12. PZU Bieg Trzech Kopców

Posłużę się informacjami ze strony organizatora imprezy, czyli Zarządu Infrastruktury Sportowej w Krakowie.

12. PZU Bieg Trzech Kopców – 30 września 2018 roku.

Organizowane od 2007 roku Międzynarodowe Otwarte Mistrzostwa Krakowa w Biegu Górskim. Uczestnicy mają do pokonania 13-kilometrową trasę pomiędzy trzema krakowskimi kopcami – Krakusa, Kościuszki i Piłsudskiego. Prawie 1/4 biegu wiedzie ścieżkami o nieutwardzonej nawierzchni. Różnica poziomów sięga 160 m. Ze względu na zróżnicowanie terenu w klasyfikacji międzynarodowej bieg został zaliczony jako „anglosaski”, w którym trasa prowadzi raz w górę raz w dół, w odróżnieniu od wersji „alpejskiej”, gdzie trasa w przeważającej części tylko się wznosi.

Wszędzie na trasie można się przekonać, że Kraków oferuje nie tylko zabytki i nowoczesną infrastrukturę, ale również urokliwe krajobrazy i naturalną przyrodę. Jest to jedyny w Polsce bieg górski, który wiedzie przez centrum dużego miasta.

Tyle tytułem wstępu.

Rok temu, po zakończeniu sezonu biegowego, w okolicach grudnia zastanawiałem się, czy będę musiał dokonywać wyboru pomiędzy Biegiem Trzech Kopców, Biegiem na Zakrzówek i Półmaratonem Wielickim, ponieważ wszystkie te trzy imprezy mogłyby się odbywać w 2018 roku w tym samym terminie. Pierwszy z listy odpadł Bieg na Zakrzówek. Decyzja o nieuczestniczeniu w cyklu biegów ITMBW zapadła po podjęciu współpracy z trenerem biegania na sezon 2018. Mój wybór padł na trenera związanego z cyklem Tour de Małopolska – konkurencyjnym do ITMBW oraz wynikał z chęci ukończenia całego cyklu biegów, a TdM miał bardzo korzystny kalendarz biegowy.

Półmaraton Wielicki skreślił się… sam. Organizator ogłosił, że bieg nie będzie już rozgrywany za przyczynę podając trudności finansowe z organizacją imprezy. Trudno, bo akurat ten półmaraton bardzo przypadł mi do gustu. 

Biegu Trzech Kopców tak na prawdę kreśląc plany startowe na 2018 rok, nie brałem poważnie pod uwagę. Mój pierwszy i jak do tej pory jedyny start w tej imprezie traktowałem incydentalnie. W 2018 roku szukałem jakieś alternatywy na ten termin i na pewno by się znalazła, gdyby nie fakt, że w kwietniu po raz drugi wystartowałem w PZU Cracovia Maraton! Kulisy mojego udziału zostały opisane przeze mnie w oddzielnym wpisie. Ponieważ Bieg Trzech Kopców  wchodzi w skład Królewskiej Triady Biegowej, nie pozostało mi nic innego niż czekać na zapisy do 30 czerwca i upolować numer startowy. Z tym polowaniem to nie przesada. Limit uczestników to w 2018 roku 3000 osób, a chętnych co najmniej dwa razy więcej!

W dniu zapisów spokojnie dokonałem zgłoszenia i już cieszyłem się na możliwość przeżycia po raz drugi tych fantastycznych emocji towarzyszących w każdym biegu, ale zawsze w inny sposób.

Trasa, przygotowania etc…

Zacznę od przygotowań.

Od samego początku moim celem było złamanie granicy 1 godziny. Maltretowałem się na treningach, maltretowałem swoją psychikę każdego dnia wpajając sobie, że zejście poniżej 1 godziny będzie wielkim wyczynem i „bramą do świata szybkiego biegania„. W świetle okoliczności pozasportowych każda doza pozytywnej motywacji była dla mnie na wagę złota.

Na 3 tygodnie przed Biegiem Trzech Kopców wystartowałem w Maratonie we Wrocławiu. Po biegu stało się dla mnie jasne, że jeżeli „nie biegnie głowa” to i nogi biec nie będą, pomimo, że są mocne i dobrze przygotowane. Maraton uzmysłowił mi, że bieganie, na jakimkolwiek dystansie to ścisła współpraca ciała i umysłu i jeżeli jedno z dwojga nie pracuje jak potrzeba, to choćby nie wiem co, wyniku sportowego nie będzie.

Czas pomiędzy maratonem a B3K wypełniony był głównie odpoczynkiem i regeneracją. Nawet planowałem odnowę biologiczną w postaci masaży sportowych, sauny, etc. Skończyło się jak zwykle… na niczym szczególnym. W ostatnim tygodniu widząc, że forma fizyczna jest na wysokim poziomie zabrałem się za psychikę, żeby ją choć na tą godzinę odseparować od dnia codziennego. „Prężyłem muskuły” na Instagramie, jakie jest moje bojowe nastawienie przed biegiem oraz jak dobrze jestem przygotowany do złamania magicznej granicy 1 godziny. Budowałem napięcie aby moje myśli skierować na pozytywne tory o możliwości, czy wręcz konieczności odniesienia sukcesu. Porażki nie brałem pod uwagę!

Trasa biegu. W sumie niespodzianki nie było. Trasa taka sama co w poprzednich edycjach, ale też z drugiej strony dobrze, bo czas biegu a nie profil trasy będzie podlegał weryfikacji. Na papierze trasa wygląda „niewinnie” ale dopiero rzeczywistość pokazuje jej prawdziwą, morderczą twarz:

Trasa mi znana, jednak przebiegłem ją tylko raz i pamiętam, że nie wybacza nawet najdrobniejszego błędu taktycznego…

Spory dylemat miałem z wyborem butów. Nie, żebym miał ich aż tyle 🙂 Mam raptem 2 pary… Bardziej zastanawiałem się, czy wybrać sporą amortyzację jaką dają Adidas Supernova Boost, czy też dynamikę i szybkość NB Wazee. Zdecydowałem się na New Balance, a to głównie dlatego, że chciałem przecież biec szybko, a Adidasy jakoś ostatnio nie dawały mi satysfakcjonującego odczucia prędkości. Do tego miało być sucho i słonecznie, więc ewentualna dodatkowa cecha Adidasów czyli przyczepność nie miała istotnego znaczenia. Reszta sprzętu to tak dosłownie i w przenośni: wszystko co mam najlepszego:

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

Minimalizm, tak to bym określił. Żadnej kompresji, pasków na żele i zbędnego tałatajstwa 🙂

Dzień przed biegiem.

Można powiedzieć, że tradycyjnie, po odbiór pakietu startowego wybrałem się z synkiem:

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

A co było w pakiecie? Zobaczcie sami:

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

Bieg Trzech Kopców - bieg górski

Resztę dnia spędziłem głównie z synkiem, zabierając go do nowo otwartego parku rozrywki GOKidz, gdzie spędziliśmy ponad 2 godziny.

Dzień startu.

W przypływie euforii po maratonie we Wrocławiu zaproponowałem rodzinie, aby kibicowała mi na mecie biegu. Już oczami wyobraźni widziałem czekającego na mnie synka z wyciągniętą rączką, czekającego aż z tatą przebiegnie te kilkadziesiąt ostatnich metrów… Niestety, to się nie wydarzy, a to głównie dlatego, że moja córeczka zachorowała i szkoda dziecka narażać na dodatkowe komplikacje zdrowotne. Z jednej strony trochę szkoda, ale z drugiej to może i nawet lepiej, że będę sam. Nie będę się dodatkowo stresował, że już muszę się szybko zwijać, ubierać i wracać do domu. Przynajmniej przez te kilka godzin pobędę sam na sam ze sobą.

Start biegu zaplanowany był na godzinę 9:30, a ja w domu już od 6:30 nie mogłem usiedzieć na miejscu. Śniadanie, pakowanie, toaleta poranna – to wszystko było już za mną na dobre pół godziny przed planowanym wyjściem na autobus. Tuż przed moim wyjściem wstała moja córeczka. Pokręciłem się chwilę jeszcze po mieszkaniu, pożegnałem z domownikami i poszedłem na przystanek. Po kilkudziesięciu minutach już byłem na Podgórzu i z ronda Matecznego, spacerkiem wędrowałem do biura zawodów. Dotarłem tam na niespełna godzinę przed startem.

W budynku szkoły, gdzie mieściło się biuro zawodów było bardzo ciasno. W końcu zgłosiło się około 3000 ludzi więc nie ma co się dziwić ściskowi na korytarzach. Udało mi się znaleźć wolne miejsce i powolutku, niemalże z pietyzmem rozpocząłem przygotowania. Zajęły mi one tak około 15 – 20 minut. Gdy do rozpoczęcia zawodów pozostało mniej niż 30 minut oddałem swój worek do depozytu i ruszyłem na rozgrzewkę w kierunku kopca Krakusa. W odróżnieniu od innych moich startów, tym razem postanowiłem nie przesadzać z intensywnością tylko oszczędzać energię na sam bieg.

W strefie startowej ustawiłem się na 15 minut przed startem i razem z innymi uczestnikami biegu, w rytm muzyki i pod dyktando prowadzącego rozpocząłem rozgrzewkę przedstartową. Popatrzyłem na zegarek i do startu pozostało chyba z 5 minut, gdy nagle poczułem lekki dyskomfort w prawym udzie. Pomyślałem sobie: „o nie, tylko nie to, tylko żeby to nie było naciągnięcie mięśnia”. Zacząłem szybko diagnozować źródło bólu i rozmasowywać bolące miejsca. W tamtej chwili nie łudziłem się, że uda mi się cokolwiek zrobić, ale nie przeżywałem tego za bardzo. Myślałem pozytywnie, a że do startu pozostały sekundy, jakoś ten problem jakby oddalił się na dalszy plan.

START!!!

I ruszyliśmy spod Kopca Krakusa w kierunku Kopca Piłsudskiego! Przede mną i innymi biegaczami niecałe 13 km po bardzo zróżnicowanym terenie – od żwiru, kostki brukowej, asfalt, płyty betonowe aż po leśne ścieżki Parku Wolskiego.

Początek, czyli karkołomny zbieg z kopca Krakusa w kierunku rynku Podgórskiego jak zwykle mocno… denerwujący. Już na samym początku zadałem sobie retoryczne pytanie: „po ch…. osoby biegnące tempem żółwia pchają się na początek stawki i swoim człapaniem blokują szybszych od siebie biegaczy??!!” To jest niestety irytujące podczas niemalże każdego biegu, że część biegaczy biegających wolno pcha się na sam przód a potem przez takowych marnuje się cenne sekundy przy próbach wyprzedzania. No ale na szczęście po przebiegnięciu kładki nad ul. Powstańców Wielkopolskich zrobiło się szeroko i luźniej.

Pierwszy kilometr pobiegłem trochę zachowawczo, co nie znaczy, że wolno. 4:21 to raczej nie jest spacerowe tempo 🙂 Taki czas wynikał też z profilu trasy, która na początku biegła ostro w dół. Drugi kilometr był jeszcze szybszy – 4:06 i również trasa biegła w dół przez rynek Podgórski aż do bulwarów wiślanych. Tam właśnie zaczęło się wypłaszczać. Do 5 kilometra biegłem średnio 4:30 oszczędzając trochę sił na czekające mnie podbiegi. Odcinek na bulwarach mogę śmiało przyznać, miał dla mnie najmniej istotne znaczenie i skupiałem się tutaj na złapaniu regularności.

Przy pętli tramwajowej na Salwatorze „zaczęło się„. Tutaj właśnie rozpoczynał się odcinek górski biegu. Kolejne 2 kilometry to wspinaczka po trasie o zróżnicowanym profilu nachylenia – raz ostrzej (na początku), raz bardziej płasko ale nużąco (jak na końcu odcinka). Biegłem i biegłem i nie mogłem się doczekać szczytu tej pierwszej wspinaczki. Jednocześnie czułem, że mój zapas sił się jakoś dziwnie kurczy i pojawia się zmęczenie i kolka! Równo na 7 km stanąłem bo kolka mi tak dowaliła, że nie mogłem złapać oddechu. Na szczęście tak jak szybko się pojawiła, tak szybko – choć nie całkowicie – ustąpiła. Tempo mi siadło, bo skutki kolki jeszcze przez jakiś czas odczuwałem. Wtedy też popatrzyłem na zegarek i pomyślałem, że trzeba powalczyć, bo wg. moich kalkulacji jest jeszcze szansa na dobry wynik.

Między 8 a 9 km był stromy odcinek w dół i o ile pamiętam jak w zeszłym roku „puściłem nogi” zbiegając w szaleńczym tempie, tak w tym roku postawiłem na asekurację… przez buty, które nie do końca nadawały się na szutrową nawierzchnię.

Od 9 km zaczynał się leśny odcinek górski. Gdzieś w głowie starałem sobie przywołać obraz z biegu z poprzedniego roku, ale nic ciekawego, jakich błędów nie popełnić, nie przychodziło mi na myśl. Wiedziałem tylko jedno – nie wolno mi „podpinać” się pod innych biegaczy tylko trzeba regulować własne tempo. To mi się po części udało. Może moje tempo nie było takie, jakbym chciał, ale było chyba optymalne na dany dzień.

10 kilometr to koniec wspinaczki i… koniec marzeń o złamaniu granicy 1 godziny w biegu 🙁 Stoper wskazywał czas 49:08 więc aby przebiec poniżej 1 godziny musiałbym biec w tempie poniżej 4′ / km co było oczywiście nierealne. Co prawda pamiętałem, że mam jakiś zapas czasu, bo włączyłem stoper przed przekroczeniem linii startu, ale nie łudziłem się, że ten zapas wystarczy mi do osiągnięcia założonego celu. 

Pamiętam jak dziś to uczucie zobojętnienia, które zawładnęło moim ciałem, kiedy mój mózg zakomunikował porażkę. Pierwsze opuściły mnie siły mentalne. Nastąpiło coś w rodzaju tąpnięcia, tak jakby piękna bajkowa kareta w jednej chwili zmieniła się w dynię i czar prysł w mgnieniu oka… Siły fizyczne – ku mojemu zaskoczeniu – były jeszcze na dość rozsądnym poziomie i to chyba tylko dzięki temu postanowiłem powalczyć do końca o jak najlepszą pozycję i czas.

Odcinek równolegle do Ogrodu Zoologicznego był biegiem w samotności. Przede mną biegacze w odległości około 30 – 50 metrów, za mną 40-50 metrów kilka osób a ja biegłem sam na lekkim zbiegu podkręcając tempo do 4:23/km. Pamiętam pustkę jaka mnie wtedy ogarniała. Odizolowałem się zupełnie od świata, od biegu, od wszystkiego naokoło. W głowie rodziła się strategia na ostatni odcinek biegu – w okół kopca Piłsudskiego. To najtrudniejszy chyba odcinek trasy choć już płaski. Jego trudność polega na tym, że wbiegając pod kopiec po lewej stronie widać już metę, ale człowiek nie zdaje sobie sprawy, że żeby ją przekroczyć trzeba jeszcze ten kopiec obiec dookoła! W głowie powstaje pętla potęgowana przez zmęczenie, zaczynają się nerwy i rośnie wycieńczenie bo niby meta jest blisko ale jej nie ma i nie ma i nie ma…

Doskonale wiedziałem, że ta niepełna pętla jest trochę zgubna i na początku „wszedłem” w nią spokojnie i z każdym metrem rozpędzałem się. Przede mną biegła grupa osób i za cel nadrzędny postawiłem sobie, żeby ich wyprzedzić i absolutnie nie dać się wyprzedzić nikomu innemu! Ostatnie 200 metrów to sprint z narastającą prędkością. Na metę wpadłem w tempie 3:42/km a ostatnie 100 metrów przebiegłem poniżej 4′. Pewnie byłoby inaczej, gdyby inny biegacz nie chciał się pościgać ze mną 🙂 Ja nie miałem zamiaru odpuścić i tak oto zafundowałem sobie ostre zakończenie zawodów 🙂

I po biegu

Po przekroczeniu linii mety musiałem się szybko „reanimować„. Tak szybka końcówka praktycznie na bezdechu narobiła mi trochę strat. Oparłem się o barierki i łapałem oddech. Wyglądałem jak ryba wyrzucona na brzeg, ale tak właśnie się czułem 🙂 Serce waliło mi jak szalone, a w żołądku zaczęło bulgotać i niewiele brakowało, a zobaczyłbym co też takiego nie zostało jeszcze strawione 🙂 Na szczęście oszczędziłem sobie i innym niepotrzebnych wrażeń i powędrowałem na wątłych nogach po odbiór medalu, który chwilę później zawisł na mojej szyi.

Putka, rezygnacja i ogólne zmęczenie, zniechęcenie, obojętność… takie uczucia towarzyszyły mi po ukończeniu biegu. Nie było sensu szukać cennych sekund na trasie, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. Uważałem, że przygotowywałem się dobrze do tego startu, podczas biegu zrobiłem co mogłem i chyba będę się musiał pogodzić z faktem, że poziom jaki osiągnąłem w bieganiu jest bliski optimum. Owszem, na wyższy poziom można wejść odpowiednim treningiem, ale czy ja tak na prawdę chcę się katować obciążeniami treningowymi tylko po to, żeby być o kilkanaście / kilkadziesiąt sekund szybszy? Zadawałem sobie w kółko jedno pytanie: „czy moje bieganie ma jeszcze jakiś sens, a jeśli ma to jaki????

Poszedłem do depozytu po swoje rzeczy, następnie znalazłem skrawek trawy, żeby się rozłożyć i przebrać po czym usiadłem na chwilę wpatrując się martwym wzrokiem w pustkę. Byłem sam, chciałem być sam ale czy chciałem być wtedy samotny…? Chyba nie… Dlatego też wstałem i poszedłem „do ludzi” czyli do bufetu, aby coś zjeść. Po drodze do jadłodajni spotkałem znajomego z Instagrama – Bartka. On w doskonałym humorze, bo zakończył bieg z fantastycznym czasem około 55 minut, a ja jak zbity pies ze spuszczonym czołem dzieliłem się swoją bądź co bądź porażką.

Zanim opuściłem strefę mety zebrałem się w sobie na kilka pamiątkowych zdjęć.

I to już koniec imprezy pod nazwą 12. PZU Bieg Trzech Kopców.

Pozostaną wspomnienia, medal, numer startowy i nadzieja, że w przyszłości jeszcze uda mi się pobiec w tej imprezie i złamać magiczną granicę 1 godziny. W tej edycji mi się nie udało, co więcej, początkowo myślałem, że pobiegłem gorzej niż rok wcześniej w debiucie. Dopiero dwa tygodnie po zakończeniu biegu porównałem osiągnięte wyniki i okazało się, że mój tegoroczny czas jest o prawie minutę lepszy! Marne to pocieszenie, ale zapaliła się iskierka nadziei, że można będzie jeszcze powalczyć!

Tymczasem wracam do treningów. Mój sezon biegowy w tym roku jeszcze się nie zakończył.

Pozdrawiam,

Może zajrzysz też tutaj