14. Krakowski Półmaraton Marzanny 2017-03-19

W Krakowie Półmaraton Marzanny rozgrywany jest już od trzynastu lat. Biegacze, chwilę po utopieniu kukły Marzanny, startują do rywalizacji na trasie półmaratonu. Trasa przebiega zarówno bulwarami wiślanymi, niedaleko Wawelu, jak również urokliwymi zaułkami Starego Miasta. Jest to pierwszy w Krakowie sprawdzian formy po zimowym leniuchowaniu na dystansie półmaratonu.

Jeszcze na jesieni 2016 roku mój znajomy namawiał mnie na wzięcie udziału w tym biegu. W tamtym czasie byłem dość świeżo po ukończeniu Półmaratonu Wielickiego i miałem jeszcze niezbyt pozytywne nastawienie do pokonywania dużej ilości kilometrów włączając w to rywalizację. Z upływem czasu jednak myśl o uczestnictwie w tym biegu przerodziła się w czyn, czyli zapisanie się na listę startową. Z wpłatą zwlekałem prawie do ostatniej chwili, aż w końcu opłaciłem startowe i zacząłem się powoli przygotowywać. Pierwszym etapem przygotowań było uczestnictwo w Biegu Walentynkowym w Krakowie na 5 km. Tam, pomimo drobnych niedogodności, udało mi się pobić rekord życiowy na 5 km i wyniósł on 21:22. Byłem trochę w szoku, że udało mi się tak szybko pobiec, ale z drugiej strony, byłem z siebie bardzo zadowolony. To była połowa lutego 2017 więc do Półmaratonu Marzanny pozostał jeszcze około jeden miesiąc. Czas uciekał…

Z założenia udział w Półmaratonie Marzanny był częścią przygotowań do dużo większej imprezy, a mianowicie do 16. PZU Cracovia Maraton. O przygotowaniach do 16. PZU Cracovia Maraton piszę w innym wątku, niemniej jednak z założenia Półmaraton Marzanny nie był od samego początku brany przeze mnie pod uwagę jako bieg docelowy. Najważniejsze było dla mnie przetestowanie kilku rzeczy w normalnych warunkach biegowych. Co można testować w biegu? Oj bardzo dużo rzeczy! Przede wszystkim chciałem sprawdzić ile czasu tracę na punktach odżywczych usytuowanych w okolicach co 5 kilometra na trasie. Mam problemy z połykaniem w biegu i wiem, że muszę się zatrzymać, żeby się spokojnie napić i nie zakrztusić.

Drugą rzeczą do przetestowania było sprawdzenie jak w biegu ciągłym sprawdzi się moje wypracowywane przez kilka tygodni wydłużanie kroku biegowego połączone z unoszeniem stóp bliżej pośladków. Do tej pory zauważyłem, że biegam mało ekonomicznie drobiąc kroczki i balansując na prostych jak patyki nogach. Podczas startu w półmaratonie chciałem przełożyć to co wytrenowałem na praktykę. Kolejną rzeczą do testów to żel energetyczny. Chciałem sprawdzić czy w warunkach „bojowych” inny, niż dotychczas używany żel energetyczny będzie miał jakąś „cudowną moc„. Ostatnią rzeczą do sprawdzenia to bieg w równym tempie co wydawało się bardzo możliwe ze względu na dość płaski profil trasy.

trasa XIV Krakowski Półmaraton Marzanny – 19 marca 2017 – źródło: www.polmaratonmarzanny.pl/

Zacznijmy jednak od samych przygotowań do biegu.

Nie stresowałem się na zapas udziałem w tym wydarzeniu. Z tyłu głowy była cały czas myśl, że to bardziej rozszerzony trening niż bieg po złoty medal Igrzysk Olimpijskich 🙂 Jednak to psychologiczne podejście zostało dwojako zaburzone przez mojego sąsiada, który biega dużo lepiej ode mnie i zakomunikował, że będzie brał udział w Półmaratonie Marzanny. Marnym „pocieszeniem” był dla mnie fakt, iż nie będzie on biegł po wynik dla siebie ale będzie „pacemakerem” dla swojej koleżanki, która przygotowuje się do startu w Maratonie Bostońskim w USA. Oni mierzyli w czasy poniżej 1:40:00 a moja życiówka 1:44:01 nawet nie pozwalała mi planować czegoś w okolicach ich wyniku… Ziarnko ambicji zostało jednak zasiane w mojej głowie i powoli kiełkowało.

Na zawody pojechałem bez rodziny. Niestety byli trochę chorzy, a pogodna nie rozpieszczała – mimo że mocno świeciło słońce to było zimno i wiał silny wiatr. Zapakowałem się z sąsiadem i jego małżonką do ich samochodu i ruszyliśmy do Krakowa. Po drodze „zgarnęliśmy” jego członków rodziny albo znajomych (nie pamiętam za bardzo), którzy również startowali w Półmaratonie Marzanny. Po kilkunastu minutach dotarliśmy pod Stadion Miejski w Krakowie, gdzie mieściło się biuro zawodów.

Po odebraniu pakietów startowych ruszyliśmy na rozgrzewkę przed zawodami. Mój sąsiad i jego małżonka od lat uprawiają bieganie i mają grono wspólnych znajomych. Trochę w sposób naturalny, nie mając nikogo obok siebie, do nich dołączyłem, co z perspektywy czasu nie do końca było dobrym posunięciem. Muszę w tym miejscu bardzo wyraźnie zaznaczyć, że wszystkie nowo poznane osoby to fantastyczni ludzie. Samo dołączenie do nich przed startem i przez to zaniechanie indywidualnego podejścia do rozgrzewki nie było trafionym posunięciem. Kolejnym chybionym pomysłem było chyba zaaplikowanie sobie „dozwolonego dopalacza„, który na treningach sprawdzał się bardzo pozytywnie jako dozwolony „doping” – tym razem prawdopodobnie zaszkodził…

Po krótkiej i dość chaotycznej rozgrzewce ustawiłem się w strefie startowej, ustawiłem „GPS’y”…

3,2,1… START!

i odpaliłem rakietę!

Pierwszy kilometr 4:39, drugi 4:54 bo pod silny wiatr, połowa 3 kilometra i… zaczyna paraliżować mnie przenikliwy ból. Nogi stały się ciężkie jak z ołowiu, rękoma nie mogłem prawie poruszać, ciało jak w konwulsjach, łzy w oczach… CO JEST?!?!?! Na końcu długiej prostej na Błoniach musiałem się zatrzymać bo o biegu nie było już mowy, nogi i ręce miałem sztywne jak kołki, stopy jak z drewna. Ogarnęła mnie całkowita niemoc. Zacząłem szukać przyczyn ale i rozwiązania. Pierwsza myśl – za szybkie tempo. Jednak po chwili namysłu 4:50 to przecież jest raczej tempo normalnego treningu a nie bieguodpada, druga myśl – tabletki… PO CO, PO CO, po stokroć PO CO się „naszprycowałem” !!?? Teraz już raczej nic nie pomoże i nici z dobrego rezultatu… Ogarnął mnie smutek ale nie zwątpienie. Postanowiłem powoli ale systematycznie rozruszać ten ból i mimo wszystko ukończyć bieg.

Po przebiegnięciu kolejnego kilometra serducho zaczęło mi walić jak opętane, musiałem się zatrzymać ze dwa razy, żeby się trochę uspokoiło. Zdałem sobie sprawę, że mam strasznie zakwaszony organizm i może dojść do sytuacji, że będę musiał zejść z trasy – zdrowie jest najważniejsze. Kolejne kilometry to na prawdę walka ze swoimi słabościami. Już nawet nie śledziłem tempa, nie regulowałem kroku, po prostu trwałem na nogach, a mętny wzrok wbiłem bezdusznie w horyzont. Kilka razy musiałem po prostu przejść do spaceru bo nogi sztywniały mi w bolesnych skurczach. Dotykałem mięśni – były twarde jak kamienie i praktycznie się nie rozkurczały. Zacisnąłem zęby i trwałem w biegu – trwałem – bo na pewno już nie biegłem.

Przed 10 kilometrem wyciągnąłem żel energetyczny i nie zastanawiając się długo wessałem w siebie całą zawartość opakowania, po czym podreptałem do punktu z napojami, zatrzymałem się, nawodniłem bardzo porządnie i po przebytych coraz żwawszym truchtem kolejnych kilkuset metrach zacząłem powoli odczuwać, że dzieje się coś pozytywnego 🙂 Nogi, o ile jeszcze bolały to już nie stawiały oporu i zaczęły „współpracować”, ustępował ból rąk, a ciało, do tej pory zgarbione od skurczów mięśni pleców, zaczęło się prostować. Delikatnie zacząłem przyspieszać i powoli cieszyć się biegiem. Prędkość rosła z około 6:00 na kilometr do nawet 4:36. Wrócił uśmiech na moją twarz. Czując, że jest trochę mocy, postanowiłem ją rozsądnie wykorzystać. Nie będę ukrywał, że największą satysfakcję sprawiało mi wyprzedzanie kolejnych zawodników. Z 1736 miejsca na 10 kilometrze przesunąłem się na 1691 na 15 km aby ukończyć bieg na 1427 z czasem 01:51:41…

Na mecie satysfakcja z ukończenia biegu przeplatała się z rozgoryczeniem wynikającym ze słabego wyniku i braku realizacji założeń. Z drugiej jednak strony udało mi się wyeliminować pewne rzeczy w perspektywie przyszłego startu w maratonie. Pierwsza rzecz, to moc żelu energetycznego – prawie dosłownie postawił mnie na nogi i umożliwił w miarę sensownym czasie ukończyć bieg. Kolejna rzecz to koniec z eksperymentami na przyszłość. Bieg to nie trening, że można popróbować pewne ryzykowne rozwiązania bez niepożądanych konsekwencji. Na koniec lekcja najważniejsza:

look after yourself

– święta prawda po raz kolejny zatriumfowała nade mną. Zamiast szukać towarzystwa i rozrywki w tłumie należy skoncentrować się wyłącznie na własnym przygotowaniu do biegu.

Półmaraton Marzanny 2017 przeszedł do historii i był niewątpliwie dla mnie najlepszą lekcją pokory. Jeszcze przez kilka dni analizowałem to co się wydarzyło element po elemencie szukając rzeczy, które należy wyeliminować na przyszłość. Cieszy fakt, że mentalnie nie załamałem się, że pomimo przeciwności jakie sobie sam zgotowałem potrafiłem podnieść się i ukończyć bieg. Cieszy również to, że właśnie podczas takiego biegu, będącego etapem w przygotowaniach do większego wydarzenia jakim jest 16. PZU Cracovia Maraton te błędy się pojawiły i można je było poddać analizie i ich więcej nie powtarzać.

Mimo wewnętrznej złości powodowanej brakiem dobrego wyniku po pewnym czasie doszło do mnie, że czas biegu nie jest wcale wymiernym wynikiem sportowym. Czas biegu można poprawić w przyszłości o ile solidnie przyłoży się człowiek do poprawy wszystkich mankamentów, które w danej chwili uniemożliwiły osiągnięcie satysfakcjonującego rezultatu.

Zobaczymy jak to się wszystko, co przeżyłem podczas Półmaratonu Marzanny 2017 przełoży całościowo i w poszczególnych detalach na bieg i wynik podczas 10 Półmaratonu Rzeszowskiego, który odbędzie się 9.04.2017.

 

Może zajrzysz też tutaj