcze w życiu nie doświadczyłem! Szukając wzrokiem syna w tłumie czułem skrajną niepewność, zniecierpliwienie i rezygnację, że cały mój wysiłek zostanie zdeprecjonowany jednym, acz szalenie ważnym szczegółem. Chwytając dziecko na ręce i unosząc go do góry czułem się jak w świecie baśni. „To się dzieje na prawdę – tu i teraz, to się spełniło, to nie sen!” – kolejna fala euforii owładnęła moim umysłem. Kilka metrów przed metą oczy zaszkliły mi się łzami szczęścia, radości, euforii, ekstazy! Dla osób stojących z boku moja twarz wydawać by się mogła mokra od deszczu i zlana ze zmęczenia potem jednak to tylko część prawdy. Przebiegając linię mety łzy lały mi się strumieniem po policzkach, głos uwiązł mi w gardle, a jedyne co udało mi się wykrztusić przez łzy i ze zmęczenia to:

„Kocham Cię Hubuś !!!”

Przytuliłem mocno syna do siebie tłumiąc trochę łkanie i ocierając łzy szczęścia z policzków.

Tuż za linią mety czekały dziewczyny z medalami za uczestnictwo w biegu. Wolnym krokiem podszedłem do nich i przez chwilę stałem nieruchomo. Jedna z dziewczyn założyła z uśmiechem medal na szyi mojego syna, który z tego faktu był super szczęśliwy. Gdy już miałem odchodzić, druga dziewczyna stojąca obok powiedziała, że przecież we dwóch ukończyliśmy bieg i nam obydwóm należą się medale po czym zawiesiła pamiątkowy medal również na mojej szyi. Był to przemiły gest tej młodej osoby i na prawdę jestem im obojgu wdzięczny!

Po krótkiej chwili poszedłem odszukać żony, a gdy ją znalazłem w tłumie za metą stojącą przy barierkach, podszedłem i mocno przytuliłem ją i synka. „Kocham Was. Dziękuję” – tyle udało mi się wykrztusić z siebie słów. W tym uścisku radości trwaliśmy przez kilka sekund – długich sekund. Syn jako pierwszy odkleił się od nas i z dumą zaprezentował swój medal mamie. Żona powiedziała, że jest ze mnie dumna, że oboje z Hubusiem są ze mnie dumni, a ja przez te kilka sekund byłem niewątpliwie i bezdyskusyjnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!

Syn powędrował w objęcia mamy a ja wróciłem do strefy finiszu. Emocje mnie dosłownie rozsadzały od środka. Spojrzałem na metę tym razem już z zupełnie innej perspektywy a całe ciało przepełniała duma i coś na kształt spełnienia i samorealizacji. Klęknąłem na święcącej od deszczu kostce brukowej Rynku krakowskiego, zamknąłem na chwilę oczy i w głębi ducha sam sobie potwierdziłem – dałeś radę! Tę chwilę chciałem zachować sam dla siebie. To była moja prywatna celebracja zwycięstwa. Gdy już trochę ochłonąłem poszedłem po koc termiczny i powoli zacząłem kierować się do depozytów. Po drodze zgarnąłem jeszcze napoje i jedzenie przygotowane przez organizatorów i po kilkunastu minutach dotarłem do namiotu.

Odbierając swój worek z depozytu zauważyłem pacemakera, który dogonił mnie na około 38 kilometrze. Podszedłem do niego, uścisnąłem mu dłoń i powiedziałem: „Dziękuję, uratował mi Pan bieg kiedy dogonił mnie Pan na około 38 kilometrze i swoim dopingiem zmotywował mnie Pan na maksa. Jestem Panu niezmiernie wdzięczny bo to dzięki Panu udało mi się w dobrym czasie dobiec do mety„.  „Nie ma sprawy, taka była moja robota, żeby Was dowieźć do mety w wyznaczonym czasie” – odpowiedział pacemaker Patryk Domański po czym dodał: „A jaki czas uzyskałeś?„. Odpowiedziałem, że chyba 3:31:22 ale nie jestem w 100 % pewien. „O to super!” – powiedział Patryk na co ja odpowiedziałem: „Liczyłem na ciut lepiej ale myślę, że w debiucie w maratonie to i tak niezły wynik.” Patryka na chwilę zamurowało, po czym szybko dodał: „To tym bardziej gratulacje, super robota, ale będzie nad czym popracować do następnego startu!”. Uśmiechnąłem się po czym jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie, a ja na zakończenie dodałem: „to był mój cel na zbliżające się 40 urodziny i cel zrealizowałem również dzięki Panu, za co jestem Panu niezmiernie wdzięczy. Pan uratował mój bieg i sprawił, że spełniło się moje marzenie. Dziękuję!„. Po tych słowach wziąłem swój worek ze sprzętem i zacząłem się przebierać.

W późniejszym czasie odnalazłem profil Patryka Domańskiego na Facebook’u i przesłałem mu wiadomość z podziękowaniami o następującej treści:

Dopiero teraz, gdy emocje powoli ustępowały zaczynałem odczuwać fizyczne trudy maratonu. Palce u moich dłoni, wcześniej zgrabiałe i zmarznięte powoli odzyskiwały witalność i pełną sprawność ruchową. Okolice miejsca, gdzie dopadła mnie kolka były obolałe. Najgorzej było z nogami i stopami. Ściśnięta skurczem łydka lewej nogi bolała niemiłosiernie podczas każdego kroku, do tego dochodził pulsujący ból w kolanie. Stopy bolały mnie do tego stopnia, że nie mogłem chodzić i w namiocie depozytów musiałem posiedzieć na ławce z 10 minut. Nie dość, że przynajmniej połowę trasy przebiegłem w przemoczonym obuwiu to jeszcze buty Nike niestety nie okazały się zbyt komfortowe. Cóż, na półmaratonie sprawdzały się świetnie i były jedynymi startówkami jakie miałem.

Chwilę odpocząłem, przebrałem się i wolnym, obolałym krokiem ruszyłem w kierunki kościoła Mariackiego, gdzie wcześniej umówiłem się, żeby czekała na mnie żona z dzieckiem. W międzyczasie kolega z Zamościa, który biegał ze mną półmaraton w Rzeszowie wysłał mi smsa o treści:

Gratulacje! Szybko biegłeś
Na co ja mu odpisałem: Dziękuję 3:31 cośtam jestem wycieńczony. Na co on mi odpisał:
3:29 🙂
Odpisałem: a skąd masz wyniki? Oficjalnego jeszcze nie mam smsa.

Na tym skończyła się nasza konwersacja bo już zbliżałem się do miejsca, w którym umówiłem się z żoną. Zanim opuściliśmy arenę moich dzisiejszych zmagań i ruszyliśmy w kierunku Dworca Głównego jeszcze raz na krótką chwilę odwróciłem się w kierunku mety z uśmiechem na ustach pieszcząc moje oczy widokiem miejsca pełni mojego dzisiejszego szczęścia. I tak nasza trójka bardzo wolnym spacerem ruszyła ul. Floriańską w kierunku dworca PKP a dalej do Wieliczki, do domu.

Jak tylko usiedliśmy w pociągu zacząłem szukać oficjalnych wyników i aż podskoczyłem z radości, gdy na oficjalnej stronie 16. PZU Cracovia Maraton znalazłem swoje nazwisko a przy nim rezultat:

03:29:09 !!!

Szczęścia jakie mnie ogarnęło nie da się opisać słowami! Wymarzyłem sobie debiut w maratonie, ale nie chciałem go tylko zaliczyć. Chciałem złamać barierę, uzyskać konkretny rezultat czyli zejść poniżej 03:30:00. Byłoby to osiągnięcie niebywałe bo w granicach życiówek w półmaratonach jakie do tej pory osiągnąłem. Po to są jednak marzenia żeby je realizować. W tej jednej chwili oczy znowu zaszły mi łzami ze szczęścia bo mimo odczuwalnych skutków wytężonego wysiłku fizycznego, wszelkie aspekty związane z realizacją celów uczestnictwa w maratonie zostały w 100% osiągnięte. Czyż to nie jest piękne?! Czyż nie dla takich chwil warto żyć!!?? W tej jednej chwili poczułem się już nie tylko spełniony ale i kompletny!

A na koniec sympatyczna niespodzianka. Znalazłem się na oficjalnym video podsumowującym 16. PZU Cracovia Maraton.

(Oglądajcie od 01:01)

Może zajrzysz też tutaj