10 PKO Półmaraton Rzeszowski – 09-04-2017

Półmaraton Rzeszowski był jubileuszową, dziesiątą już edycją biegu rozgrywanego w stolicy Podkarpacia. Dziś już dokładnie nie pamiętam co mnie skusiło na udział w tym biegu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa było to założenie do realizacji z przygotowań do PZU Cracovia Maraton. Inną opcją było połączenie interesów mojej żony, która swoją działalność pod marką WINSA Wedding Planner prowadzi również na Podkarpaciu, z moimi planami startowo – treningowymi. Alternatywą dla półmaratonu w Rzeszowie był Lisiecki Półmaraton rozgrywany tuż koło Krakowa. Byłem już zapisany na bieg w Rzeszowie i po szybkiej kalkulacji kosztów ewentualnej rezygnacji postanowiłem nic nie zmieniać.

Start w półmaratonie był częścią realizacji planu przygotowań do PZU Cracovia Maraton. Samo miejsce wydawało mi się optymalne – płaska trasa, dwa okrążenia, całkowicie obcy, nieznany teren. Co jakiś czas sprawdzałem listę startową i znalazłem na niej znajomego z Zamościa – spotkaliśmy się oczywiście w dniu biegu – o tm później. Na liście startowej, tak na tydzień przed biegiem było około 1400 osób więc komfort podczas biegu powinien być dość wysoki.

Najgorsze co mnie spotykało przed biegiem, to strona biegu oraz informacje uzyskiwane od organizatorów. Nie wiem czym się kierowali organizatorzy, ale wszystko owiane było jakąś zmową milczenia, tajemnicą, począwszy od wzoru koszulek (pojawił się na mniej niż tydzień przed biegiem) poprzez informacje ogólne o biegu, a kończąc na mapie trasy. Wysłałem mailowe zapytanie o trasę biegu dnia 2017-02-27 o godzinie 12:17 i otrzymałem taką odpowiedź:

„Trasa będzie prawie taka sama jak rok temu czyli dosyć płaska. Wkrótce  na stronie pojawi się mapa po ateście.”

To „wkrótce” trwało jeszcze tydzień, a mapa z trasą pojawiła się na kilka dni przed startem! Niby nic wielkiego, ale dość denerwujący szczegół na etapie przygotowań, gdzie człowiek chce mieć zaplanowany niemal każdy szczegół. Z tym planowaniem mi nie zawsze wychodzi i tym razem nie obyło się bez drobnych turbulencji rodzinnych. Początkowo zaplanowany wypad rodzinny legł w gruzach na 3 dni przed startem. W pokojowej atmosferze pojechałem sam do Rzeszowa, a reszta familii spędzała wspólnie słoneczny dzień w Krakowie.

źródło: http://www.runrzeszow.pl/
źródło: http://www.runrzeszow.pl/

Dzień startu.

Dzień przed startem byłem oczywiście już spakowany, wszystkie elementy „rytuału przedstartowego” pieczołowicie zaplanowane, ewentualne „rzeczy, które mogą się przydać albo i nie” w zasięgu wzroku :). Spać poszedłem dość wcześnie mając na uwadze poranną pobudkę, zebranie się, przygotowanie do wyjazdu i sam wyjazd. Rano wstałem oczywiście przed budzikiem, zjadłem śniadanie, „ogarnąłem się” i powędrowałem do auta. Odpalam silnik, chcę przetrzeć szyby a tu… nie działa jedna wycieraczka i to ta od kierowcy. „Co jeszcze?!” – pomyślałem. Wysiadłem z samochodu żeby zobaczyć czy da się coś z tym zrobić ale już przy pierwszych oględzinach stwierdziłem, że są marne szanse na szybką naprawę. „Trudno, mam nadzieję, że to ostatnia niemiła niespodzianka w dniu dzisiejszym” – szepnąłem do siebie i ruszyłem w trasę.

Przejazd 170 km trwał nieco ponad półtorej godziny. Zameldowałem się na parkingu przy Millenium Hall w Rzeszowie kilkanaście minut po godzinie 8:00 rano. W tymże centrum handlowym był punkt informacyjny i biuro zawodów. W drodze do biura na chwilę zerknąłem na miejsce startu…

fot:. Izydor Nowakowski

… i mety 🙂

fot:. Izydor Nowakowski

 

W biurze zawodów już panował spory ruch ale na szczęście kolejek jeszcze nie było. Odebrałem swój pakiet startowy i powędrowałem do auta kontynuować przygotowania do zawodów. Otworzyłem reklamówkę z pakietem startowym i nie wiedziałem, czy mam się śmiać czy płakać. Oprócz koszulki startowej, numeru z agrafkami oraz… jednorazówki do golenia (sic!) sama makulatura reklamowa!!! Ani owocu, ani chociażby małej butelki wody o izotoniku nie wspominając… Nałożyłem koszulkę w rozmiarze „M” i ręce mi opadły do samej ziemi tak jak opadała ta koszulka. Rozmiar „M” przy moim wzroście 179 cm był co najmniej o numer za duży. Trochę zrezygnowany nadmiarem amatorszczyzny poszedłem ponownie do biura zawodów wymienić koszulkę na mniejszy rozmiar. Na szczęście z wymianą nie było problemów. W tym samym czasie dołączył do mnie znajomy, który również odbierał pakiet startowy i od razu mu doradziłem, żeby swoją „XL’kę” wymienił na coś mniejszego (kolega ma 185 cm wzrostu).

Po roszadach koszulkowych w biurze zawodów przyszedł czas na rozgrzewkę, którą nota bene zaplanowałem na 9:00 rano, czyli na aż 2 godziny przed zawodami. Dlaczego tak wcześnie? To pytanie mógłby zadać mi każdy, a nie omieszkał go zadać znajomy, który dołączył do mnie rozgrzewać się. A to chociażby przez fakt prawie całkowitego zaniechania rozgrzewki przed Półmaratonem Marzanny kilka tygodni wcześniej, co poskutkowało całkowitym zakwaszeniem organizmu i niemożliwością swobodnego uczestnictwa w biegu i co pozbawiło mnie wtedy szans na dobry wynik. Tym razem plan przygotowań przed startem miałem dostosowany wyłącznie pod siebie, włączając w to nawadnianie i odżywianie. Tym razem nie kombinowałem z „dopalaczami” tylko postawiłem na dopracowanie szczegółów odżywczych na trasie i przetestowanie dwóch różnych żeli odżywczych.

Rozgrzewka trwała w sumie około godzinę dwadzieścia minut. W tym czasie truchtem przebiegliśmy z kolegą około 8 km, potem (w trakcie również) rozciąganie, szybsze przebieżki etc. Po zakończeniu rozgrzewki jeszcze higiena osobista :). W koszulce „startowej” jakoś się źle czułem więc zdecydowałem się na start w sprawdzonej koszulce z półmaratonu wielickiego. Tutaj muszę podkreślić jak wiele miałem szczęścia parkując auto dosłownie 100 metrów od biura zawodów i strefy startowej. Okazało się, że w okolicach biura zawodów nie było szatni a toalety w liczbie „kilka” mieściły się w Millenium Hall… Ludzie więc przebierali się na korytarzach galerii, przed budynkiem i tam gdzie tylko mogli.

Czas leciał już bardzo szybko. Dogrzałem mięśnie króciutkimi przebieżkami i nim się zorientowałem, do startu pozostały tylko 3 minuty!!! Nagłośnienie było tak fatalne, że nie było słychać komunikatów za to doskonale i głośno było słychać muzykę… Tutaj muszę się troszkę pochwalić faktem, iż cały okres przedstartowy ukierunkowałem na siebie, a nie na towarzystwo innych. Fakt faktem, że część rozgrzewki spędziłem ze znajomym, ale gdy tylko zauważyłem, że on nie jest do końca zainteresowany kontynuacją rozgrzewki i „dogrzewaniem się” po prostu poszedłem skupić się sam na sobie i kontynuować swoje przygotowania.

Pogoda tego dnia była po prostu super! Od rana świeciło słońce ale nie było zbyt ciepło. Temperatura w cieniu nie przekraczała 10 stopni. Wiatru prawie wcale nie było, ot lekko odczuwalne podmuchy. Po niebie przewijały się obłoczki – ogólnie jak dla mnie rewelacyjne warunki!

W strefie startowej ustawiłem się na 2 minuty przed startem, rytualnie odpaliłem GPS’y 🙂 . Szukałem wzrokiem pacemakerów i znalazłem tylko 2… na 1400 biegaczy. Trochę mało, ale nie maiłem jakoś zamiaru zdawać się na pacemakera tylko na własne siły i dyspozycję dnia.

3,2,1… START!

Powoli ruszyła kolumna biegaczy na trasę 10 PKO Półmaratonu Rzeszowskiego a wśród tych 1400 biegaczy byłem tam również ja!!!

Początek biegu zaplanowałem w tempie 5:20 – 5:30 i wcale się na starcie nie spieszyłem. Grupa, z którą wystartowałem powoli rozciągała się, co było dość widoczne na szerokim i długim moście, po którym przebiegaliśmy po około 300 metrach po starcie. Miejsca więc w początkowej fazie biegu było sporo i z wyprzedzaniem nie było problemu. Za mostem trasa przechodziła w lekki spadek. Z mojego małego doświadczenia wiedziałem, żeby na 90% wykorzystywać zbiegi do przyspieszenia, bo na płaskim kawałek pochyłości w dół to skarb. Starałem się pod kogoś podczepić na początku, ale tempo w stawce było tak różnorodne, że szybko zrezygnowałem z tego pomysłu i zająłem się regulowaniem oddechu i kontrolą tempa biegowego. Co jakiś czas tylko albo wyprzedzałem, albo byłem wyprzedzany przez zawodniczkę z numerem startowym 338 – Gwizdak Justynę (dane z listy startowej biegu). Dlaczego ją zapamiętałem z tego biegu? Powód jest bardzo ważny, pani Justyna dołączyła do mnie na około 7-8 kilometrze i aż do 17 kilometra z małymi przerwami biegliśmy praktycznie razem, wzajemnie regulując tempo biegu i utrzymując je na jednolitym poziomie.

Wróćmy jednak do samego biegu. Pierwsze kilka kilometrów przebiegłem w zawrotnym tempie i bardzo się tego tempa obawiałem. Na 3 kilometrze miałem średni czas 04:22 min/km, na 5 kilometrze 04:24 min/km, a po dobiegnięciu do 13,6 kilometra moje średnie tempo wynosiło 04:30 min/km! Do 12 kilometra wszystko układało się dobrze, tempo choć wysokie było równe, oddech głęboki, regularny, nie odczuwałem zmęczenia, a dzięki towarzystwu w osobie pani Justyny byłem w stanie utrzymywać bardzo wysokie jak na mnie tempo biegowe.

Na około 12 kilometrze niestety zaczęły się problemy… Na trasę biegu wjechała karetka i jechała sobie beztrosko przez ponad kilometr zostawiając za sobą kłęby spalin, kurzu i pyłu. Nie za bardzo można ją było wyprzedzić bo trasa w tym miejscu była wąska, a nie miałem zamiaru zwalniać tempa i tracić cenne sekundy. Mocno poirytowany biegłem więc za karetką w bezpiecznej acz mało komfortowej odległości. W tym czasie złapał mnie pierwszy skurcz mięśni brzucha. Zatrzymałem się, zrobiłem skłon, co rozluźniło mięśnie i pobiegłem dalej, niestety ból nie ustąpił całkowicie i już kilometr dalej musiałem ponowić gimnastykę. Szczęście w nieszczęściu wbiegałem na odcinek biegnący w dół, a na dodatek w perspektywie 2 kolejnych kilometrów był punkt z napojami.

ul. Hetmańska -10 PKO Półmaraton Rzeszowski – 09-04-2017

Z grymasem bólu na twarzy walczyłem ze słabościami starając się utrzymywać tempo. Po raz trzeci zatrzymałem się rozluźnić mięśnie brzucha na kilometr przed punktem z napojami, chwilę potem sięgnąłem po żel i spałaszowałem całą zawartość opakowania. „Niech się dzieje co ma się dziać” – pomyślałem. Do punktu z napojami dobiegłem już bez problemów, porządnie się nawodniłem i ruszyłem na najdłuższą prostą podczas biegu. Na początku biegło mi się bardzo fajnie, tempo żwawe, dynamiczne. Wiedziałem jednak, że biegnę trochę na wyrost swoich możliwości i że może przyjść kryzys… i przyszedł. Mniej więcej na wysokości mostu Zamkowego, czyli w okolicach 15 – 16 kilometra zacząłem odczuwać, że „nogi już nie biegną„. Towarzysząca mi do tej pory pani Justyna na pewno zauważyła, że słabnę i przyspieszyła a raczej to ja osłabłem. Postanowiłem jeszcze powalczyć i trzymałem się jej „pleców” jeszcze przez jakiś kilometr, półtorej, ale była dla mnie zdecydowanie za szybka.

Rozpocząłem morderczą walkę o wynik, przetrwanie, czas, satysfakcję. Dodawałem sobie otuchy powtarzając w myślach, że „każda droga ma swój kres„, „Free Your Mind and The Rest Will Follow„, że muszę powalczyć dla samego siebie, że będzie ciężko, ale to już tylko 3 kilometry do mety. Dam radę!!! Na 18 kilometr wbiegałem jak na skazanie… mięśnie nóg już były „zdewastowane” tak bardzo, że ciężko było coś z nich wykrzesać. Na niedomiar złego zaczął się lekki podbieg, co dodatkowo obciążało moje już i tak wyeksploatowane ciało. Te 3 ostatnie kilometry trwały dłużej niż dotychczas przebiegnięte 18. Gdy wbiegłem na ostatni most zauważyłem upragniony punkt z wodą oddalony od mety nieco ponad 1 kilometr.

Szybko nawodniłem się i ruszyłem na ostatni przed metą odcinek trasy. Nie miałem za bardzo sił na dłuższy finisz, ale postanowiłem resztkę sił przeznaczyć na ostatnie 300 metrów. Biegłem prawie sam, odwróciłem się za siebie w chwili gdy na 200 metrów przed metą ktoś mnie mijał, ale zauważyłem, że oprócz tego biegacza za mną w odległości 30 metrów nie ma nikogo więc spokojnie kontynuowałem walkę z czasem i o jak najlepszy czas. Udało się!!!

10 PKO Półmaraton Rzeszowski ukończyłem na 250 miejscu w klasyfikacji generalnej, zajmując 82 miejsce w swojej kategorii wiekowej z czasem netto 1:38:05. Oficjalne wyniki znajdują się na tej stronie: STS-TIMING.

foto: Dominik Matuła - 10. PKO Półmaraton Rzeszowski 09.04.2017
foto: Dominik Matuła – 10. PKO Półmaraton Rzeszowski 09.04.2017

Na mecie byłem bardzo zmęczony ale jeszcze bardziej szczęśliwy. Rzuciłem tylko okiem na czas na GPS’ie i wiedziałem, że jest dobry wynik. Chciałem się jednak nacieszyć atmosferą po biegu a nie pstrykać po komórce sprawdzając czasy i inne przyziemne rzeczy. Atmosfera na mecie była bardzo fajna 🙂 Dziewczyny wręczające medale uśmiechnięte, wesołe. Od razu otrzymałem folię termiczną, wodę i wskazano mi miejsce z koszami pełnymi bananów – wszystko było ok. Na mecie oczywiście nie omieszkałem zrobić sobie kilka fotek 🙂 Wiele wyszło słabo, bo ręce mi się trzęsły ze zmęczenia jeszcze długo po zakończeniu biegu.

Gdy emocje już powoli opadały przyszedł czas na posiłek regeneracyjny. Był przepyszny! Sama lokalizacja stanowiska wydawania posiłków dość niefortunnie została umiejscowiona i wielu biegaczy nawet nie zorientowało się, że takie miejsce w ogóle jest i nie skorzystało z posiłku. Po regeneracji powoli kończyłem przygodę z bieganiem w Rzeszowie tego dnia. Udałem się do auta, aby na spokojnie odczytać wynik biegu z smsa, którego otrzymałem od firmy odpowiedzialnej za pomiar czasu:

10. PKO Półmaraton Rzeszowski, Twój czas netto 01:38:05 250 miejscu Open M, 82 miejsce M40, gratulujemy.

Tak wyglądała treść wiadomości sms!

Aplikacje, które włączyłem na czas biegu pokazały jeszcze lepsze wyniki, ale dla mnie liczył się ten oficjalny. Okazało się przy okazji, że podczas 10. PKO Półmaratonu Rzeszowskiego pobiłem prawie wszystkie swoje rekordy życiowe! Cieszy mnie to podwójnie w kontekście kilkutygodniowych przygotowań przed maratonem, które jak widać przyniosły efekty!

fot. Izydor Nowakowski

Spotkałem się jeszcze z kolegą z Zamościa, przebrałem, zrobiłem małe zakupy dla synka w sklepie zabawkowym w Millenium Hall (a jednak lokalizacja biura zawodów była poniekąd korzystna:) ) i wsiadłem do auta aby ruszyć w drogę powrotną do Wieliczki.

Emocje związane z biegiem towarzyszyły mi przez całą drogę powrotną. Powoli również zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki zmęczenia co zmusiło mnie do zatrzymania się na stacji benzynowej. Po krótkim odpoczynku i małym posiłku pojechałem prosto do domu, gdzie moimi emocjami z biegu dzieliłem się z rodziną 🙂

Może zajrzysz też tutaj