11. PZU Bieg Trzech Kopców 01.10.2017

11. PZU Bieg Trzech Kopców

Uczestnicy imprezy pokonują 13-kilometrową trasę pomiędzy trzema krakowskimi kopcami – Krakusa, Kościuszki i Piłsudskiego. Prawie 1/4 biegu wiedzie ścieżkami o nieutwardzonej nawierzchni. Różnica poziomów sięga 160 m. Ze względu na zróżnicowanie terenu w klasyfikacji międzynarodowej bieg został zaliczony jako „anglosaski”, w którym trasa prowadzi raz w górę raz w dół, w odróżnieniu od wersji „alpejskiej”, gdzie trasa w przeważającej części tylko się wznosi. Dystans należy pokonać w regulaminowym czasie 2 godzin. Limit zgłoszeń wynosi 2 500 osób. Jest to jedyny w Polsce bieg górski, który wiedzie przez centrum dużego miasta.

11. PZU Bieg Trzech Kopców

Bieg Trzech Kopców był dla mnie od samego początku wielka niewiadomą. Nie miałem żadnego pomysłu na właściwe przygotowanie się. Wieliczka, gdzie najczęściej trenuję jest bogata w pagórki, podbiegi, zbiegi i ogólnie jest to pofałdowany teren i wydawać by się mogło, że idealny pod kątem przygotowań do takiego właśnie biegu jakim jest Bieg Trzech Kopców. Ponieważ nie wiedziałem czego się spodziewać, od początku traktowałem ten start jak przygodę.

Po ukończeniu półmaratonu wielickiego miałem tydzień czasu na regenerację i mentalne przygotowanie. O fizycznym przygotowaniu już oczywiście nie było mowy, zresztą, przecież w tydzień forma nie zniknie. W tym właśnie tygodniu pomiędzy biegami postawiłem na trening dynamiczny i trochę wspinaczki. Powiem szczerze, że spodobało mi się wspinanie pod „ścianki” i kłucie w mięśniach spowodowane zwiększonym wysiłkiem.

W sumie przed niedzielnym biegiem udało mi się zrealizować 3 treningi. Nie to żebym po tych 3 treningach czuł się jakoś lepiej, inaczej czy pewniej. Na pewno czułem się przygotowany na zawody. Jedyne czego trochę żałowałem to fakt, że moja rodzina nie będzie czekała na mnie na mecie i nie przebiegnę razem z synem przez linię mety, jak to mamy ostatnio w zwyczaju. Ich nieobecność jest jak najbardziej usprawiedliwiona faktem, iż spodziewamy się przyjścia na świat córeczki i to właśnie w każdej chwili a taka wycieczka i to jeszcze z rozbrykanym maluchem jakim jest mój synek raczej nie byłaby dobrym pomysłem.

Dzień przed biegiem

Dnia 30 września razem z synem wybraliśmy się do biura zawodów po odbiór mojego pakietu startowego. Dla mojego maluszka był to jedynie przystanek na trasie do Parku Jordana w Krakowie, ale dzielnie mi towarzyszył.

11. PZU Bieg Trzech Kopców odbiór pakietu

Mój dzielny chłopczyk otrzymał również swój „pakiet startowy” w postaci worka z logo zawodów 4. PZU Półmaraton Królewski wypełnionego słodyczami i różnymi gadżetami, a który to worek wręczyły mu przemiłe panie na stoisku głównego organizatora biegu.

Mój pakiet startowy prezentował się jak na poniższym zdjęciu:

11. PZU Bieg Trzech Kopców pakiet startowy

Jak dla mnie w sam raz. Koszulka w rozmiarze M trochę była dopasowana ale jeszcze nie za ciasna. Spotkałem się z wieloma opiniami uczestników biegu, że rozmiarówka koszulek była trochę zaniżona. Z drugiej strony lepiej taka koszulka niż luźny „worek” plączący się miedzy rękami i fruwający na wietrze.

W pakiecie startowym znalazł się również „Kopiec Kreta” – ciasto od sponsora, który idealnie wpasował się w tematykę zawodów.

Trasa...

Ze względu na zróżnicowanie terenu bieg został zaliczony jako „anglosaski”, w którym trasa prowadzi raz w górę raz w dół, w odróżnieniu od wersji „alpejskiej”, której trasa w przeważającej części tylko się wznosi. Trasa ma około 13 km, zarówno po utwardzonej, jak i nieutwardzonej nawierzchni. Różnica wzniesień natomiast wynosi około 160 metrów.

Przebieg trasy i jej profil znajdują się poniżej:

MAPA TRASY 11. PZU BIEGU TRZECH KOPCÓW

profil trasy 11. PZU Bieg Trzech Kopców

Dwa dni siedziałem i kminiłem jak „ugryźć” taktycznie tą trasę. Odcinek pomiędzy 4 a 7 kilometrem był mi dobrze znany z Krakowskiego Biegu Niepodległości z 2016 roku. Największą niewiadomą było dla mnie co się będzie działo między 8,5 km a 10,5 km. Patrząc na profil miałem lekkie obawy w oczach i łudziłem się, że rzeczywistość nie będzie tak drastyczna i powalająca.

Z drugiej strony nie narzucałem sobie żadnej presji wyniku ani celu do realizacji. Beg to „tylko” około 13 km więc nawet jak mnie dopadnie kryzys to nie taki, który uniemożliwi mi ukończenie zawodów.

Dzień startu

Dnia 1 października to dzień startu imprezy pod nazwą  11. PZU Bieg Trzech Kopców.

Rozpoczęcie ścigania zaplanowane zostało na godzinę 10:30 a start usytuowany został na Wzgórzu Lasoty pod Kopcem Krakusa (Podgórze). W imprezie zadeklarowało swój udział 2800 uczestników w tym ja!

Po godzinie 8:00 rano wyszedłem z domu i udałem się na autobus. Linią 304 dojechałem do ronda Matecznego skąd następnie poszedłem spacerkiem do biura zawodów mieszczącego się w Szkole Podstawowej nr 29 przy ul. Dembowskiego 12 w Krakowie. Rano było dość chłodno ale słonecznie i bardzo ciężko było przewidzieć jak sytuacja z pogodą się rozwinie i jaki dobrać strój. Chodziło o to, żeby z jednej strony nie zmarznąć przed startem a z drugiej strony, żeby nie założyć za dużo ubrań na sam bieg.

W biurze zawodów przebrałem się, spakowałem swoje rzeczy do worka, który następnie oddałem do depozytu i ruszyłem na rozgrzewkę. Robiło się coraz cieplej i moje ciałko też się już dobrze dogrzało po kilku dynamicznych przebieżkach w okolicach kopca. Pół godziny przed startem byłem już w okolicach rozpoczęcia imprezy i wziąłem nawet udział w rozgrzewce prowadzonej przez profesjonalną panią trener:

11. PZU Bieg Trzech Kopców rozgrzewka11. PZU Bieg Trzech Kopców rozgrzewka 1

Po tej rozgrzewce poszedłem pozwiedzać i popstrykać trochę zdjęć. Rzadko mi się zdarza brać aparat ze sobą ale tym razem wziąłem, wiedząc, że będę sam.

Zakończyłem zwiedzanie i pstrykanie fotek i skierowałem się do strefy startowej. Na początku, czyli około 15 minut przed startem było tam całkiem luźno jednak z każdą chwilą przybywało biegaczy, aż na kilka minut przed sygnałem startu zrobiło się bardzo, bardzo ciasno.

3... 2... 1.... START !!!

I ruszyli! A ja razem z nimi 🙂

Od wystrzału startera do przebiegnięcia linii startu minęło całkiem sporo czasu przez fakt, że trasa początkowej fazy biegu, aż do bulwarów wiślanych była bardzo wąska. Szczególnie jej początek był bardzo wąski bo obok siebie mieściły się ledwie 3 osoby. Pierwszy kilometr trasy aż do kładki nad ul. Powstańców Wielkopolskich to zbieganie w dół po bardzo śliskiej, krętej kamienno – szutrowej nawierzchni. Frajda niesamowita 🙂 Po przebiegnięciu przez kładkę wbiegliśmy na wybrukowane uliczki Podgórza. Większość biegnących pchała się na tym odcinku na chodniki, bo kostka na ulicy była dość śliska i nierówna przez co trzeba było zwalniać i biec bardzo zachowawczo. Ja postanowiłem nie pchać się na chodnik tylko spokojnie pobiec środkiem ulicy.

11. PZU Bieg Trzech Kopców Podgórze

W okolicach Wisły trasa już nie biegła w dół tylko była coraz bardziej płaska. Na tym odcinku czułem się bardzo dobrze. Nogi całkiem nieźle biegły. Jedynym mankamentem była rosnąca temperatura: powietrza i ciała ubranego zachowawczo ciut grubiej. 

Tuż po przebiegnięciu Kładki Bernatka z szyi ściągnąłem bandamkę i owinąłem ją sobie na ręku. Pot lał się ze mnie strumieniami i powoli zacząłem wypatrywać punktu z wodą. Ten natomiast usytuowany był dopiero nieopodal cmentarza na 7 kilometrze. Zanim tam jednak dobiegłem czekała mnie pierwsza poważna wspinaczka na Slawator. Początek był obiecujący ale chyba trochę przeceniłem swoje możliwości i niestety w okolicach 6,5 km złapała mnie kolka takich rozmiarów, że musiałem się zatrzymać i przejść do marszu na kilkanaście sekund. Na szczęście punkt z wodą był już bardzo blisko.

Na 7 kilometrze pojawił się upragniony wodopój. Doładowałem akumulatory i popędziłem trasą w dół aż do 8,5 km gdzie trasa zaczęła układać się pod górkę. I to właśnie ten 2 kilometrowy podbieg był dla mnie jedną wielką niewiadomą.

Zaczęło się dość łagodnie ale już po kilkudziesięciu metrach trasa zaczęła się zwężać i piąć ku górze. W okolicach 9 kilometra wbiegliśmy do Lasku Wolskiego. Przywitał nas piękny widok: sznur biegaczy wspinający się po krętej górskiej trasie biegnącej pomiędzy drzewami. Trasa na tym odcinku była rzeczywiście trudna. Przede wszystkim było wąsko i stromo, ponadto była porozrywana korytkami wyżłobionymi przez wodę, która całkiem niedawno spływała ze wzgórza. Urokliwości i piękna tej trasie nie można jednak odmówić.

Początek wspinaczki był ciężki. Podczepiłem się pod jednego biegacza ale jak zauważyłem, że on odpada, to zaraz doczepiłem się do następnego aż dobiegłem do pewnej Pani, która opieprzyła biegnących przed nami ludzi, że zwalniają tempo i blokują trasę. Wydawało mi się to niemożliwe, że można pobiec tam szybciej, ale jak minęliśmy kilku biegaczy to nie wiem skąd, ale uruchomiły się we mnie dotąd nieznane rezerwy. Wspinaczka była całkiem przyjemna!!!

Po około 10,5 km trasa ze stromego podbiegu przeszła dość szybko w stromy zbieg i to na odcinku 1 kilometra! W tamtej chwili pomyślałem sobie, że nie ma co odpoczywać, kalkulować, myśleć tylko trzeba „puścić” nogi z tej góry i gnać przed siebie. W ten sposób udało mi się wyprzedzić na pewno około 50 biegaczy.

Mijając Ogród Zoologiczny już słychać było muzykę, która dochodziła z okolic mety. Szczęście z ukończenia biegu było na wyciągnięcie ręki, ale jeszcze trzeba było wykonać trochę pracy.

Ostatni kilometr biegłem w towarzystwie miłej Pani po dość płaskim odcinku. Muzyka z okolic mety była coraz głośniejsza a ja w międzyczasie dowiedziałem się z rozmowy biegnących obok nas zawodników, że trasa w końcówce okrąża Kopiec Piłsudskiego więc trzeba jeszcze 300 metrów ostro przebierać nóżkami, mimo, że już jest bardzo blisko. Tak było też w rzeczywistości. Nawierzchnia trasy z asfaltowej przeszła w żwirową a przede mną „wyrósłKopiec Piłsudskiego. Mety rzeczywiście nie było jeszcze widać ale było słychać, że po drugiej stronie Kopca znajduje się linia kończąca zawody.

Zmęczenie determinowało tempo na ostatnim kilometrze. W głowie zaświtała jednak myśl, żeby do końca powalczyć o kilka sekund i podkręcić tempo na finiszu do maksimum. Zebrałem się w sobie i te ostatnie 300 metrów w okół Kopca Piłsudskiego przebiegłem na „odkręconym gazie„. Co prawda już biegłem na oparach ale nie zmienia to faktu, że nie odpuściłem i wycieńczony ale jednocześnie szczęśliwy przekroczyłem linię mety.

11. PZU Bieg Trzech Kopców finisz

Po przekroczeniu linii mety dosłownie zawisłem na barierkach oddzielających trasę żeby złapać oddech. Jakiś zawodnik, który już ukończył bieg wcześniej podszedł do mnie i pogratulował. Byłem super-szczęśliwy!!!

Gdy już ochłonąłem, przypomniałem sobie, żeby zatrzymać stoper. Oczy miałem trochę zamglone cieknącym wszędzie potem więc nie zwróciłem uwagi na czas. Poczłapałem powoli w kierunku stołów z woda po drodze odbierając upragniony medal. Medale z zawodów przyniosłem dwa, a to na prośbę mojego synka, który bardzo chciał medal.

11. PZU Bieg Trzech Kopców -Kopiec Piłsudskiego

Przez dłuższą chwilę przebywałem w strefie mety nawadniając się i odpoczywając po fantastycznym biegu i sprinterskim finiszu. Uśmiechałem się do siebie co jakiś czas bo na prawdę w tej konkretnej chwili byłem szczęśliwym człowiekiem. Miałem również nadzieję, że mój syn również będzie szczęśliwy z medalu i dumny z taty, który go dla niego zdobył.

Emocje towarzyszące ukończeniu 11. PZU Biegu Trzech Kopców były spore. Kiedy już odrobinę ochłonąłem spojrzałem na stoper. Wskazywał on czas nieco ponad godzinę i 3 minuty ale wiedziałem, że to nie jest mój czas biegu, bo przecież stoper włączyłem chwile przed przekroczeniem linii startu oraz pewnie z minutę po przekroczeniu linii mety. Dlatego sięgnąłem po telefon, na który otrzymałem sms’a z informacją o czasie i o miejscu. Były to nieoficjalne dane i wyglądały następująco:

Nieoficjalne miejsce OPEN: 440, M40 – 118 czas: 01:02:43

Hmm… to dobrze czy źle?? Po chwili zastanowienia stwierdziłem jednoznacznie, że czas w kontekście zajętego miejsca jest bardzo dobry, a czy mógłby być lepszy? Oczywiście, ale w debiucie trzeba swój wynik uszanować.

Mój oficjalny wynik znajduje się poniżej:

wyniki 11. PZU Bieg Trzech Kopców

Atmosfera w strefie mety była wprost rewelacyjna zresztą tak samo jak organizacja całych zawodów – po prostu PERFEKCJA!!! Organizatorzy nie tylko zadbali o wszystko co niezbędne przed, w trakcie i po zawodach, ale również stworzyli wspaniałą otoczkę i unikalny klimat święta biegowego.

Świętowania nadszedł czas 🙂 Odpaliłem aparat w telefonie i wędrowałem gdzie się dało, żeby uwiecznić te wspaniałe chwile. Oczywiście żadne zdjęcia nie oddadzą klimatu, ale na pewno będę pamiętał jak cudownie było tamtego dnia. Przy okazji spacerowania skorzystałem ze smacznego posiłku, napiłem się kawy, następnie odebrałem z depozytu swoje rzeczy, przebrałem się i jeszcze przez długą chwile delektowałem się szczęściem tamtych chwil.

Ktoś może zapytać, dlaczego się nie spieszyłem do rodziny, do domu tylko celebrowałem czas po ukończeniu biegu aż do przesady? Ano między innymi dlatego, że o 13:00 miały być ogłoszone wyniki konkursu, w którym brałem udział, organizowanego przez jednego ze sponsorów – producenta ciasta „Kopiec Kreta„. Po cichu liczyłem na jakąś nagrodę, szczególnie, że aż 10 osób miało otrzymać jakieś upominki.

Równo o 13:00 spiker ze sceny zaczął ogłaszać wyniki konkursu. Wyczytał pierwszą osobę, drugą, trzecią…. siódmą, ósmą… W tamtej chwili byłem całkowicie już zrezygnowany i straciłem nadzieję, że otrzymam nagrodę a tu nagle spiker czyta:

Miejsce dziewiąte Pani… przepraszam, Pan Izydor Nowakowski – zapraszamy na scenę

Serce zabiło mi jak dzwon Zygmunta, w kącikach oczy pojawiła się łezka szczęścia a nóżki same wskoczyły na scenę. Do kompletu 10 dołączyła jeszcze jedna osoba i wszyscy razem staliśmy dumnie na scenie obdarowani torbami z upominkami od jednego ze sponsorów. Byłem na prawdę szczęśliwy, bo chociaż nie zająłem żadnego miejsca na podium, to chociaż raz mogłem podziwiać arenę dzisiejszych wydarzeń z wysokości sceny z nagrodą w ręku! Gwoli uzupełnienia, zawartość otrzymanego upominku:

Konkurs 11. PZU Bieg Trzech Kopców

Do domu dotarłem późnym popołudniem zmęczony ale bardzo zadowolony. Moja rodzina dopiero po 2 godzinach od mojego powrotu pojawiła się w domu. Syn zasnął w aucie więc musiałem go wnieść do domu i położyć spać. Kiedy już wstał i się zregenerował, wspólnie cała rodziną mogliśmy jeszcze raz przeżywać wydarzenia dnia dzisiejszego relacjonowane z mojej subiektywnej perspektywy biegacza – amatora.

medal bieg trzech kopców

Może zajrzysz też tutaj