16. Krakowski Półmaraton Marzanny – 23.03.2019

Półmaraton Marzanny logo

Po raz trzeci z rzędu biorę udział w imprezie pod nazwą: Półmaraton Marzanny. Ten wspaniały bieg jest w Małopolsce postrzegany jako otwarcie biegowego sezonu startowego . Sama nazwa do tego zobowiązuje, bo przy okazji zawodów odbywa się symboliczne pożegnanie zimy czyli topienie marzanny. Półmaraton Marzanny to jednak coś więcej niż zawody sportowe. Beneficjentem jest Fundacja Schola Cordis Wspierania Kardiochirurgii Dziecięcej profesora Janusza Skalskiego. Jest to Organizacja Pożytku Publicznego, która realizuje marzenie o stworzeniu nowoczesnej kliniki, w której dzieci z wrodzonymi wadami serca będą odzyskiwać zdrowie. Dzięki fundacji ratowane są serduszka najmłodszych.

Półmaraton Marzanny na stałe wpisał się do mojego kalendarza biegowego. Mam z tym biegiem do wyrównania rachunki. Mój pierwszy Półmaraton Marzanny będę wspominał do końca życia. Właśnie podczas mojego debiutu, Półmaraton Marzanny obnażył moje wszystkie niedoskonałości taktyczne, nauczył cierpienia, bólu i pokory. Z kolei drugi Półmaraton Marzanny pokazał, że dzięki cierpliwości można osiągnąć naprawdę dobry rezultat. Biegnąc treningowo uzyskałem swój drugi w owym czasie życiowy rezultat na dystansie półmaratonu. Ten dzień, pomimo, że był zimny, wietrzny, typowo zimowy, okazał się idealnym do osiągania najlepszych wyników życiowych przez wielu biegaczy.

Teraz biorę się za Półmaraton Marzanny po raz trzeci w ogóle i po raz trzeci z rzędu. Dwie poprzednie edycje sporo mnie nauczyły i mam nadzieję garściami czerpać z tych doświadczeń aby osiągnąć satysfakcjonujący mnie wynik. Po Biegu w Myślenicach pozostały tylko wspomnienia, co prawda mało przyjemne. Czas szybko pokazał, jak kolosalny wpływ na wynik sportowy ma osłabienie organizmu przez chorobę. Tydzień po Biegu w Myślenicach, będąc już prawie zdrowym, z dość dużym zapasem pobiegłem na treningu 10 km o prawie minutę szybciej. To dobry prognostyk przed niedzielnym startem, ale Półmaraton Marzanny potrafi zaskakiwać. Mam nadzieję, że tym razem zaskoczy mnie pozytywnie.

Kilka słów na temat trasy. Posiada ona atest PZLA, czyli gwarancję, że trasa półmaratonu została dokładnie wymierzona i uzyskany na niej rezultat będzie precyzyjny i wiarygodny. W stosunku do roku ubiegłego większe zmiany nie zaszły.

Półmaraton Marzanny trasa

Szkoda tylko, że nie przebiegnę się po płycie Rynku w Krakowie :-). Zawsze to okazja do fajnego zdjęcia na tle Sukiennic albo kościoła Mariackiego 🙂 Trasa jest z pozoru łatwa, ale te pozory mylą. Drugi raz błędów z pierwszej edycji Półmaraton Marzanny nie zamierzam powtórzyć.

Przygotowania

Nic specjalnego. Jak już niejednokrotnie podkreślałem w poprzednich wpisach, rok 2019 traktuję biegowo w kategoriach: “niczego nie muszę”. Decydując się na Półmaraton Marzanny kierowałem się chęcią kontynuacji pewnej osobistej tradycji biegowej. Do tego dochodzi fakt, że ostatni sprawdzian w Myślenicach wyszedł bynajmniej słabo, żeby nie powiedzieć tragicznie. Przygotowany na półmaraton jestem, kwestią otwartą pozostaje, jaka będzie dyspozycja dnia. Mam nadzieję, że i nogi i głowa będą na tyle dobrze współpracowały, że na mecie będę się wyłącznie cieszył z uczestnictwa w Półmaratonie Marzanny.

Sobota w przeddzień startu w zawodach była bardzo intensywna, ale wcale nie ze względu na bieg, ale na aktywności związane z życiem codziennym. Rano w ramach rozruchu pobiegłem na ryneczek zakupić miodzik i trochę oscypków :). Do tego dorzuciłem jakieś “drobiazgi” i tak wyposażony biegłem z wielką torbą z zakupami przez centrum Wieliczki. Musiało to wyglądać komicznie, bo ludzie się za mną oglądali 🙂

Po wczesnym obiedzie odprowadziłem swoją mamę, która pomagała nam przez tydzień zajmować się maluchami, na autobus. Jak tylko wróciłem do domu, już w progu przywitały mnie moje dzieciaki wyrychtowane na wycieczkę. W międzyczasie przegrałem nierówną walkę z rozładowanym akumulatorem w aucie rodzinnym i musiałem cały “majdan” spakować do bądź co bądź ciasnej Skody Fabii.

Po kilkudziesięciu minutach byliśmy już w uwielbianym przez moje dzieciaki Parku Jordana w Krakowie. Ja skorzystałem na tej wyprawie podwójnie – nie dość, że nie siedziałem w Wieliczce przez całą sobotę, to jeszcze miałem możliwość osobistego odbioru pakietu startowego na Półmaraton Marzanny!

Półmaraton Marzanny biuro zawodówPółmaraton Marzanny biuro zawodów

Rodzina ruszyła na podbój huśtawek i piaskownic, a ja w zupełnie przeciwnym kierunku – do biura zawodów na Półmaraton Marzanny. Przy okazji nie omieszkałem umówić się z Kacprem Piechem, moim trenerem, od którego chciałem usłyszeć kilka dobrych rad przed startem. W tym celu odwiedziłem ich stoisko na EXPO – Triada Etapowa. Tam miałem przyjemność nie tylko zamienić kilka słów z Kacprem, ale również z Gabi 🙂 i pstryknąć sobie pamiątkowe fotki 🙂

Półmaraton Marzanny 2019Półmaraton Marzanny Gabi

Odbiór pakietu startowego na Półmaraton Marzanny przebiegł w ekspresowym tempie. Po kilku minutach byłem zaopatrzony we wszystko, po co przyszedłem z żelami energetycznymi włącznie. Pakiet na Półmaraton Marzanny, w porównaniu do innych krakowskich biegów wyglądał imponująco.

Półmaraton Marzanny pakiet startowyPółmaraton Marzanny pakiet startowyPółmaraton Marzanny pakiet startowyPółmaraton Marzanny pakiet startowy

Resztę sobotniego popołudnia spędziłem w Parku Jordana, skąd dopiero około 17:00 udało mi się wyrwać zmęczone, wygłodniałe wampirki energetyczne, czyli moje dwa króliczki duracell 🙂 Miałem nadzieję, że pójdą spać w aucie i wstaną na drugi dzień, ale gdzie tam! Owszem, wyspały się w aucie, ale harce i swawole trwały do późnej nocy. Ja zamiast odpocząć przed Półmaraton Marzanny, ganiałem po domu z i za urwisami, a gdy tylko poszły spać, nie miałem już siły na nic i poszedłem ich śladem.

Jedyne co mi się udało zrobić w tzw. “międzyczasie”, to przygotowanie stroju startowego na Półmaraton Marzanny.

W dzień startu, czyli w niedzielę 21 marca, wstałem po godzinie 6:00 rano z nadzieją, że będę miał czas dla siebie. Odniosłem połowiczny sukces – do 7:00 miałem swój czas, a po 7:00 współdzieliłem ten czas z moimi pobudzonymi dzieciaczkami.

Czas upływał bardzo szybko i o 8:35 wyszedłem z domu, aby wspólnie z sąsiadami – Justyną i Marcinem ruszyć w trasę na Półmaraton Marzanny. Dotarliśmy na miejsce około 10:00 rano. Marcin zaparkował auto przy stadionie Cracovii po czym we troje ruszyliśmy spacerkiem w okolice strefy startu / mety Półmaratonu Marzanny.

Od początku dnia nie miałem typowego nastroju biegowego. Byłem rozkojarzony, nieskoncentrowany, ospały i niezmotywowany. Z jednej strony kreśliłem sobie futurystyczną wizję osiągnięcia życiowego wyniku podczas Półmaraton Marzanny w postaci zejścia poniżej 1:35:00, a z drugiej nie miałem ochoty nawet przebiec kilometra na rozgrzewkę. Dopiero na 25 minut przed startem dosłownie zmusiłem się na roztruchtanie na dystansie około 1,5 km przed startem w Półmaraton Marzanny.

Kiedy na 10 minut przed startem wszedłem do strefy na 1:39:00 to zaczęła pojawiać się adrenalina startowa, dreszczyk emocji i ekscytacja. Jednak w odróżnieniu do poprzednich startów nie były to doznania intensywne. “Ot, pobiegnę na 1:35 bo tak sobie założyłem i już!” – cały czas kołatało mi w głowie. Na minutę przed planowanym startem Półmaraton Marzanny zamieniłem dwa słowa z pacemakerami na 1:39. Wkrótce też rozpoczęło się odliczanie do startu:

10, 9….3, 2, 1…

START!!!

I ruszył 16 Półmaraton Marzanny!!!

Plan na bieg był podobny do tego z poprzedniego roku – zaczynamy wolniej, czyli w okolicach 4:45 – 50 i stopniowo przyspieszamy. “No ale przecież trener powiedział, żeby zacząć z “balonikami” na 1:39, więc co ja mam tak wolno biec?!” – jak pomyślałem, tak zrobiłem i przez pierwsze 4-5 km biegłem tempem “baloników” na 1:39. Co prawda chłopaki wcale tempem na czas końcowy nie biegli, bo grupo ponad 5 sekund na kilometr szybciej na pierwszych 3 km, po czym stopniowo zaczęli wyrównywać przed mostem Zwierzynieckim. Mi się tak to szybsze tempo spodobało, że postanowiłem nie zwalniać, tylko poszukać swojej szansy i utrzymać tempo w okolicach 4:27 – 4:30.

Plan na złamanie 1:35:00 towarzyszył mi od przekroczenia linii startu i żeby go zrealizować, wiedziałem, że muszę przebiec cały dystans ze średnią poniżej 4:30 na km. Utrzymując dość wysokie tempo na początku bałem się odpuścić, bo gdzieś w głowie zakodowałem sobie, że nie będę w stanie pobiec szybko w końcówce i ukończyć Półmaraton Marzanny z życiowym rezultatem.

Bieg po bulwarach wiślanych nigdy nie należał do moich ulubionych, a to głównie dlatego, że jest monotonny, zbyt dużo otwartej przestrzeni i w pewnym momencie, po drugiej stronie Wisły widać oddalającą się czołówkę biegu. Tutaj kilometry uciekały pod butami bardzo wolno, a czas się niemiłosiernie dłużył.

Na kładce Bernatka znajdował się mniej więcej półmetek Półmaratonu Marzanny. Biegnąc po moście z jednej strony myślałem: “jak to cudownie, że połowa dystansu już za mną”, a z drugiej strony: “K…a! Jeszcze drugie tyle!”.

Na tym etapie Półmaraton Marzanny przebiegał pod już mocno operujące słońce, co nie wróżyło nic dobrego. Szczęście w nieszczęściu, temperatura powietrza była znośna, ale z każdą upływającą minutą robiło się coraz cieplej. Wyjście z sytuacji było tylko jedno – jak najszybciej dotrzeć do mety! 🙂

Najmniej szczęśliwym dla mnie fragmentem trasy Półmaraton Marzanny okazały się okolice Wawelu i bieg po “kocich łbach”. Tam tempo spadło mi do 4:45 – 4:55 na km i nie za bardzo miałem pomysł jak powrócić do 4:30. Tutaj też zrobiło się wąsko, w porównaniu do bulwarów wręcz klaustrofobicznie. Do tego dość gęsto od przechodniów i kibiców… zacząłem się trochę gubić i tracić koncentrację…

Półmaraton Marzanny
Photo by Robert S – Stelmach Fotografia

Od około 16 km zaczęły się prawdziwe problemy. Dobiegłem do punktu z wodą i musiałem przespacerować kilkanaście sekund, żeby złapać oddech. Kiedy się już zabrałem za bieganie, okazało się, że wrócić do tempa 4:30 łatwo nie będzie. Postanowiłem jednak powalczyć, wizualizując sobie dystans 5 km w realiach codziennego treningu w Wieliczce. Udało mi się pobiec jeszcze w granicach 4:40 – 45 i to był Mount Everest moich możliwości w to słoneczne, niedzielne popołudnie. Od 17,5 km rozpoczęła się walka, ale już nie o wynik, ale o przetrwanie…

Cierpiałem… cierpiałem strasznie i nikt i nic na to cierpienie nie mógł pomóc. O rezygnacji z zawodów nigdy nie myślałem i tym razem takie rozwiązanie nie było brane przeze mnie pod uwagę. Już raz, podczas mojego pierwszego startu w Półmaraton Marzanny cierpiałem katusze przez 18 kilometrów, więc 3,5 km powinienem dać radę.

Z bulwarów wiślanych w końcu uciekłem, ale lekki podbieg z bulwarów właśnie na Salwator i tam w kierunku Alei Focha kompletnie zniszczył moje już i tak zdewastowane mięśnie i siły witalne. Na 18 kilometrze jeszcze się łudziłem, nie wiedząc, że za chwilę czeka mnie najtrudniejszy odcinek chyba podczas moich wszystkich startów w zawodach…

Do nawrotu na Alei Focha nieopodal stadionu Cracovii jeszcze udawało mi się utrzymać tempo poniżej 5 minut / km, ale około 100 metrów później musiałem przejść do marszu… Świat mi zawirował przed oczami, poczułem słodki smak w ustach, a serce zwolniło i dużymi haustami wyrzucało krew. Całe ciało przeszył zimny dreszcz, a mięśnie stały się tak twarde, że nie byłem w stanie zgiąć nóg w kolanach. Już nie biegłem, szedłem na sztywnych nogach i patrzyłem bezładnie zroszonymi od łez oczami ku przeciwnej stronie Błoń, gdzie usytuowana była meta.

Bardzo się wtedy przestraszyłem tego, że moje serce może odmówić posłuszeństwa. Odczuwałem przenikliwy ból w klatce piersiowej. Po przejściu kilkunastu metrów zacząłem delikatnie truchtać, ale nogi były wręcz sparaliżowane, ciało wiotkie i obolałe. Serce na szczęście wróciło do swojego rytmu i mogłem powoli zacząć truchtać ponownie. Niestety, moja radość była przedwczesna.

Po kolejnych 350 – 400 metrach serce zakuło mnie ponownie. Ciało ponownie przeszył dreszcz i oblał mnie zimny pot. Byłem załamany… Tak blisko do mety, a tak daleko… Z drugiej strony pomyślałem, że jestem bliżej tragedii niż kiedykolwiek wcześniej, więc warto odpuścić trochę i ustabilizować podstawowe parametry na ile to możliwe.

Podjąłem kolejną próbę ukończenia Półmaraton Marzanny z pozytywnym w tych okolicznościach wynikiem. Kolejne 400 metrów pokonałem truchtem i już myślałem, że będzie dobrze, kiedy opadłem z sił całkowicie. Poczułem jak serce zaczęło mi mocno walić, fala gorąca zalewa moje ciało od głowy w dół… “To już koniec!” – pomyślałem i spojrzałem błagalnym wzrokiem w niebo tam szukając wsparcia.

Gdy tak szedłem kilka metrów, postanowiłem po raz ostatni spróbować powalczyć. “Jak się nie uda, dojdę marszem do mety” – pomyślałem. Półmaraton Marzanny muszę ukończyć i tyle! Zacząłem głęboko oddychać z przepony, pochyliłem się mocniej do przodu, a prawą ręką masowałem serce. I z każdym kolejnym krokiem zacząłem przyspieszać.

O rekordzie życiowym podczas tej edycji Półmaraton Marzanny już dawno zdążyłem zapomnieć. Teraz liczył się dla mnie wyłącznie to, żeby dobiec do mety w możliwie jak najkorzystniejszym czasie. Na tym odcinku każdy krok sprawiał ból, każdy oddech cierpienie. Daleki horyzont strasznie powoli przybliżał się do zamglonych oczu.

W końcu stoper wskazał 20 kilometr. Wiedziałem, że do mety pozostały nie kilometry, ale już tylko setki metrów. Wiedziałem również, że ten Półmaraton Marzanny będę musiał uznać za porażkę oraz prawdopodobnie za punkt zwrotny w mojej “karierze” biegowej.

Ostatni zakręt i przede mną ukazała się “autostrada do metyIle jeszcze muszę wycierpieć?! Niech to się już wreszcie skończy!!!” – błagałem w myślach. Na 300 metrów przed metą zobaczyłem Kacpra Piecha, który mocno mnie dopingował do możliwie maksymalnego wysiłku w końcówce. Te ostatnie 300 metrów to bardzo smutne doświadczenie. To chyba najsmutniejsze 300 metrów jakie przyszło mi przeżywać… Nie miałem absolutnie siły, moje mięśnie były sztywne i zaczęły mnie łapać potężne skurcze. Sam nie wiem jak mi się udało biec 4:45 w końcówce, której zresztą prawie nie pamiętam, a na pewno chciałbym nie pamiętać mijających mnie biegaczy. Tych akurat widziałem mnóstwo na ostatnich kilku kilometrach Półmaraton Marzanny…

Na 100 metrów przed metą spojrzałem na prawą stronę, gdzie umawiałem się, że będzie czekał na mnie mój syn. I czekał! Gotowy do wyruszenia z tatą na ostatnią prostą ku mecie! Gotowy na epickie zakończenie cierpienia swojego rodziciela! Gotowy na uhonorowanie swojego wkładu w bieg taty pamiątkowym medalem.

Serce przepełniło mi się tym razem radością i szczęściem! Uśmiech zagościł na mojej twarzy kiedy łapałem synka za rączkę i wspólnie zmierzaliśmy do mety. Po jej przekroczeniu wziąłem go w ramiona i mocno uściskałem. Podszedł do nas prowadzący zawody z mikrofonem i zapytał:

– “To kto komu pomagał ukończyć zawody? Ojciec synowi, czy syn tacie?.”

– “Obaj” – odpowiedziałem w naszym imieniu cichym, złamanym, ale w tamtej chwili szczęśliwym głosem.

Półmaraton Marzanny metaPółmaraton Marzanny meta

Po kilku chwilach na szyi mojego syna zawisł pamiątkowy medal i razem ruszyliśmy w kierunku wyjścia ze strefy, żebym mógł przekazać syna mamie. Ku mojemu zaskoczeniu, podbiegła do nas dziewczyna z medalami i zawiesiła mi również medal na szyi mówiąc, że “obaj na nie zasłużyliśmy”. Powiedziałem jej, że już mam jeden medal, ale ona tylko się uśmiechnęła i odeszła dalej rozdawać medale biegaczom kończącym Półmaraton Marzanny. Byłem bardzo miło zaskoczony, biorąc pod uwagę ostatnie doświadczenia z innego, niszowego biegu rozgrywanego w Parku Jordana.

Półmaraton Marzanny pakiet metaPółmaraton Marzanny pakiet meta

Syn powędrował do mamy a ja na posiłek i przebrać się. Podczas spożywania posiłku dotarł do mnie sms z informacją o wyniku:

16. Krakowski Polmaraton Marzanny, Twoj czas netto 01:39:26, 738 miejsce Open M, 258 miejsce M40, gratulujemy, wiecej na sts-timing.pl

Byłem trochę zaskoczony, że udało mi się zejść poniżej 1:40:00 ale też mocno rozczarowany wynikiem, dalekim od wydumanego…

Półmaraton Marzanny wynik

Półmaraton Marzanny dla mnie się zakończył. Sukces, to niewątpliwie ukończenie biegu i to poniżej 1:40. Porażka to czas i nieadekwatne do poziomu wytrenowania rozłożenie sił na Półmaraton Marzanny.

Półmaraton Marzanny medalPółmaraton Marzanny medal

Półmaraton Marzanny 2019 przeszedł do historii i będzie zapamiętany przeze mnie jako jeden z najmniej „wyraźnych” startów w półmaratonie. Wpływ na to ma niewątpliwie moje podejście do biegania w tym roku – niby odpuściłem ściganie się z własnym cieniem, ale ciężko mi odpuścić i pobiec wyłącznie dla samej satysfakcji. A nuż się uda ustrzelić życiówkę. 

Teraz skupiam się wyłącznie na starcie w Cracovia Maraton. Tak jak w przypadku Półmaraton Marzanny, w Cracovia Maraton również biorę udział po raz trzeci z rzędu. To jedyny maraton w 2019 roku, ale znając mnie, nie ostatni. Jeszcze nie czas zawieszać buty na kołku, jeszcze jest trochę kilometrów do przebiegnięcia. Cracovia Maraton, a szczególnie 17 edycja, dostarczyły mi niesamowitych emocji, które zawsze już będą mi towarzyszyły na trasach biegowych.

Nie oszukuję ani siebie, ani nikogo innego – w 18 edycji Cracovia Maraton zamierzam pobiec poniżej mojego rekordu życiowego. Czy się uda? A dlaczego miałoby się nie udać? Ostatni miesiąc biorę się solidnie do roboty na treningach.

Do zobaczenia gdzieś na trasach biegowych!

Może zajrzysz też tutaj